Erntefest w Rwandzie

Posted: 31st Marzec 2012 by Łukasz in biblioteka

„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”.

Zdanie, które mi ustawiło cały tekst Hatzfelda. Nie musiałem na nie długo czekać, pojawia się już na 29 stronie jego „Sezonu maczet”. Jest skondensowane, oszczędne, ironiczne i okrutne. Co najważniejsze – wiernie oddaje i przekazuje dwuznaczny charakter tych brutalnych aktów, które opisał lub zrelacjonował. Czemu? Bo znajduje się w nim to, co wywołuje zgrozę, ale zarazem nie ma tego, co na ogół ją łagodzi i czyni przystępniejszą. Informacji o rozpoczęciu powszechnej jatki nie rozcieńczają tutaj bowiem wielkie słowa, uogólnienia, terminy militarne, oficjalna dykcja. Wręcz przeciwnie. Czytając je można wręcz odnieść wrażenie, że czyta się pierwszą linijkę maila od znajomego, który zawiadamia nas o widowiskowych acz zwyczajnych obyczajach, jakie panują w jego stronach. Normalna rzecz, nic wielkiego. Mniej więcej tak to wszystko wyglądało, ta rzeź w Rwandzie, naturalnie, mechanicznie, na masową skalę, wedle prostej metody.

Nie wiem w istocie do kogo należy to zdanie. Do odsiadującego wyrok za ludobójstwo Leoporda Twagirayezu, który tymi właśnie słowy odtwarzał atmosferę tamtego wyjątkowego kwietnia roku 94 na bagnach, wzgórzach i w miasteczkach prowincji Nyamata? Do Hatzfelda, jego rozmówcy, przerażonego słuchacza, sekretarza, dociekliwego reportera? Czy może do tłumacza, któremu jakaś łaskawa muza podsunęła akurat ten kapitalny przysłówek? Ale czy w tym wypadku precyzyjne ustalenie autorstwa jest takie ważne? Najważniejsze, że to „nieśmiało” robi swoje. Opowiada o początkach tego horroru, gdy zginął prezydent Rwandy Juvenal Habyariman i Hutu postanowili wykorzystać jego śmierć do wzięcia rewanżu na Tutsi.

Ci z okolic Nyamata nie ruszyli od razu. Czekali, szykowali się. Zauważyli co prawda, że niektórzy spośród ich ziomków znikają, próbują zwiać, kryją gdzie się da, ale im w tym nie przeszkadzali. Wiedzieli, że tak naprawdę nie ma stąd ucieczki. I że nikt tutejszym Tutsi nie pomoże. Żołnierze ONZ w swoich opancerzonych wozach wywieźli kilka dni wcześniej białych księży i białe zakonnice – i przepadli bez śladu. Ten 6 kwietnia nie był więc dla nich sygnałem do totalnego ataku, ale ostatnim gongiem przed mającym się zaraz rozpocząć przedstawieniem. Do odegrania którego byli przygotowywani od lat – od swoich starców, dziadków, rodziców i mentorów, słyszeli o mitycznych krzywdach, jakie aroganccy, wyniośli i zachłanni Tutsi wyrządzali od pokoleń Hutu. Propaganda radiowa ich w tym utwierdzała i dopingowała w rozwijanie w sobie nienawiści. Zawodowi podżegacze agitowali z pasją na rynkach, placach i na przedmieściach. Ostrzegali przed karaluchami, wężami i pasożytami, które niegdyś zwały się Tutsi, a które teraz jak najrychlej należy wytępić. Wszyscy uwielbiali wulgarne skecze i poniżające piosenki o Tutsi. Nawet i sami Tutsi. To była osełka dla ich maczet. Ale i tak nie wzięli się do tego z marszu. Już do nich dotarły wieści, że w innych rejonach kraju w najlepsze trwa zabijanie, ale u siebie jeszcze trochę odczekali. Tutsi zbiegli na pobliskie bagna, niektórzy jednak zostali w miasteczkach i osadach. Od nich rozpoczęto. Ich oprawcy w pierwszych godzinach rzezi jeszcze jakby nie do końca wierzyli, że wreszcie można. Działali chaotycznie, z ociąganiem, niekiedy zaś zbyt pospiesznie. Byli jak dziecko, które męczy mniejsze i słabsze od siebie stworzenie, lecz jeszcze przez moment odsuwa od siebie myśl, iż może je zgładzić bez jakichkolwiek dla siebie konsekwencji. Dlatego to zdanie jest takie istotne i cenne.

„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”.

Potem szło gładko – z dnia na dzień coraz lepiej. To co najważniejsze powiedziane zostało wprost: macie zabić wszystkich Tutsi. Bez wyjątku. Klarowny przekaz. Świetna organizacji, odkąd przyszły wytyczne z Kigali, stolicy. Zbiórka na boisku, sycący posiłek, wymarsz. Stała pora pracy – od 09:30 do 16:00. Przez cały tydzień. Po robocie – odpoczynek i zabawa. Sporo alkoholu. Następnie spokojny, kamienny sen, jak to po znojnych zajęciach.

Oni szli ławą, z maczetami w garściach, z pieśnią na ustach i w pierwszorzędnych humorach. Za nimi często podążały żony, siostry, córki. Mężczyźni mordowali, kobiety – grabiły domy, ogałacały zwłoki, gromadziły dobra. Było tego sporo, bo zabijano każdego Tutsi. Nie oglądano się na wiek, płeć czy stopień znajomości. W tym dziele Hutu byli nareszcie zjednoczeni – rzezali chłopcy, dojrzali panowie, rolnicy, dyrektorzy szkół, burmistrzowie, intelektualiści i wojskowi.

Szybko dano sobie spokój z natchnionymi oracjami inspiratorów, indoktrynacją i wydumanymi urazami sprzed stuleci. Tutaj liczył się konkret. Samica Tutsi, krowa Tutsi, majątek Tutsi, blacha z dachu Tutsi, żyzna parcela Tutsi. Magnetofony po Tutsi bębniły co noc i były to dla Hutu dobre noce. Reasumując – to był zbożny czas dla Hutu. Którzy jedli, ile chcieli i wyprawiali, co chcieli. Codzienny mozół na swoich jałowych rolach zastąpili wydajnym żęciem i plonami. Nudę – zabawą w wypróbowanym towarzystwie.

W niewiele ponad miesiąc w Nyamata i okolicy zamordowano 50 spośród 59 tysięcy Tutsi. Około miliona w całej Rwandzie w przeciągu 100 dni.

Jean Hatzfeld w „Sezonie maczet” udziela głosu osadzonym w więzieniu katom. Po książkach Arendt, Browninga i Drakulić już chyba nikogo nie powinno dziwić, że okazują się oni nie potworami o ośmiu mackach czy urodzonymi sadystami, ale zwykłymi ludźmi, których w pewnym momencie zacugowała nienawiść i bezkarność. To o czym opowiada ta paczka z Kibungo, dziesięciu kumpli, który ramię w ramię od poniedziałku do niedzieli wycinali w pień Tutsi, jest przerażające, koszmarne i nie do wyobrażenia. Jednak nie tylko przez to, co składa się na treść tych wyznań, ale również przez sposób, w jaki to robią. Swobodnie, bez emocji. W ich ujęciu to bardziej relacja z przedsięwzięcia, które nie powiodło się z przyczyn, dajmy na to, technicznych, niż spowiedź morderców.

 O ile łatwo było mi wskazać zdanie, które otworzyło mi tę książkę, nadało ton mojej lekturze i interpretacji, to z tym, które ją zamknęło i podsumowało mam nie lada problem. Jest ich bowiem zbyt wiele. Po męczących pertraktacjach z samym sobą i przeprowadzeniu radykalnej selekcji nadal nie umie wybrać tego właściwego. Waham się między dwoma.

„Każdy zabijał jak umiał, jak czuł, w swoim własnym tempie”.

lub

„Ścinaliśmy znajomych, ścinaliśmy sąsiadów, ścinaliśmy wszystkich”.

[Autor notki jest od niedawna redaktorem w Wydawnictwie Czarne. Ale nie umiał się powstrzymać przed zarekomendowaniem tej niezwykłej ksiązki.]

  1. petroniusz pisze:

    mocne.

  2. lucette_nader pisze:

    ja nie wiem jak inaczej pisać o tej książce, jak nie cytatami/prawie-cytatami; wrażenia podobne.
    a propos pracy – gratulacje! ;)

  3. fronesis pisze:

    Włąsnie zabieram się do lektury, podzielę się wrażeniami, dziękuje za recenzję.

  4. Kinga pisze:

    Dobre, i świetna recenzja.

  5. Marlow pisze:

    Trudno powiedziec, która z części „trylogii rwandyjskiej” Hatzfelda jest najlepsza, zresztą szczerze mówiąc, czytane jedna po drugiej stają się trochę nużące ale pierwsze wrażenie jest piorunujące.