Abschaffel

Posted: 19th styczeń 2013 by Łukasz in biblioteka

Książka, którą należy przeczytać za jednym podejściem. Siąść i przeczytać. Właśnie tak. Bez urządzania przerw w lekturze, odkładania na później, zjadania po trochu, wracania do niej po tygodniu czy dwóch. Nie róbcie sobie tego. Nie rozpraszajcie złej energii tej prozy, jej mocy, jej dołującego przesłania. Odczekajcie ile trzeba. Niech się wam zmontuje sam ów odpowiedni na to moment, ta sytuacja idealna, weekend bez dzieci, czterodniowe zwolnienie, podróż polską koleją, gdy czas należał będzie tylko do was, a uwagi nie zakłócą okrzyki i prośby innych. To konieczne. Bo już tak z tą książką jest. Albo „Abschaffel” albo świat.

14641005874e11fe4c2b600[1]

Abschaffel – główny bohater trylogii powieściowej „Abschaffel”, na którą składają się mikropowieści „Abschaffel”, „Usuwanie trosk”, „Życie na niby”  – jest samotny i pracuje w biurze. Można też jednak spróbować opisać go inaczej: pracuje w biurze i jest samotny. Biuro i samotność, dwa podstawowe stany Abschaffela, jego rzeczywistość, codzienność jego życia we Frankfurcie lat siedemdziesiątych minionego wieku. Później dojdzie do tego jeszcze i Klinika Chorób Psychomatycznych w Sattlach i jego pobyt w tym miejscu, sześciotygodniowa kuracja. Po niej – powrót do Frankfurtu, do samotności i biura. Powrót do bycia Abschaffelem.

Lecz samotność Abschaffela to nie wzniosła izolacja – zorganizowane z rozmysłem twórcze odosobnienie, w którym bez pospiechu rafinować mają koncepcje i ego. Abschaffel doświadcza pustki, obraca się w pustce. W istocie nic – ani nikt – na poważnie go nie zajmuje, nie umie obudzić w nim gorętszych uczuć i prawdziwego zaangażowania. Zwisa mu wszystko, jest mu obojętne. Znajomi, kochanki, prostytutki, rodzice, przedmioty, doznania, wydarzenia przychodzą i odchodzą, pojawiają się znikąd i nikną już za chwilę, ustępują kolejnym. Zarazem jednak Abschaffel odczuwa ciągłe niespełnienie, brak, myśli o tym, żeby jakoś nadać swojej egzystencji ciężaru, znaczenia. Ima się różnych sposobów, ale żaden z nich nie okaże się zbawienny. Prędzej czy później każdy z nich zamieni się w swoją własną parodię, karykaturę, i w rezultacie tylko powiększy kosmiczne zgorzknienie i nudę Abschaffela. A nuda Abschaffela jest przeogromna – to ssąca otchłań, której nie są zdolne nasycić ani jego częste wizyty w burdelach, ani ekstrawaganckie zakupy, ani związki z kobietami, ani próby zaprzyjaźnienia się z kolegami z biura, ani wizyty u rodziców, pary tępych obskurantów i skąpców, ani te zbędne domowe czynności, które wykonuje z takim namaszczeniem, ani długie wędrówki po mieście, ani – tym bardziej – jego niekończące się procesy myślowe, ciągłe obserwacje, analizy, interpretacje zachowań ludzi i ich otoczenia.

Abschaffela trudno jest polubić. To nie jest postać, z którą można się identyfikować, podziwiać, ktoś, do kogo da się czuć sympatię. Wręcz przeciwnie – Abschaffel to jednak niezły skurwiel, który rani najbliższych i jest obsesyjnie skupiony tylko na sobie. Ale z całą pewnością powinno się go spróbować zrozumieć. Nie żeby od razu wybaczać czy usprawiedliwiać, ale po to, żeby lepiej pojąć to w czym sami od dawna funkcjonujemy. Bo czy i nie my, a przynajmniej większość z nas, nie jest, albo nie była, albo dopiero będzie, w podobnym położeniu co ten wypalony i zgniatany nicością trzydziestoletni urzędnik średniego szczebla? Rozejrzyjcie się dobrze. Owo biuro Abschaffela, w którym się glajszlatuje i niszczy, to nie wyszukana groteska rodem z Kafki, nie kunsztowne labirynty, pałace i lochy biurokracji, przed którymi przestrzegali nas roztropni autorzy dystopii, koszmary tak imponujące i dopracowane, że aż piękne, ale nasze biura, firmy i prace, te spowszedniałe interna, w których pracujemy, albo pracowaliśmy, albo pracować dopiero będziemy. To w nich mijają najlepsze lata naszego życia. Tam rodzą się nasze ciężkie melancholie i psychozy, tam skutecznie uczy się nas tego, czego nigdy nie chcieliśmy się nauczyć. Abschaffel to nie potwór do podziwiania przez kraty; to potwór, który może się obudzić w każdym z nas.

No i tak to mniej więcej idzie. 558 stron gęstego druku, sam mrok. Ostrzegam i uprzedzam – „Abschaffel” to najdłuższy i najnudniejszy film Hanekego, jaki będzie wam dane obejrzeć, to zapętlony kawałek The Caretaker. Monotonne, męczące, monstrualne. Wielkie.

  1. Łukasz pisze:

    @ thunderball

    Stokrotne dzięki za wskazanie mi tego tytułu i tego pisarza.

  2. vontrompka pisze:

    skończyłem kilka dni temu. nie byłem w stanie – z przyczyn obiektywnych i subiektywnych – przeczytać jednym ciągiem. te subiektywne to – niechęć do bohatera i poczucie przekarmienia jego wnętrzem. Abschaffel śmieszy, jest groteskowy – ale po chwili irytuje, nuży. odnajdowałem w nim coś z siebie – po chwili widziałem zupełnie obce dziwadło. nie, dla mnie to nie jest lektura na jeden kęs.

    ale tak, to bardzo dobra książka.

  3. Łukasz pisze:

    @ vontrompka

    Si, zgoda. I mnie A. – i „A” – nużył, irytował i (momentami) zniesmaczał. Bo czytanie „A”, to przecież jak włożenie głowy do kubła z wężami. Same obsesje, fobie, nerwice. Ale sobie go przeczytałem w ten sposób, że zagęszczenie, dłużyzna i powtarzalność w „A” ma oddać aburd i tragedię tego jegomościa. No i, jak na moj gust i wyczucie, oddaje.