Ultimate True Bang Bang Michaśka Kinky Show

Posted: 30th Listopad 2011 by Łukasz in demo emo, socjeta

W tym roku wcześniej odpakowałem jeden z gwiazdkowych prezentów. Mogłem – pewnie dlatego, że przez ostatnie 11 miesięcy byłem grzeczny i spolegliwy niczym syn proboszcza. Darowałem więc sobie oprawę, przeszedłem do sedna. Bo cóż z tego, że nie dowieźli jeszcze śniegu, nie wypuścili na miasto mikołajów i zgrai metroseksualnych elfów, nie zarządzili masowego rżnięcia w szkółkach leśnych? No cóż, skoro na wyciągnięcie ręki znalazły się dobra nie lada? Rozerwałem pozłotkę. Byłem wczoraj na spotkaniu autorskim Michała Witkowskiego.

Już w fuaje był ful. Sefora wisiała w powietrzu, gdyż młodych naszło a naszło. Głównie studenteria i wolne zawody. Sporo artystowskiej hipsterki – ciuchy tak retro, że musiały kosztować ich starych fortunę, krępe oprawki okularów, włosy spiętrzone we fryzury, za które na moim starym ziomalskim adresie skalpowano na żywca. Nadreprezentacja pięknych dziewczyn z późnych roczników osiemdziesiątych. Ja miałem na sobie bluzę śliwkową i stałem z boku, oparty o ścianę. Weszliśmy.

Małej sali w Nowym lepiej zaaranżować nie było można. Scenografia konweniowała z treścią „Drwala” jak Grzegorz Lato z Kręciną Zdzisławem. Idealnie, w punkt. Z głośników sączyły się przedwojenne romanse o zakłutych dziewicach, bezpiecznej miłości i facetach, którzy gotowi są dla swoich heroin na każde z możliwych poświęceń, głównie natury patologicznej. Scenę od widzów separowała folia malarska krwią obficie zbryzgana. Ze ścian wyrastały ryje wypchanych zwierząt. Był pieniek, była siekiera w pieniek wbita. Wszyscy razem byliśmy w domku na odludziu. Po sezonie.

Nim zjawił się Michaśka, wtargnął on, Henryk z grupy Centauro. Poeta, kosmita, trendsetter szarości, stały motyw łódzkich imprez literackich. Zawsze spóźniony. Nie inaczej i tym razem – na sekundę przed rozpoczęciem między fotelami wybuchł jego okrzyk: „dzień dobry, są miejsca?”. W końcu gdzieś tam się upchał, ale nie bez niejakiej trudności, gdyż na widowni zastał pełne obłożenie.

Najpierw scenka dramatyczna, monolog Jadwigi Parszywej, potem już Michaśka. Siadł w rogu na ławce, między prowadzącymi. Jaka metamorfoza! Otóż ten wrocławski prozaik radykalnie zmienił imidż. Nie dajcie się zwieść fotografiom w sieci – smukła, wylaszczona i o pośladkach ze spiżu Michaśka już nie istnieje. Teraz mamy do czynienia ze wschodnioeuropejską odmianą Trumana Capote. Słuszne piersi, wypuczone policzki, figlarny uśmiech, kocie rozleniwienie w ruchach, uszatka. Tak, uszatka na głowie. Syrena przeciwmgielna buczała nam do wtóru.

Michaśka dobrze się wkręcił – i dobrze wszystko szło. Zdefiniował podstarzałą polską ciotę, „torebka”, „picie w torebce”, sprzedał kuksańca Vardze, opowiadał o Warszawce, o autotematyzmie w swej twórczości, o wujku Gombrowiczu i o  zimowym zborsuczeniu. Podał przepis na luja. Pysznił się nakładem „Drwala” – 35 tysięcy – i płakał nad losem pisarza, który własnym gębofonem nagrywa audiobuka.  Sam też czytał swojego bestsellera i było to bardzo przyjemne doznanie – ludożerka się ze śmiechu pokładała a Michaśka w trakcie lektury podskakiwał z ukontentowania jak bączek. Nie dawał się interlokutorom, parował naiwne pytania, żenił riposty i bluzgał, jeśli zaszła potrzeba. „Kurwy” i „chuje” śmigały po sali niczym lotki na krajowych mistrzostwach w badmintonie w Kuala Lumpur. Ponadgodzinne Ultimate True Bang Bang Michaśka Kinky Show.

Po autograf Michaśki ustawiła się kolejka prawie tak długa, jak ta, w której w 85 stałem na Rzgowskiej za arbuzem. Pamiętam, że wtedy nie dane mi było jednak utopić zębów w soczystym miąższu, gdyż jakiś kolo przede mną drapnął ostatni królewski owoc. Sprzedawca zaproponował mi w zamian selera. Teraz nic podobnego mnie nie spotkało. Nasza literatka siedziała i cierpliwie wypełniała deklaracje sympatii. Mało tego – załapałem się nawet na kilka bardzo miłych i bardzo indywidualnych zdań od niej. Ale wyjawić ich nie mogę, gdyż jest przed 22.

Łódź to upadłe miasto, taki siedemsettysięczny Wałbrzych. Zwłaszcza jesienią jest biedna i smutna – wypisz-wymaluj: Violetta Villas na emeryturze. Ale raz na jakiś czas na tej absolutnej ciemności, która ją spowija, można zauważyć błysk, ognik, pulsowanie światła. Nie jest to feeria na stałe, bo i nikt już tutaj na taką nie czeka. To zaledwie sygnał obecności, że pod warstwą tego marazmu i smogu wciąż funkcjonują żywe istoty – jak najbardziej skłonne do radości, zaangażowania, kulturalnej orgii i zbiorowej wymiany ciepła, o ile tylko stworzy im się po temu okazję. Wczoraj było u nas naprawdę jasno.

[zdjęcie autorstwa Moniki Marlickiej-Robert]

  1. petroniusz pisze:

    podoba mi się bardzo to zdanie o Łodzi.

  2. kolega Tetrix pisze:

    Wszystkie zdania w tej noci mnóstwo bardzo mi się podobały. I całość z nich się składająca także samo.

    I tylko jakoś nie mogę zapomnieć, że dziennik andaluzyjski zmarł był przedwcześnie, ach.
    /połączeni w bólu Kolega Tetrix z małżonką

  3. Łukasz pisze:

    @ petroniusz

    No tak widzę to miasto.

    @ kolega Tetrix

    A wcale nie. Już w grudniu kolejny kawałek „Dzienników andaluzyjskich”. A może – kto wie -nawet i dwa? Sporo teraz nowych obciążeń, ale tak po 10 XII zrobi się luźniej i będę mógł wreszcie do połowy stycznia solidnie porobić we własnych tematach. Ukłony dla A.

  4. kolega Tetrix pisze:

    No to powiedzmy, że póki co Dziennik traktowany będzie trochę jak kot Schroedingera – na wszelki wypadek przyszykuję sobie łopatę i odrobinę niegaszonego wapna, jak zacznie śmierdzieć, zrobimy dołek w ogródku…

  5. urbane.abuse pisze:

    Piękne. Natomiast – wielce mi się podoba Drwal czytany przez Chyrę – jest bardziej przegięty od Michaśki!

  6. szprota pisze:

    Szanowny panie Łukaszu!
    Muszę wyrazić głębokie zaniepokojenie pana kolejnymi zachwytami nad, jak to pan ujmuje, Michaśką. Jestem więcej niż przekonana, że skłonności Michaśki, które wszak dla nikogo nie są tajemnicą, mają zaraźliwą moc. Zachodzi obawa, iż uległszy tej zarazie popadnie pan w hedonistyczny gewałt i kokainowe white nights, wild nights, a następnie drąc upaprany białym próchnem nos poszybuje pan po szczeblach kariery, kariery, która wszak dostępna jest wyłącznie nielicznym, uprzywilejowanym i aktywnie wspieranym przez wiadome lobby.
    Panie Łukaszu, jeszcze nie jest za późno, by nos miast w proch wtulić w swojski szalik klubowy i pozostać skromnym blogerem o lokalnej sile rżenia.

  7. Łukasz pisze:

    @ Szprota

    „lokalna siła rżenia”, piękne. no cóż, jak rozumiem, nie prorokuje mi pani występu w II części kultowego filmu a’la dokumentalnego zatytułowanego „Blogersi”?

  8. szprota pisze:

    Jakże bardzo pragnęłabym, by pan uniknął tego epizodu w życiorysie; uczyniłby on panu wyrwę w dobrej opinii, ziejącą pustkę jak zhajcowana zajezdnia!

  9. AsiuAsiu pisze:

    Och, ale to nieprawda, że ta smukła Michaśka przestała istnieć… dla mnie zawsze będzie istnieć i mieszkać w moim złamanym serduszku, bo w takiej Michasi się zakochałam… ;*