Ostatnie posługi

Posted: 7th czerwiec 2012 by Łukasz in biblioteka

„Pierwszą miłość” Sandora Maraiego skończyłem czytać w niedzielę. Poprzednią. Od tego czasu nie przestaję o niej myśleć. Nie tyle, że nie mogę przestać. Mogę. Po prostu – nie chcę. Wolę wracać – stale i z premedytacją – akurat do niej. Na spacerach, w tramwaju, na nudnych spotkaniach większą grupą, na których zawsze udaje się urwać kilka minut tylko dla siebie, o ile wcześniej umiejętnie odegra się pantomimę zaangażowania, wieczorami, gdy ze swojego balkonu obserwuję jak światło powoli zsiada się nad kroguleckim lasem. Ale nie bawię się tutaj w żadne kontemplacyjne pozy obliczone na miłość własną czy aplauz przypadkowej widowni. Nie, nic z tych rzeczy. To rodzaj praktycznej obsesji, upartej repetycji paru wątków i zdań, dzięki której można znowu poobcować z minioną przyjemnością lub ciekawym przeżyciem.

Są książki, które sprzedają kopa w brzuch. Znam i te, co rażą jak piorun, trują duszę, wywracają flaki i wkręcają w paroksyzmy śmiechu. Ale są i takie, od których zamarza serce. „Pierwsze miłość” Maraiego jest właśnie jedną z nich. Jest bryłą lodu do trzymania pod bluzką.

Pewnie każdego z nas, prędzej lub później, czeka to, czego doświadczył główny bohater – a zarazem i narratora – tej niezwykłej powieści. Otóż on, pięćdziesięcioczteroletni nauczyciel w prowincjonalnym mieście Z. (Austro-Węgry, rok 1912), stary kawaler, odludek, człowiek niechętny podróżom, dzieciom, obyczajowym zmianom i kobietom, powściągliwy krytyk wszystkiego, pewnego dnia zdecydował się na odważny i, jak się okazało, brzemienny w skutkach czyn – postanowił określić i zbadać swoją sytuację w świecie. Najpierw więc zajrzał w głąb siebie, a potem, niejako w konsekwencji, uważnie potoczył wzrokiem dokoła. Przeraziło go to, co zobaczył. Bo okazało się, że jest zrzędliwym, ramolejącym z roku na roku, smutnym jegomościem, w którym skwaśniał i duch, i intelekt. Nikt się z nim nie liczy – większość z niego kpi. Jego uczniowie nazywają go „Mors”. Jego kariera łacinnika już dawno zmieniła się w parodię. Poddał się, pozwolił się szkole ujarzmić, w zamian za spokój i emeryturę oddał jej swoją rzutką niegdyś inteligencję, własne zdanie, suwerenność sądów i potrzebę poszerzania wiedzy. Teraz już tylko skreśla i powtarza, odbębnia lekcje. Popołudniami spaceruje po korso. Niekiedy zachodzi do męskiego klubu. Wieczory spędza zazwyczaj w swoim mieszkaniu, nie czyta, nie docieka, nie robi nic. Nie ma nikogo. Siedzi i czeka aż zużyje się czas, zapadnie noc.

Prowadzi dziennik – nieregularnie, bo nieregularnie, ale prowadzi – „Pierwsza miłość” to powieść w formie dziennika. Za jego sprawę, dzięki wpisom, ponownym lekturom tych wpisów, rejestrowaniu wspomnień i bieżących wypadków, dowiedział się, co się z nim stało. Wie, że oto minęło jego życie i nie powinien się  spodziewać już niczego pasjonującego, nowego i wartościowego. Nie spostrzegł, kiedy jego los osiągnął kulminację. Kiedy przechylił się na tamtą stronę. Teraz zaczął się zjazd ku śmierci. Bohater Maraiego dostępuje momentu jasności, zalicza gorzkie oświecenie, dzięki któremu jednak może się przekonać, jak bardzo jest z nim źle. To nie jest pocieszenie. Ale to jest ważne. Ta chwila godności, gdy widzisz rzeczy, sprawy i osoby takimi, jakie naprawdę one są. Patrzysz w pysk Meduzy i nie odwracasz wzroku. Bo twoja rzeczywistość, każdego, ma suwak z boku. Sztuką jest znaleźć go jak najszybciej.

To co zrobi bohater Maraiego, to nie będzie walka. Raczej próba podjęta z pełną świadomością niepowodzenia i przegranej. Goli brodę, by atrakcyjniej wyglądać. Zakochuje się w młodziutkiej uczennicy Margit Cserey. Po co? Czemu akurat w niej? Margit niczym się przecież nie wyróżnia – nie jest klasową pięknością, prymuską, aktywistką, nie jest pachnącą dupcią w typie starszych panów. A jednak to ona zawładnie jego umysłem i ciałem. To za jej sprawą, choć bez jej świadomości i czynnego udziału, jego nieporadna miłość rychło przepoczwarzy się w manię prześladowczą, kulturalny obłęd. Będzie ją podglądał, śledził, tropił i godzinami zgadywał, czym się zajmuje Margit, kiedy jest daleko, w swoim domu, w gronie rówieśników, w męskim towarzystwie. Ale czy prawdziwym powodem jego uczucia wobec niej nie będzie aby to, że w Margit kocha się Madar? Najlepszy uczeń w klasie, bystrzak, fenomen, w którym on rozpoznał samego siebie sprzed wieków – ubogiego, ambitnego, prostolinijnego młodzieńca u początku drogi? Dlaczego najpierw wspiera Madara, a potem, z równą gorliwością, go niszczy? Od jego pozytywnej opinii i oceny zależy przyszłość Madara. Bez niej Madar będzie skończony – nie dostanie stypendium, zostanie w Z., kątem u rodziny, dozgonnie wdzięczny za ten kąt.

„Pierwsza miłość” Sandora Maraiego to powieść, w której narracja poprowadzona jest po mistrzowsku. Równo, równiutko co do centymetra. Wiwisekcje Maraiego dorównują tym, jakie przeprowadzał Dostojewski. Po dostojewsku zrobione są i niektóre sceny, zwłaszcza te, które traktują o psychicznych torturach, upodleniu, małości ludzi. „Pierwsza miłość” jest koncertem, na którym gra się tylko czarne kawałki. Długo nie zapomnicie jej finału. Jest w nim dziewczyna, zakochany w niej chłopiec, złamany, dojrzały mężczyzna. Jest siekiera na stole.

  1. A. pisze:

    O, Maraiego akurat znam całkiem nieźle, więc jeśli Gospodarz nie wie, po co sięgnąć po „Pierwszej miłości”, to służę (przynajmniej częściowo spłacę dług karmiczny, który zmaterializował się w postaci półmetrowego stosika dobrych książek, po które bym nie sięgnął, gdyby nie ten blog). A jeśli Gospodarz temat już ogarnął, to będzie dla potomnych, w każdym razie:
    1. Bardzo, bardzo dobre:
    – Dziennik
    – Sindbad powraca do domu
    – W podróży

    2. Wyższe stany średnie:
    – Magia
    – Pokój na Itace (majstersztyk narracyjny, choć na poziomie treści to reinterpretacja, jakich w XX wieku było na pęczki).

    3. Średnie stany średnie:
    – Występ gościnny w Bolzano
    – tetralogia Garrenów
    – Księga ziół

    4. Unikać jak ognia:
    – Żar
    – Dziedzictwo Estery

  2. thunderball pisze:

    Tej, nie czytałem. Ale polecam „Żar”. Wybitna ksiazka ze wspaniala atmosferą i pięknymi frazami. Uczta dla czytelnika.

  3. Łukasz pisze:

    @ A.

    Dzięki za miłe słowa. Będę miał na uwadze Twój rozkład jazdy po Krainie Maraiego. Teraz kończę „Wyznania patrycjusza” – zacna rzecz – i zaraz po nich będę siadał do „Ziemia! Ziemia!”. Liczę na jazde konkretną i genialną.

  4. Łukasz pisze:

    @ thunderball

    No, to teraz muszę czym prędzej się przekonać kto z was ma rację w sprawie „Żaru”. Czy Ty, czy A.?

  5. Barts pisze:

    Korekta obywatelska: „oto minęło jego życia” – chyba brakuje tam jakiegoś słowa, ew. trzeba uzgodnić życie.

  6. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Dzięki, już poprawione.

  7. dofi pisze:

    Zapowiada się zachęcająco, spróbuję zdobyć tę książkę…

  8. zaczytAnia pisze:

    Ciekawe czy znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu tego tekstu nie powie: Rany! Chcę to przeczytać! ;)

  9. Łukasz pisze:

    @ dofi

    Koniecznie.

    @ zaczytAnia

    Dziękuję, miło.

  10. A. (ale inna/inny) pisze:

    to kolejna rzecz, po którą sięgnęłam dzięki Tobie. i wiem, że wyznania miłości składane obcym ludziom w internecie są co najmniej nie na miejscu, z drugiej strony liczy się tylko Bóg i miłość, a jako że Boga nie ma – tak wyznaję Ci miłość. dzięki za kolejna podpowiedź niezwykłego przeżycia. pozdrawiam

  11. Łukasz pisze:

    @ A. (ale inna/inny)

    I co teraz? Dziękuję za piękne wyznanie. Będę się starał pisać jak najciekawiej. Czytaj mnie, odwiedzaj.

  12. A. (ale inna/inny) pisze:

    Co teraz? dalej będę czytać i odwiedzać :)
    ależ mi patetycznie, zupełnie nie wiem czemu, wyszło.
    btw uwielbiam się jarać słowami. i ludźmi poprzez ich słowa. uwielbiam.