Houellebecq

Posted: 16th grudzień 2011 by Łukasz in biblioteka

Czytam Houellebecqa po Masłowskiej. Tego nowego ufetowanego Houellebecqa po Masłowskiej, którą w zeszłym tygodniu ściągnąłem z omszałej półeczki i z którą sobie potem jeździłem wszędzie przez kilka dni jak z amuletem. Bardziej autentyczna zmumifikowana królicza łapka niż pierścień Atlantów. Z Fingathing na uszach, pod kapturem z powodu klimatu, z ogryzkiem ołówka między palcem wskazującym a kciukiem, by krzyżykiem piętnować, co mocniejsze kawałki, turlałem się środkami ojczystej komunikacji i badałem. Testowałem na 35-letnim Łukaszu N., żywym ochotniku z martwego miasta w zachodniej Eurazji, czy „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” wciąż działa. Więc – tak. Masłowska pieści niczym włączona suszarka wrzucona do kąpieli. Mnie, dodajmy. A co z Houellebecqiem?

Czekałem na Houellebecqa w listopadzie na targach w Krakowie. Wszystko miałem gotowe – gonzo w głowie, aparat ze szpiegowskim zumem, dwie godziny wolnego od szefowej, ironiczny grymas wmontowany na stałe w twarz. Bo umyśliłem, że wezmę udział w tym jego promo i zaistnieję. Najpierw w milczeniu i biernie, zwykły czytelnik pod ścianą, którego zwabił blask sławnego autora, później już konkretnie. Rozważałem najróżniejsze opcje terroru. Seria kłopotliwych pytań? Obnażenie sutków? Atak tortem? W sumie – cokolwiek. Byle go tylko wytrącić z tego ostentacyjnego zblazowania, którym gorszy maluczkich. Dowiedzieć się, co pocznie, gdy w jego towarzystwie i ktoś inny zacznie gorszyć. Czy zniesie konkurencję w prowokowaniu? Na którym przecież się spasł a spasł, na którym wszakże urósł. Więc może będzie zajadle bronił swojej pozy, by mu nikt nie wchodził w paradę? Co zrobi? Zbaranieje? Po mieszczańsku zawezwie ochronę, żeby usunęła typa, który bruka mu szoł? Skuli się? Zaprosi do współpracy? Dowiedzieć się, muszę się dowiedzieć, dudniło mi w sercu, gdy tak obmyślałem strategię i oglądałem swoje ciało w hotelowym lustrze. Nie dowiedziałem się jednak, bo Houellebecq nie dotarł. Pewnie ktoś mu dał cynk, że się tutaj szykuję. Trudno. Zamiast niego – mam jego książkę. Małego skompresowanego Houellebecqa.

Który to Houellebecq był dla mnie odkryciem i potężnym wstrząsem w przeszłości. Mogę nawet precyzyjnie określić kiedy. Podczas tamtych miesięcy jałowego zalegania na kwadracie, gdy po raz kolejny nie miałem pracy i nerwica zaczynała się znowu do mnie dobierać, każdego dnia  zjadając mnie po kawałeczku. Pamiętam jaki wtedy byłem. Pasywny, wkurwiony, skupiony, rozżalony, obcinający świat z ukosa. Otwarty na wszelkie ekstremizmy. Byłem jednym z tych facetów, o których pisał DeLillo w „Librze”: cisi lokatorzy kawalerek, wydymani przez życie, z duszą w siniakach i wrzącymi non-stop synapsami, którzy piętrzą w sobie pomysły na to, jak wypalić dziurę w rzeczywistości. Nie żeby wziąć na kimś rewanż. Po to, by ktoś się o nich w końcu dowiedział.

Pewnie dlatego Houellebecq od razu mi podpasował – tak nonszalancko wszedł do literatury. Sprawił, że na powrót mówiło się o niej, jak o czymś istotnym i drażliwym. Powieści Houellebecqa były niczym tajny rządowy raport o grzechach i słabościach białych ludzi Zachodu z początku XXI wieku, który wyciekł do mediów. Seksturystyka, impulsywna przemoc, nuda, pornografia, demoralizujący zbytek, igrzyska swingersów, praca będąca źródłem cierpienia, rozleniwiające bezpieczeństwo, frustracja jako nowy obowiązujący ustrój. Houellebecq nie szwendał się ze zwierciadłem po wyasfaltowanych gościńcach – on podłożył kamerki w normalnych dobrych domach, po czym udostępnił wszystkim zarejestrowane tam obrazy, żywe sceny rodzajowe. I jeszcze ta jego świńska aparycja eks-proboszcza, którego wydalono z kościoła za nieskromne sesje z młodymi. Wszystko grało. Układało się w całość. W tydzień, może dwa, przeczytałem „Cząstki elementarne”, „Platformę”, „Możliwość wyspy” i „Poszerzenie pola walki”. Chciałem więcej.

Na coś więcej musiałem poczekać do 2011.

Najnowsza książka Michaela Houllebecqa, „Mapa i terytorium”, to bardzo dobrze napisana i skonstruowana powieść opowiadająca o karierze awangardowego artysty Jeda Martina. Jed odnosi spektakularne sukcesy na niwie sztuki wpierw jako autor ogromnych zdjęć map drogowych Michelina, następnie zaś przerzuca się na malarstwo i podbija rynek sztuki obrazami o tak apetycznych tytułach jak „Bill Gates i Steve Jobs rozmawiający o przyszłości informatyki” czy „Michel Houellebecq, pisarz”. Prywatne życie Jeda to życie samotne, samowystarczalne i monotonne. Jed nie przepada za ludźmi i nie chce, żeby i ludzie za nim przepadali. Woli być kulturalnym odludkiem, amatorem drobnych przyjemności konsumowanych w pojedynkę, stonowanym nihilistą i uroczo zgorzkniałym człowiekiem, na którym ciążą rodzinne traumy – samobójstwo matki, nieczułość ojca. Niekiedy pozwala sobie na krótkie wycieczki poza swój materialny i duchowy azyl i wchodzi wówczas w intensywne interakcji z innymi – romansuje z piękną Rosjanką o imieniu Olga, zadzierzga intelektualną więź z popularnym pisarzem Michelem Houellebecqiem. Ale tak naprawdę nic nie jest w stanie go porwać, wstrząsnąć nim, zmienić go. Jed co najwyżej uczestniczy – w miłości, sztuce, przyjaźni – lecz nigdy się nie angażuje. Bo ani odejście Olgi, ani brutalne morderstwo Houellebecqa, ani też śmiertelna choroba ojca nie wywoła w nim mocnych prawdziwych emocji. „Mapę i terytorium” to paczuszka wypełniona ważkimi tematami – czytelnik znajdzie tu i ironiczne konstatacje o zachodniej cywilizacji, o współczesnej literaturze, malarstwie, krytyce, jak i dywagacja o roli artysty w społeczeństwie, starości czy eutanazji. „Mapa i terytorium” to ciekawa książka. Ale co z tego?

Bo „Mapa i terytorium” Michaela Houllebecqa jest jak pluszowy kocyk w 666, jak termofor w kształcie Cthulhu, jak ciepłe mięsiste skarpety inkrustowane główkami Charlesa Mansona. Spodoba się każdemu, nikomu nie zrobi krzywdy. I na dodatek może się wylegitymować metką made in demon, certyfikatem, że pochodzi od skandalisty. „Mapa i terytorium” to powieść doskonale obła i obłudnie doskonała. Nie sposób się jej czepiać za jakieś niedoskonałości formalne, bo tych po prostu nie ma. Sama „Mapa i terytorium” również nie zaczepia. Houllebecq stracił pazury i dziś ma do dyspozycji tylko tipsy zrobione w  Judyta World Nails na Zachodniej. Michael Houllebecq napisał książkę idealną pod nagrody, pod krytyków środka, listę bestsellerów Wyborczej, pod choinkę.

Teraz taka trochę puenta a trochę i credo. Otóż jakieś 3 lata temu Gosia spędzała wakacje na południu Francji, w okolicach Nicei, w strefie rażenia fioletowej bugenwilli i trzycyfrowych upałów. Podczas kąpieli w morzu dotkliwie poparzyła ją meduza. Zostawiła Gosi na lewym udzie pręgę jak po smagnięciu batem – długi purpurowy ślad. Kiepsko to wyglądało. Jeszcze gorzej było mieć to na sobie. Bo „to” żyło na Gosi, żywiło się Gosią. Przez bite 2 tygodnie nie dawało o sobie zapomnieć. Nie skutkowały maści ani kompresy. Bolało, świerzbiło, nagrzewało się, pulsowało. Piekło jak skurwysyn. No właśnie. Oczekuje, że to samo zrobi mi książka. Kropla kwasu wpuszczona do mózgu.

  1. petroniusz pisze:

    bez pazura? e, to dzięki.. czytanie czegoś tylko dlatego, bo autor słynny, jest bez sensu

  2. jerry pisze:

    No. Zgoda. Łebski chłopak z tego Houellebecqa. Rzecz wygląda jakby sobie pomyślał, a teraz dostanę nagrodę Goncourtów 2010 i nie będą się zastanawiać dłużej niż minutę i trzydzieści sekund. W dodatku zrobię to nie ruszając się z domu przy użyciu Wikipedii i własnego umysłu. Szacun. Ale czytelnik ia, czuje się troszkę oszukany.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Wystarczyło mi „Platformy”. Skandalu ani ponad-homeopatycznych stężeń nihilizmu nie wykryłem (chwała tępocie, być może), fapnięcie w Grishama było na małe hehe, end of story.

  4. A. pisze:

    „cisi loka­to­rzy kawa­le­rek, wydy­mani przez życie, z duszą w sinia­kach i wrzą­cymi non-stop synap­sami, któ­rzy pię­trzą w sobie pomy­sły na to, jak wypa­lić dziurę w rze­czy­wi­sto­ści”.

    To zdanie sprawiło, że stracił Pan fana. Zyskał psychofana.

    A co do Houellebecqa, to, wyjątkowo, zgadzam się z kolegą Tetrixem. Literacko (a na to głównie patrzę) M.H. jest niesamowicie ubogi (w „Platformie” czarę goryczy przelała dyskusja między głównym bohaterem a jego dziewczyną, na temat modelu związków w społeczeństwach Zachodu i Wschodu; merytorycznie trafne, ale literacko gorsze jest już tylko to: http://www.joemonster.org/p/548388/Narodowy_Spis_Powszechny_w_Klanie). Ale wybaczam, będąc na etapie „cichego lokatora” też się jarałem chujowymi rzeczami, aż za dobrze rozumiem tę sytuację ;)

  5. mrw pisze:

    Przypomniało mi się, że kiedyś miałem flejma o Masłosko, gdzie jeden krytyk filmowy młodego pokolenia określił ją mianem „salonowy Wilq” http://mrw.blox.pl/2010/01/Silnienie.html

  6. Łukasz pisze:

    @ petroniusz

    Bardzo dobre i zdrowe podejście.

    @ jerry

    Można się nie ruszać z domu a i tak machnąć kawał literatury, która wstrząsa. Nie w tym rzecz, że koniecznie trzeba biegac po świecie i riserczować do upadłego. Ale żeby pisać mocno.

    @ kolega Tetrix

    Etam. Szumu przy okazji jego ksiażek było zawsze sporo. Zwłaszcza wokół „Cząstek elementarnych”. Ale rozumiem, że mógł nie podejść. No problemo.

    @ A.

    Dziękuje za deklarację psychofaństwa. Miło.

    @ mrw

    Do Masłowskiej to jeszcze wrócimy, przyjacielu.

  7. kolega Tetrix pisze:

    Komu jak komu, ale tobie przypominać, że od wszczynania szumu jest wydawniczy dział marketingu… no, niespodzianka. Idealiści, psiakość.

  8. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Panie, ale ja i w RP słyszałem od różnych osób autentyczny oburz, że ten Łelbek to taka świńska literatura i obrzydzenie bierze, jak się czyta. O takim szumie pisałem.

  9. kolega Tetrix pisze:

    A oni to Łelbka w rzeczy samej przeczytali, ci różni, czy tylko powtarzali za „Angorą”, która z kolei zamieściła wyciąg z GW streszczającej dramy krytyków znad Sekwany? Also, patrz autentyczny oburz nieczytających Grossa/DJ Masło/Harry’ego Pottera/łotewera zresztą – z serca płynący, ale cokolwiek gówno warty.

  10. aanne pisze:

    „Nowy” Houellebecq faktycznie inny. Szkoda tylko że autor recenzji nie zauważa skąd ta zmiana. Może gdyby autor recenzji nie był egocentrykiem skupionym wyłącznie na fakcie jak jego dzisiejsze oraz przeszłe jescestwo trawi/trawiło Houellebecq’a może… może zauważyłby że „Cząstki” pisał czterdziestolatek, któremu dupa szaleje ze strachu przed powiększającymi się zakolami, a recenzowaną ksiażkę napisał już pięćdziesięciolatek którego pisanina osiągnęla sukces międzynarodowy. Może by zauważył.
    To tylko gdybanie.
    Teraz bardziej serio. Kompletnie nie na miejscu jest porównanie wypocin Masłowskiej do Houellebecq’a. Masłowska między 2002 a 2006 rokiem nie zrobiła żadnych postępów. Pojechała tym samym schematem. W wydaniu dwudziestolatki to obrzydliwie zachowawcze. Od debiutu Masłowskiej niebawem minie dekada. Można się pokusić o porównanie ile książek napisał każdy z autorów. Porównanie Houellebecq’a i Masłowskiej, wypada blado. Masłowską sukces wyraźnie uśpił, rozleniwił.
    Zważywszy powyższe, obawiam się że po 2013r. czyli po magicznej dla kobiet urodzinowej trzydziestce pani Dorota poczęstuje nas „the best of Masłowska”. Tym razem do książki dołączy się płytę z melorecytacją treści i wszyscy nie_czytający_inteligenci będą zachwyceni. Kolejne nagrody gwarantowane.

    Ale wróćmy do rzeczywistości. Juto Wigilia. Dlatego wybaczam Houellebecq’owi, że się starzeje. Masłowskiej wybaczam lenistwo, a autorowi recenzji wybaczam egocentryzm.

  11. Łukasz pisze:

    @ aanne

    Piszę o sobie, bo to jest blog i ja tu mięso trzymam. Nie interesuje mnie Łelbek, tylko ja czytający Łelbeka, co mnie ten Łelbek robi, w czym rozczarowuje i w których miejscach mizia Łukaszka. Fajnie, że parasz się psychologią na odległość i profetyzmem. Pewnie ci to pomaga w wielu sytuacjach życiowych. A swoje wybaczanie zawiń razem z siankiem i wsuń pod obrus. Najlepiej swój.

  12. jeryas pisze:

    „…Masłow­ska pie­ści niczym włą­czona suszarka wrzu­cona do kąpieli.”
    Czy wypróbował Pan to w realu?