ufo

Posted: 13th lipiec 2012 by Łukasz in transmisje

Pracowałem kiedyś na stacji benzynowej. To był niekiepski czas – posiadałem koleżanki o takich imionach jak Irena i Halina, gadałem z lunatykami, parzyłem late makjato typom, o których Fajbusiewicz robił potem kolejny odcinek 997, co środę i sobotę obcowałem ze świrami od totka, ludźmi, którzy naprawdę wierzyli w to, że moja lewa ręka jest szczęśliwsza od prawej. Błagali, żebym lewą wrzucał ich kupony do lottomatu.

Lecz o przygodach – to może innym razem. Dzisiaj o Ufo.

Ufo był, co prawda, ochroniarzem, ale ochroniarzem stacjonarnym. Kiepsko. Bo byli ci od konwoju, dwa metry wzrostu, glany i uzi dyndające pod pachą, interwencyjna, glok, tonfa na głowę, i byli oni, stacjonarni. Szczerze? Nie wzbudzali respektu. Stanowili volkssturm ochroniarski. Nestorzy, inwalidzi, ofiary losu i wymoczki posłane na front. No i Ufo. Esencja tych kategorii.

Na dniu do jego obowiązków należała obserwacja podjazdu i tankujących tam aut. Miał karbować sobie w pamięci ich rejestracje i reagować w przypadku jumy i ucieczki. To znaczy – dzwonić do Centrali i bez zająknięcia recytować zapamiętane cyfry, by tym inicjować pogoń. Ufo nadawał się do tego jak nikt inny. Bo choć natura poskąpiła mu niemało, to jednak w ramach rekompensaty wyposażyła go w umiejętność ponadnaturalnej koncentracji. Pół godziny patrzenia bez mrugania to jest zawsze coś.

Ufo trwał więc przy wejściu i hipnotyzował rzeczywistość za szybą. Łysy, niski, z nadwagą, zaaferowany, w nastroju medytacyjnym. Wyglądał jak buddyjski mnich. Nawet mantrował pod nosem. Tyle, że jego Om mani padme hum brzmiało:

– Jeb, następny. Jeb, następny.

W weekendy miał służbę nocą. Zadanie – roztaczać aurę miru i majestatu za pomocą swojej osoby i czarnego uniformu. Bez broni. Ale i do tego pasował. Był kanciastym minerałem z żywymi oczami.

Jednak noc to noc. W końcu zaczyna się nudzić. Zagadywał do nas. Zwierzał ze swojej pasji: survival, obozy przetrwania. Raczej dziwne hobby dla uszkodzonego przez życie gościa z Bałut, który jechał tutaj na ¼ etatu, a najdalej był w Kutnie. Umiem znaleźć wodę w dziupli, przechwalał się. Mam w domu nóż, ostrze 25 centymetrów. Wierzyliśmy mu. Nadzwyczajną estymą darzył wielkie drapieżniki. Lwy, rekiny, tygrysy, pantery. Głównie – tygrysy. Wydziaram sobie takiego na plecach. Paszcza i napis: TIGER.

Niestety, raz mu nie poszło. Nie poszło – i to bardzo. Nie zauważył jak zaszli go chłopcy z miasta. Duzi, na rozweselaczach. Ufo osiągał akurat kulminację jednej ze swoich narracji. Dżungla, ja w dżungli. Będę tam. Osaczyli go. Punktowali. Swoim szyderczym rykiem wywiercili w nim tysiąc dziur. Ufo milczał i w milczeniu marniał, nikł. Od tej pory zwracali się od niego panie Rambo. Panie Rambo, dzień dobry. Miłego polowania, panie Rambo, zjebie.

Mija to i następne 9-10 lat. Spotykam wczoraj kogoś z tamtego miejsca i momentu. Piątka, co słychać. On z marszu.

– Wiesz o Ufo? Będzie z rok albo dwa. Robił w masarni. Tam mają takie maszyny z zębami. Kazali mu wejść do jednej do środka, bo stanęła. Sprawdzić. Zmieliło go.

Każdy ma swojego tygrysa.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Jak sobie przypomnę, że część tej historii słyszałem z własnych panaGospodarzowych ust… łzy wzruszenia, normalnie.
    (ale interpunkcję bym z deczka podczyścił)

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Sam widzisz, jakie życie, taki rap.
    A interpunkcja niech se już taka zostanie. Nie ma co teraz wypieszczać.

  3. Mirzka pisze:

    Przeczytałabym Twoją powieść. Świetna gra na emocjach.

  4. Łukasz pisze:

    @ Mirzka

    Dzięki. Kiedyś spróbuję.

  5. Dziadzia pisze:

    … ach te przygody …

  6. Łukasz pisze:

    @ Dziadzia

    Były, były.