Po katastrofie

Posted: 24th czerwiec 2012 by Łukasz in biblioteka

Świat Sebalda to świat po katastrofie. Tyle że jego narratorzy i świadkowie nie mówią o niej wprost, nie odtwarzają w szczegółach jej przebiegu i nie epatują swoich odbiorców scenami wynaturzonej przemocy czy moralizującymi tyradami, w których ganią, oceniają i wskazują palcem. To nie ona – nie katastrofa – jest tutaj głównym tematem. Sebalda zajmują jej konsekwencje i ofiary. Dlatego woli zamiast łun, bitew i hekatomb ukazywać losy tych, którzy w ich następstwie uciekli, wyjechali, zgorzknieli, załamali się, stracili bliskich, majątek i ojczyznę. Sebald to taki historyk ognia, który postanowił zrewolucjonizować swoją dyscyplinę. Jego nowatorska metoda polega na tym, że zamiast jednego monumentalnego studium żywiołu sporządza się cykl mniejszych szkiców, w których znajdą się opisy i zdjęcia starych, zagojonych poparzeń, resztek uniesionego z pożaru dobytku, osmalonych ubrań, które stały się relikwiami, budynków wzniesionych na ruinach i zgliszczach, nowych lokatorów, dawnych mieszkańców i adresów.

Jednak dzięki nieomylnemu pióru Sebalda wiemy co, kiedy i jak się stało. By oddać grozę XX wieku wystarczy mu aluzja, zwięzły akapit, brzmienie nazwiska przed zmianą, data. Na tym polega mistrzostwo i moc tego pisania: o katastrofie nie mówi się otwarcie, ale jest ona obecna. Spomiędzy sebaldowskich zdań wznosi się stukot kół transportów jadących do Treblinki, Oświęcimia, słychać zapuszczanie silników w Chełmnie nad Nerem, monotonny huk maszyn w Ghetto Litzmannstadt, brzęk szyb rozbijanych w żydowskich sklepach, wrzaski pogromów, syk gazu pod Ypres, palby Einsatzgruppen, słowa pożegnania, które padły między tymi co mogli ruszyć w drogę, a tymi, którzy musieli zostać.

Ale ocaleć to jeszcze nie wszystko, przekonuje Sebald. Prawdziwą sztuką jest z tym żyć, przeżyć to, że się kogoś przeżyło. Zakończona powodzeniem ucieczka przed fizycznym zagrożeniem nie oznacza końca niepokojów, udręki i bólu. Często zaś oznacza dopiero początek nieszczęścia.

Świat Sebalda to świat, który się rozpada. Dezintegracji ulegają nie tylko ludzie – ich osobowość i pamięć – ale i całe miasta. Jerozolima, Newark, Manchester to w ujęciu Sebalda terytoria duchów, dekoracje do jakiegoś mrocznego przedstawienia, w którym nie przewidziano aktorów, zbiorowisko pustoszejących z roku na rok domów, fabryk i budowli, które nie służą już nikomu ani niczemu i są teraz tylko czymś w rodzaju gigantycznego chronometru, za pomocą którego odmierza się upływ czasu i postęp zniszczenia. Nicość nie próżnuje – i nie gardzi żadną, choćby najskromniejszą, zdobyczą. Z podobną ochotą pałaszuje metropolie, jak i ogrody, w pobliżu których krzątają się i mieszkają sebaldowscy wygnańcy. Te, mimo starań, dziczeją, popadają w chaos, kolekcje, uprawy i gatunki stają się kłębem chwastów, nieusystematyzowaną gęstwą.

Bohaterowie Sebalda cierpią. Na pozór łatwo jest zdefiniować co im dolega. Część z nich zapadła na kulturalną i dystyngowaną melancholię, w trakcie trwania której przygnębienie bierze górę nad innymi uczuciami, część natomiast boryka się z depresją i takimi jej skutkami jak niemoc, beznadzieja i świadomość kruchości istnienia. Ale w miarę lektury nabiera się jednak przekonania, że Sebald wykrył i opisał jeszcze i jakiś trzeci rodzaj wewnętrznego cierpienia. Taki, o którym milczą encyklopedie i o którym w swoich aulach nie rozprawiają humaniści i profesorowie psychiatrii. Będzie to, objawiająca się w postaci zstępującej wolno acz niebłaganie konstatacji, pewność, że nie mamy żadnych szans, najmniejszych, że koniec będzie zawsze przykry i marny, że wszędzie na świecie zapanuje nie głęboka noc, nie apokaliptyczna pożoga czy stuletnia wojna, ale pochmurna, wietrzna środa z lekkimi dolegliwościami żołądka i nieusuwalnym niesmakiem w ustach. Stąd tylu u Sebalda samobójców, paranoików, samotników i przegranych.

To nie jest walka, bo z nicością nie da się wygrać, nie da się jej okpić ani wysunąć z jej uścisku, ale próba, to utrwalanie tego, co mija i ta chęć zebrania i połączenia tych przedmiotów, na których uwieczniono widoki, myśli i twarze. Bohaterowie Sebalda gromadzą fotografie, pamiątki, przezrocza, książki, przeterminowane gazety, prowadzą dzienniki intymne i itineraria, dzielą się wspomnieniami, uczestniczą w wieloodcinkowych snach, snują opowieści, w których przytaczają opowieści i opowieści o opowieściach. Sebald – to wiodące „ja” tej książki – posługuje się tymi elementami nie po to, by czyjś los poznać w całości, bo przecież o jakiejkolwiek całości nie może być mowy, ale żeby chociaż zrobić obrys kształtu tego losu, dowiedzieć się czego się nigdy nie dowie, o kim i o czym nie będzie nigdy niczego wiedział.

„Wyjechali” W.G. Sebalda to 4 historie 4 nieszczęśliwych ludzi: doktora Henry’ego Selwyna, którego trawi nieuleczalna, wyniszczająca tęsknota, Paula Bereytera zmagającego się z demonami nazistowskiej przeszłości swojego kraju, złamanego Ambrosa Adelwartha i Maxa Ferbera, odludka, malarza, który postanowił odmówić udziału w rzeczywistości. Między nimi kursuje Sebald – i będzie to historia numer 5 – który ich słucha, pyta, rekonstruuje ich dzieje i robi z nich swoją książkę.

Prozie tej patronuje Nabokov. Jego „Pamięci, przemów” jest tą gwiazdą na czarnym niebie, pod którą rozgrywają się sebaldowskie sytuacje, tragedie i przygody. W każdej z części „Wyjechali” można odszukać Nabokova lub trop Nabokova – raz będzie to dziarski, sześćdziesięcioletni łowca motyli grasujący na łąkach amerykańskiej Ithaki, innym – piękny hotel w Montreaux. W taki właśnie sposób jeden wielki pisarz spłaca dług i okazuje respekt drugiemu wielkiemu pisarzowi.

„Wyjechali” W.G. Sebalda to dzieło, w którym nie ma jednego zbędnego fajerwerku, próżnej sztuczki, obliczonej na efekt demonstracji umiejętności pisarskich autora, krzty dydaktyzmu czy żonglerki makabrą. Wszystko tutaj podporządkowane jest tematowi, tonacji i dobranemu idealnie tempu. Czarno-białe zdjęcia uzupełniają i współtworzą fakturę tekstu. Sebald w „Wyjechali” pisze o wygnaniu, chorobie, przeznaczeniu, destrukcji i o pamięci. I jeszcze o paru najistotniejszych zjawiskach i rzeczach. „Wyjechali” W.G. Sebalda to arcydzieło.

  1. A. pisze:

    To przy okazji zapytam – jeśli „Wyjechali” uwielbiam, a „Pierścienie Saturna” mnie znużyły (intelektualizm stonowany, pozbawiony fajerwerków zawsze mnie męczył, taka przypadłość, cóż poradzić), to powinienem teraz sięgnąć po „Austerlitz” czy „Czuję. Zawroty głowy”?

  2. Łukasz pisze:

    @ A.

    Po „Austerlitza”. „Czuję. Zawrót głowy” bywa nużące. Aczkolwiek zawiera pyszną historię o Kafce. „Austerlitz” jest mocarny, otchłanny i potwornie smutny. Zabieraj się za „Austerlitza”.

  3. A. pisze:

    Dzięki! :)

  4. thunderball pisze:

    A prozaika Genazino Państwo znają? Odkrycie kolejnego wybitnego niemieckiego pisarza, takiego na miarę Sebalda. Polecam, w Polsce wydano jego opus magnum.

  5. Łukasz pisze:

    @ thunderball

    Chętnie od niego zajrzę. Dzięki za trop.