Już nigdy nie będzie takiej „Denatki”

Posted: 1st Lipiec 2010 by Łukasz in beatyfik(a)cje

Nie będąc profesjonalnym badaczem literatury – a wyłącznie tejże miłośnikiem i gorliwym obserwatorem – nad wyraz rzadko dopuszczam, by moje prywatne konstatacje na temat jakiegoś tekstu, albo autora, zgęstniały i opadły na papier. Jeszcze rzadziej zajmuję nimi uwagę zaprzyjaźnionych redaktorów. Postępując tak, postępuję nie z obawy, że jakość moich wypowiedzi wystawi na próbę naszą znajomość, ale dlatego, iż niewiele spośród wydawanych dzisiaj rzeczy wywołuje u mnie radosne palpitacje serca i wrzenie synaps. Z oschłości własnego temperamentu nie śmiałbym aliści wnosić niczego ogólnego o współczesnej poezji i prozie – ani tym bardziej wyręczać się werdyktami w rodzaju „upadek” lub „regres” – nie mnie jednak, gros publikacji, które poznałem w minionej dekadzie umacniała mnie jedynie w moim wyborze, wprawiała w milczeniu. Konsekwencją czego było dojmujące przekonanie, że moje kontakty ze sferą pism kulturalnych nie wykroczą, w dającej się wyobrazić i ziścić przyszłości, poza ramy zdawkowej świątecznej kurtuazji. 

Stało się inaczej. Powinienem zatem być szczęśliwy. Nie jestem. 

Bo oto ukazała się wreszcie książka, której lektura nie działa jak tortura, ani też nie paraliżuje niczym sesja u skutecznego hipnotyzera. Wręcz przeciwnie. Dzięki niej osiąga się stan bliski ekstazie – i tej estetycznej, i tej fizycznej, cielesnej, ludzkiej, uzewnętrzniającej się w łagodnych wstrząśnieniach żołądka i zaskakujących transferach płynów ustrojowych. „Dzieło, dzieło!” mruczałem gromko pod nosem, chłonąc. Na marginesach umieszczałem skondensowane glosy, osadzałem wykrzykniki, lamowałem na czerwono poszczególne frazy – niepowtarzalne, genialne – nie skąpiłem także kropek, kresek, strzałek. Cała ta interpunkcyjna laka spływała z mego pióra, gdy elokwencja okazywała się bezradna w obliczu natężenia okrucieństwa i piękna – dwugłowego emblematu tej twórczości. Moje doznania potęgował nadto fakt, iż czytałem nie pracę starego obrotnego mistrza, nawet nie zawodowego twórcy w średnim wieku, lecz debiut. Tak, debiut, panie i panowie. Tom wierszy o niepokojącym tytule: „Denatka”. Równie perwersyjnie pobrzmiewa imię i nazwisko jego autorki – Adrianna Dorsata.

 

weird_toys_07[1]

 

Lecz – wyznać muszę – wolałbym dalej nie mieć powodu, by pisać. Wolałbym trwać w swej dobrowolnej afazji i z wystudiowanym absmakiem razić kolejne nowości wydawnicze, niż przygotowywać ten skromny esej. Dlaczego? Otóż impulsem, dzięki któremu „Denatka” zyskała wymiar skończony i materialny, będąc wcześniej li tylko chaosem pojedynczych wierszy rozproszonych po portalach, plikach i luźnych kartkach, była przedwczesna śmierć Adrianny. Adrianna Dorsata popełniła samobójstwo mając zaledwie osiemnaście lat. Dowiedziałem się o tym tragicznym zajściu z biogramu na okładce. Zaiste niewiarygodne, ile bólu i protestu emituje kontinuum paru cyfr, (1991-2009)! Tuż pod nim – odizolowana wymownym odstępem – znajduje się informacja, z której wynika, że po nagłym odejściu Adrianny grupa jej trójmiejskich przyjaciół, wespół z lokalnymi pracownikami oświaty, postanowiła wykonać gruntowną kwerendę, scalić dorobek nastoletniej poetki i go udostępnić.

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=WUlr_E1Xy2I[/youtube]

 

 „Denatka” to na tyle dojrzała i wartościowa pozycja, że z pewnością spowoduje rezonans w postaci licznych wystąpień prasowych, uniwersyteckich analiz i subtelnych komentarzy na blogach. Bez wątpienia, wiersze Dorsaty znajdą się w każdej istotnej antologii. Przeczuwam również, że z chwilą przeniknięcia treści „Denatki” do świadomości ogółu zainteresowanych i wrażliwych duchowo część z nich – może i znaczna część – dokona konwersji z konsumentów liryki na oddanych pasjonatów, aliantów i czcicieli, którzy wiązać się będą w oficjalne bractwa dyskusyjne i tajne klany. Nie zdziwię się, jeśli radykałowie kultu Dorsaty powezmą zamiar kontynuowania tradycji lat dziewięćdziesiątych, kiedy to hołd idolom wyrażano i wersyfikacyjną mimikrą, i kalkowaniem ich powierzchowności – mrocznej konfekcji Marcina Świetlickiego, dredów Podsiadły, groteskowych oprawek Sendeckiego.

Lecz zarazem – i w tym bym upatrywał dla niej zagrożeń – debiutancką książkę Adrianny Dorsaty osnuwa elektrostatyczna mgła hermetyzmu – smog nazbyt szybko rozwiniętego intelektu – w której jawią się i nikną dziwaczne maski, mienią formy, igrają obrzydliwe i boskie koncepty, które mogą sprawić niejaką trudność w percepcji i recepcji tej poezji. Jeśli i dodać – bez kropli zawistnego jadu, a wyłącznie z filologicznej rzetelności – mnogość korespondencji i polemik, klasyczne tematy zmutowane aż do nieczytelności, celanowską ekonomię słowa, wizyjność Bianki Rolando i z trzewi lautreamontowskie obscena, to dopiero wówczas pojmiemy złożoność i rozmiar projektu z jakim przyjdzie mierzyć się jego odbiorcom.

Intrygujący jest również krąg tematyczny „Denatki”. Zastanawia zwłaszcza topos obozu koncentracyjnego, który Dorsata wyzyskuje aż po jakąś chorobliwą przesadę. Z ilości obozowych rekwizytów – i relacji aranżowanych w zonach „Rampy”, „Ja, Sonderkommando”, „Wszy” – wnosić można, że to coś więcej, niż adoloscencyjna przekora i chęć gorszenia. Jakby okolone drutami terytoria, pasożyty, mężczyźni w mundurach, łyse kobiety i krematoria – brunatna koronka dymu, błękitne niebo – były dla Dorsaty nie tyle makabrycznym i efektownym dekorum, co symulacją dzisiejszego świata. „Denatkę” reprezentują ponadto utwory traktujące o miłości, w których dominuje safizm w wersji sado, depresji, będącej nie modnym ponowoczesnym spleenem, ale nieusuwalnym osadem duszy, dzieciństwie, rekonstruującym się z pikseli pamięci wzrokowej i przejęzyczeń, oraz bóstwach chtonicznych podświadomości – majaczą tutaj figury ojca i brata, tę drugą, z racji skumulowania w jej obrębie latynizmów i dwuznacznych aluzji należy uważać za symboliczną.

Czy poznając debiut Adrianny Dorsaty, poznamy motywy jej nieodwracalnej decyzji? Wątpię. Sekcja niczego nie wykaże. Ewoluowania ku zatracie opiera się na innych składowych niż kultywowanie życia. Ale wczytując się w „Denatkę” dowiemy się jednego – o ile jesteśmy ubożsi.

  1. […] serio się komuś chciało czy­tać blogi w taką pogodę, to Dr. Kin­bote kon­ty­nu­uje wymy­śla­nie poetów, udat­nie przy­wra­ca­jąc do życia model krytyka-pierdoły z któ­rego sły­nie pol­skie […]

  2. saturnnoise (eat ask rik bib) napisał(a):

    Witam

    Panie Łukaszu szukam tego i znaleźć nie mogę- proszę o koordynaty…

  3. Łukasz napisał(a):

    @ saturnnoise

    Egzemplarz „Denatki” Adrianny Dorsaty jest dostępny tylko w Bibliotece Widmowej im. J. L. Borgesa.

  4. saturnnoise (eat ask rik bib) napisał(a):

    Tak też myślałem, ale własne poplątane imaginacje nakładają mi się na lajf, chciałbym mimo wszystko przegryźć taki witraż…