Streszczaj się, Paszeko!

Posted: 11th Listopad 2011 by Łukasz in biblioteka

Najnowszą książkę Konwickiego przeczytałem między Zgierzem a Warszawą, trochę tu a trochę tam, w pociągu, na ławeczce w Złotych Tarasach, podczas szkolenia z pisania wniosków ministerialnych, w autobusie nr 1 i u siebie na kwadracie. U siebie na kwadracie – najwięcej. Wyjątkowe doświadczenie w wyjątkowych okolicznościach. Jesień za pasem, słońce, które już tylko oświetla rzeczy, zamiast je ogrzewać, wiatr otrząsający drzewa jak czuły ogrodnik, grube na półtora metra mgły, spektakularne wyprzedaże w Tesco, kulturalna depresja. Tadeusz Konwicki „W pośpiechu”.

„W pośpiechu” to rozmowy Tadeusza Konwickiego z Przemysławem Kanieckim. Już pierwsza ich strona sprzedaje ci taką fangę, że wiesz, jak się czuł Endru Gołota przez te wszystkie 95 sekund swojej walki z Lennoxem Lewisem. Bo oto przeczytałeś nie więcej niż kilka akapitów a tu:

„Pogrąża mnie też, że nie jest pan szczególnie szczęśliwy z powodu samego pomysłu tych spotkań. Nie mogę nie podziękować za tę wspaniałomyślność.

W tym filmie Hasa Rękopis znaleziony w Saragossie jest jedno zdanie, które mogę panu powtórzyć. Bardzo ważne. <Streszczaj się, Paszeko!>”.

I tak jest już do końca: ugrzeczniony acz czujny Kaniecki i rozjuszony Konwicki, który często sam zadaje sobie pytania, odpowiada na nie i prowokuje następne. Konwicki waży 54 kg a atakuje jak mistrz sumo. Ileż on ma pary pod językiem! Te rozmowy to nieustająca i wyniszczająca walka, wojna totalna, ale nie pomiędzy Kanieckim a Konwickim, lecz Konwickim a Konwickim – Konwicki ściera się tutaj ze swoimi doświadczeniami, sukcesami, porażkami, z całym swoim życiem. Wszystko jest tematem – partyzantka, PRL, Litwa, literacka socjeta, robienie filmów, rodzina, Warszawa, gotowanie się do umierania. Żadnego odpuszczania, zero miziu-miziu z interlokutorem. Od czasu do czasu pozwala sobie Konwicki na przypomnienie, że jest osiemdziesięciopięcioletnim staruszkiem, ale wyłącznie po to, by złapać nieco oddechu i już za chwilę wyprowadzić kolejną niezwykłą replikę.

Najlepiej czyta się o przeżyciach ze skrajów biografii Konwickiego – o jego wojennej młodości na Wileńszczyźnie i o starości, tej nieznośnej i przedłużającej się ponad ludzką miarę końcówce, w trakcie której odpadają kolejni przyjaciele, szwankuje ciało a egzystencja zamienia się w ciąg nudnych, powtarzanych każdego dnia, drobnych czynności. Partie o bojach w lesie, obławach NKWD i nocnych postojach w śniegu po szyję chłonąłem z wypiekami na twarzy i piętrzącą się we mnie wdzięcznością, że gdy ja miałem 18 lat, to moją największą troską było to, iż Agnieszka nie oddzwoniła. Przy okazji kapitalnie rozprawia się Konwicki z patriotami post fatum – tymi dziarskimi ziomalami z bogoojczyźnianej prasy, którzy z bezpiecznej pozycji na kanapie szermują zdaniami o tym kto zdrajca, komu usypać kopiec, i że dwunastoletnie dziewczynki nie pękały na gestapo. Konwicki wnikliwie opisuje tamte czasy, obnaża płynność postaw, świadectw, interpretacji – i rozbraja sporo biało-czerwonych mitów.

Nieco mniej przekonywująca wypada Konwicki w swoich opowieściach o Polsce Ludowej. Czuć – i słychać – że wciąż stara się usprawiedliwiać, dwuznaczności rozstrzygać na swoja korzyść i budować obraz siebie jako poczciwego literata, który po tym jak naciął się na akcesie do partii, to starał się bytować już tylko ostrożnie, po cichutku i na boczku. A jak już coś złego – to albo go namówili, albo dał się zwieść.

„W pośpiechu” to nie oralny pomnik Konwickiego, ale materialny dowód na żywotność jego intelektualnego obejścia. To nie jest kolejny wywiad-rzeka z zasłużonym prozaikiem, lecz poruszające, trzystustronicowe wyznanie człowieka, który z niejednego pieca chleb jadał i widział całą krwawą epokę. Kaniecki od samego początku świetnie to łapie – i nie przeszkadza: nie chce za wszelką cenę urosnąć przy swoim mistrzu, nie łyska zjadliwymi pytaniami, nie leje erudycyjnej wody. Pozwala sobie jedynie na lekkie nawigowanie opowieści tej warszawskiej Szeherezady, wyłuskiwanie leitmotivów i konsekwentne drążenie tam, gdzie pod warstwami wykrętów i milczenia Konwickiego, na dnie jakiegoś przedpotopowego wspomnienia, zalega – lub choćby zalegać może – wartościowy kruszec.

Ale i tak tym, co najbardziej mnie w tej lekturze wzięło, urzekło i zafascynowało była polszczyzna Konwickiego. Konwicki kopie dupę nie tylko mnie, prostemu czytelnikowi, lecz i zawodowym literatkom i literatom, którzy ze swoimi wypoconymi frazami a’la późny Bernhard czy środkowa Jelinek mogą mu skoczyć. Bo to co wychodzi z ust Konwickiego to wiązka absolutnie genialnych słów, metafor i obrazów – zaserwowana na dodatek przy użyciu takich rytmów, że, panie, linie melodyczne krajowych tuzów pióra to przy nim napierdalanie na raz i na dwa kijem o beczkę. Mowa Konwickiego jest żywym, bulgoczącym i parzącym strumieniem lawy, który żłobi sobie koryto w krajobrazie.

Po przeczytaniu „W pośpiechu” Tadeusza Konwickiego takie marzenie jedno mam: żeby któryś z operatorów uruchomił specjalną, poźnonocną linię, na której można by słuchać go do woli za odpowiednią opłatą, głos zjechany przez fajki do najniższych rejestrów, wymowne pauzy, relacja z tamtej strony.

  1. majkols pisze:

    Bo Pan Konwa to jest Miszcz nad Miszcze!! A „W pośpiechu” akurat wczoraj dotarło i już się czyta :)

  2. Studios pisze:

    Przemysław Kaniecki czy Koniecki? W powyższym tekście są dwie wersje!

  3. Łukasz pisze:

    @ Studios

    „Kaniecki”, oczywiście. Mój błąd – za dużo tych zbitek ka-ko i mi się zafiksowało. Dziekuję za zwrócenie uwagi.

    @ majkols

    Prozy jego już lata nie czytałem, muszę sprawdzić jak teraz działa.

  4. kolega Tetrix pisze:

    I znowu sprzedałeś mi książkę, draniu. I nawet nie mogę mieć pretensji.

  5. petroniusz pisze:

    „Kon­wicki kopie dupę nie tylko mnie, pro­stemu czy­tel­ni­kowi, lecz i zawo­do­wym lite­rat­kom i lite­ra­tom, któ­rzy ze swo­imi wypo­co­nymi fra­zami a’la późny Bern­hard czy środ­kowa Jeli­nek mogą mu sko­czyć.” – dobre :-)

  6. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    A potem będzie, że przeze mnie pieniądzy żonie nie dostarczasz. Nie chcę tak!

    @ petroniusz

    Dzięki!

  7. kolega Tetrix pisze:

    PRZEZ CIEBIE (i Marcela) NIE DOSTARCZAM PIENIĘDZY ŻONIE (na marginesie pozdrawiającej). Czy tego chcesz, czy nie.

  8. bamboleonapoleon pisze:

    Ja bardzo przepraszam że oftopnę i to jeszcze z nieskrywaną prośbą, która mogłaby się wydać pretensją, ale robie to tylko dlatego bo wiem że mam do czynienia z osobą Wiedzącą.
    Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie wymówkę że blogaska czytam, nie komentuję.

    Ale do rzeczy. Czy redaktor mógłby mi polecic jakieś niebanalne dzienniki które się swietnie czyta? Polskie czy zagraniczne – niewazne. Dobrze by było gdyby spisał je jakis pisarzyna. Nie prosze o przeszukiwanie setek katalogów, tylko gdby może jakaś złota idea się w głowie zapalila odnosnie tego czego moge szukac to bylbym nawet bardziej niz kontent.

    Merci!

  9. ania pisze:

    jestem w 1/3 opowieści i niezmiennie słyszę głos Mistrza, szkoda, że to taka skryta osobowość, ma wiele do powiedzenia nt odchodzącej historii 20wieku, można Go słuchać i słuchać,może komuś uda się namówić Pisarza na filmowe zwierzenia takie bbbbdługie.

  10. Łukasz pisze:

    @ bamboleonapoleon

    Tak po nocy, to pojadę banałem, a jutro sie postaram jakieś smaczki dorzucić. Więc, rzecz jasna, Gombrowicz, „Szkice piórkiem” Bobkowskiego, dzienniki Tyrmanda, Kisielewskiego, Iwaszkiewicza (świetne portrety epoki), łże-dzienniki Konwickiego, Herling-Grudziński, pewnie i Mrożka warto, choć nie czytałem. A ze zagranicznych to bardzo lubię Gide’a, Kafki i Virginii Woolf „Chwile wolności”.

    @ Ania

    Podpytam w Czarnym. Jak coś – to dam znać.

  11. @bamboleonapoleon- z zagranicznych polecam „Promieniowanie” Jungera, Dziennik Klemperera, „Dziennik ze Spandau” Speera, „Księgę niepokoju” Pessoi, „Zeszyt 1952-1977” Ciorana (cholernie drogie) i „Pasaże” Benjamina, choć te ostatnie to wcale nie dzienniki. Jak jesteś wierzący to „Bieg ku górze” Mertona.
    Nie wiem jak Dziennik Maraiego i Dziennik Isherwooda, ale w ciemno bym brał.

  12. 20_miles_to_highland pisze:

    @galopujący major, bamboloenapoleon – Sandor Marai „Dziennik”: bierz w ciemno