Apocalypsis cum figuris

Posted: 7th Lipiec 2010 by Łukasz in biblioteka

Płowy czas. Wszyscy albo się zaan­gażowali w kam­panię wybor­czą albo wyjechali na urlop do strefy euro. Cała reszta legła na swoich pati­ach, obsi­adła balkony i zaanek­towała miejskie tereny zielone, by tam bul­go­tać bongami, gril­lować naszych braci mniejszych, mieszać pokrzepi­a­jące drinki i wdrażać filo­zofię noto­rycznej sjesty. W telewiz­orze Daro Szpakowski krad­nie emocje. Niebo jest błęk­itne. Cel­sjusze har­tują rzeczy­wis­tość. Puste tramwaje, puste ulice, puste szkoły. Kanikuła, jed­nym słowem.

Ale nie dla mnie. Ja – wal­czę. Na przekór let­nikom i leniom okupuję kanapę i czy­tam. W takich chwilach czuję mocne powinowactwo z takimi posta­ci­ami rodz­imej pop­kul­tury jak Ketling czy jen­erał Sow­iński. Pozostaję więc głuchy na inwita­cyjne esy i maile z „dziś na Pasku” w tytule. I postanaw­iam wytr­wać w moim pokoju o rozmi­arach mikro­falówki – mikro­falówki z włąc­zoną funkcją crisp. By dawać świadectwo.

Jeśli pewnego dnia zejdę z egzem­plarzem i ołówkiem w ręku, skre­mu­j­cie mnie i spali­nami z mojego tłuszczu napisz­cie ponad hory­zon­tem jakieś wzniosłe skon­den­sowane memento, w którym namaw­iam ludzi przyszłości do wyro­bi­enia karty bib­liotecznej. Tylko tyle. W zamian za przepalone spo­jówki i degen­er­ację krę­gosłupa naprawdę nie oczekuję niczego więcej.

Gra Waits i LEAF, pier­wsza ich płyta. Choć napię­cie jakie wyt­warza ta lek­tura jest tak wielkie, że raz po raz wyłączam muzykę i w ciszy trawię dopiero co przeczy­tane akapity. Dawno nie było takiej zabawy. Żadne tam post­mod­ernisty­czne harce, społeczne dramy czy pokole­niowe powieści napisane przez zglątwiałych polonistów. Koniec żartów: Cor­mac McCarthy.

Fabuła „Krwawego połud­nika” jest prosta, jed­nos­ta­jna i ciągła. Bo nie w twistach, zaskoczkach i pod­wójnych dnach kryje się moc i per­w­er­syjny urok tego dzieła. Gwoli recen­zenck­iej rzetel­ności uzu­pełnić jed­nak muszę, że poz­na­jmy w nim bur­zliwe i nieszczęsne losy nas­to­let­niego półsieroty z Ten­nessee, który ucieka z podu­pada­jącego domu i od ojca alko­ho­lika, by na surowym pograniczu amerykańsko-meksykańskim odnaleźć swoje przez­nacze­nie: zacią­gać się do kole­jnych band i siać ter­ror w okol­icy. To odwró­cona gorzka bil­dungsro­man, w której młodzie­niec zal­icza kole­jne lev­ele nie państ­wowej edukacji, ale krwawego rzemiosła. Dzieciak odpuszcza sobie sztuki wyz­wolone i wprawia się w zaję­ci­ach prak­ty­cznych: okru­cieńst­wie, obo­jęt­ności, pozyski­wa­niu surow­ców z człowieka. Dzi­ała w gangu Glan­tona, który dostaje od guber­na­tora kon­trakt na wyłączność mor­dowa­nia i skalpowa­nia Apaczów. Realia rynku pracy w Ameryce circa 1850 r.

Ale głównym tem­atem, który zaj­muje Cor­maca McCarthyego jest zło. I jego ziem­skie fizy­czne wcie­le­nie – wojna. Wojna jest nowym bogiem. Tezę tę wygłasza sędzia Holden, spin doc­tor gangu i jedna z najbardziej prz­er­aża­ją­cych kreacji w dzie­jach lit­er­atury, skrzyżowanie Wal­tera Kurtza z kap­i­tanem Ahabem, istne mon­strum, które autor odmalował wyrazistymi komik­sowymi bar­wami: Holden jest bezwłosym olbrzymem, siłaczem o pon­ad­nat­u­ral­nym udźwigu, poliglotą, erudytą, cyn­icznym racjon­al­istą. Uprawia też natu­ryzm. Gdyby w połowie XIX wieku sfor­mowało się już Waf­fen SS, to z pewnoś­cią sędzia byłby ich sze­fem. Choć nom­i­nal­nie prze­wodzi Glan­ton, to jed­nak Hold­ena grupa uważa za guru i nafasze­rowana jego teo­ri­ami gwałci i rzeza wszys­tko co ma dwie nogi i serce. McCarthy ukazuje zło jako nadrzędną instancję i energię, która for­muje świat i reg­u­luje między­ludzkie więzi. Odziera je z metafizy­cznej aury i wys­tawia na pokaz – okazuje się wów­czas pod­sta­wowym fer­mentem, nieusuwalną toksyną, potęgą, której nie sposób niczym i nikim zneu­tral­i­zować i wobec której wszelkie chlubne prze­jawy dzi­ałal­ności człowieka – cywiliza­cja, trady­cja, prawa oby­wa­tel­skie – okazują się nic nie wartym zbiorem komu­nałów, nieskutecznymi dziecin­nymi zak­lę­ci­ami deklam­owanymi w obliczu bestii.

„Krwawy połud­nik” bywa często przyrówny­wany do „Ili­ady” Homera. Co do arcy­dziel­ności i kun­sztu – pełna zgoda. Ale w odróżnie­niu od przekazu głos­zonego za pomocą hek­sametrów, u McCarthy’ego kos­mos jest pusty. Pośród chmur nie zbier­ają się rady gabi­ne­towe i nie decy­dują o tym kto wypada z pro­gramu. Nie ma zapro­gramowanych algo­ryt­mów losu, mil­czą­cych pro­tek­torów i przek­wita­ją­cych niewiast, które w decy­du­jące noce wtłaczają do ucha bohat­era pożyteczne prekog­nicje. Tutaj ludzie sami orga­nizują sobie zło. Żyją marnie i jeszcze marniej kończą – w męczar­ni­ach, w upodle­niu, przy­pad­kowo, jako obiekty rados­nego bezczeszczenia, jako ścierwo bez imienia porzu­cone gdzieś na szlaku.

W bru­tal­ności i mechan­iczności dzi­ała­nia może ze złem współza­wod­niczyć jedynie natura. Mis­tr­zowsko opisana przez McCarthyego – i to zarówno w jej aspek­tach este­ty­cznych, jak i w bezbłęd­nie ukazanych mech­a­niz­mach pro­dukcji i lik­widacji. Jak i zło, natura jest bezwzględna, nieprze­jed­nana, satanisty­cznie nieczuła i skuteczna w trze­bi­e­niu swo­jego pomiotu. To nie foto­geniczny oswo­jony żywioł, nie fil­mowa deko­racja ze skał i kak­tusów, na której tle dokonuje się hero­icznych aktów i czynów, o których uczą się potem dzi­atki w szkole z gwiaździstą flagą łopoczącą na dziedz­ińcu. Demokraty­czna, odhu­man­i­zowana, wyda­jna, mieląca bez prz­erwy maszyna.

„Krwawy połud­nik” to także epos o Ameryce. Ale nie o tej będącej ziemią obiecaną i zło­to­da­jną żyłą, lecz o tej rodzącej się w bólach i posoce, chrzc­zonej ogniem, żelazem i skalpami. W relacji McCarthyego Ameryka nie jest hożym dziecię­ciem z prawego łoża wol­ności i kon­sty­tucji, lecz bękarcim niespęd­zonym w porę pło­dem, poczwarnym potomkiem debila i kurwy. Geniusz McCarthyego polega między innymi i na tym, że zdekon­struował mit Dzikiego Zachodu i west­ernu – gład­kol­icy szery­fowie, rubaszne nieogolone opryszki, saloonowe kung-fu, kokoty z importu – ot tak, przy okazji załatwia­nia spraw wyższego rzędu. Uświadomił po prostu, że hol­ly­woodzkie real­iza­cje o fac­etach w kapeluszach nie miały nic wspól­nego z prawdą i były tylko pokrzepi­a­jącą naród mitologią, założy­ciel­skim kłamst­wem, oszust­wami, które dobrze robiły wspólnocie.

W „Krwawym połud­niku” najwięk­sze wraże­nie robi nie samo nagro­madze­nie apokalip­ty­cznych scen i nat­u­ral­izm obci­na­nia głów, skórowa­nia, wyj­mowa­nia organów i por­cjowa­nia członków, ale spoko­jny bez­namiętny ton jakim McCarthy trak­tuje swoich czytel­ników. Wszys­tko na tym samym decy­belu – pohuki­wanie sów, masakrowanie niemowląt, ciekawe for­ma­cje z wapi­enia. Pełna spraw­iedli­wość. Nikogo się nie wyróż­nia, niczemu się nie przy­daje poe­t­y­ck­iej aure­oli. W swo­jej strate­gii nar­ra­cyjnej i styl­isty­cznej McCarthy pow­tarza i odt­warza postępowanie natury. Każdemu po równo, ni mniej, ni więcej.

Jedna z tych książek, które tworzą kanon. Jed­nak nie ten szpan­er­ski rank­ing wygen­erowany przez grono skwas­zonych pro­fe­sorów, czy inną listę best­sellerów, ale zbiór tek­stów, które nie umier­ają wraz z modą i kole­jną dekadą, lecz żyją i napromieniowują. „Krwawy połud­nik” to punkt odniesienia, wek­tor, nowy „Moby Dick” i uak­tu­al­ni­a­jąca się klasyka. To ogóln­o­dostępny środek, który demoluje świado­mość i pozostawia ja opuch­niętą, rozjątr­zoną, z naciekami. I dlat­ego teraz, kilka­naś­cie godzin po lek­turze, wciąż powracają do mnie w dozowanym sady­cznym slideshow tamte obrazy, skany piekła: sęp płynący na zdekapi­towanym tułowiu, jaszczurki tulące się do stygną­cych kamieni, kan­iony pośród kości tysięcy bizonów, mumie starożyt­nych Indian ustaw­ione w kącie mieszkań jak meble, naszyjniki z ludz­kich uszu, głowa kap­i­tana White’a w słoju z meskalem, drzewo obwies­zone martwymi dziećmi – księżyc łypiący po grado­bi­ciu niczym oko ślep­ego kota. „Krwawy połud­nik” Cor­maca McCarthy’ego to arcydzieło.

  1. kolega Tetrix napisał(a):

    Nowy dizajn jest dobry. Że się wyrażę.

  2. Łukasz napisał(a):

    @ kolegi Tetrix

    Dzięki. A jakieś słówko o tekście? O McCarthym? O planach urlopowych?

  3. kolega Tetrix napisał(a):

    Normalnie daj palec, a wyrwą z żebrami… Tekst tak dobry, że gdybym nie miał pierdyliarda wymówek, już w tej chwili albo i pół godziny temu gnałbym do księgarni poczynić zakup.
    A za pytanie o plany urlopowe powinienem oćwiczyć, ale że w nieświadomości zadane, wybaczę. Chyba, że masz na myśli A.D. 2011.

  4. Łukasz napisał(a):

    @ kolega Tetrix

    Chłopaku, chłopaku, ja rozumiem wszystko, ambicje zawodowe, dynamiczną ratę kredytu hipotecznego, niewolniczą wysługę u Komercyjnego Szatana, zakupy w Tesco i wizytę u wuja Alojzego, ale weź i sobie pożyj od czasu do czasu. Najlepiej z Kormakiem w jednej i koniakiem w drugiej.

    W ogóle: bierz przykład ze Szpaka. On jest wyluzowany oldetajm. Pisze, czyta, tłumaczy i doznaje jednocześnie. Chociaż z drugiej strony, to Latynos, więc ma łatwiej.

  5. kolega Tetrix napisał(a):

    Kiedy właśnie pono dynamiczna rata, pańszczyzna w niewentylowanym miejscu pracy (za to z możliwością obserwowania, jak przełożeni wdają się w massive mutual shanking), laptociąg bez edytora tekstu i seria nietrafionych zakupów książkowych to sól życia! Oszukano mnie?

  6. Aragrin napisał(a):

    Genialna recenzja, czailem sie na McCarthy’ego od kilku tygodni, ale teraz tak mnie nakreciles ze zaraz rzucam sie do Empiku. Swoja droga super okladka, ustawia klimat!

  7. Jack the Lurker napisał(a):

    Ja może bym się na McCarthy’ego skusił (choć doświadczenia podpowiadają zupełnie inaczej; „To nie jest kraj dla starych ludzi” i „Dziecię Boże” niemal wprawiły mnie w śpiączkę), powiedz jeno: dalej olewa interpunkcję na rzecz jakiejś tam wydumanej „czystości przekazu”?

  8. dr_judym napisał(a):

    Dzięki za rekomendację, już kupione, dozuję sobie lekturę z racji upałów i obowiązków w pracy, chociaż te pierwsze dobrze się wpisują w niesamowitą atmosferę książki. Jeszcze za wcześnie na mój zachwyt, ale już mi się podoba.

  9. Łukasz napisał(a):

    @ Aragrin

    Dzięki za dobre słowo. Sam Południk nakręci cie jeszcze bardziej, ręczę.

    @ Jack

    Nie patrzaj na interpunkcję. Miej serce i patrzaj w tekst. A najlepiej to sprawną wątrobę i odporny żolądek. Dziwne z tymi twoimi poprzednimi kontaktami z McCarthym: bo „Dziecię boże” to do przeczytania w jeden wieczór, a „Tnjśdsl” mnie robiło dobrze. Może „Strażnik sadu” cie ruszy. Ma się pojawić na jesieni.

    @dr_judym

    Proszę bardzo. Nie pożałujesz wydanych pln.

    Tak by ktoś polskojęzyczny Południk walnał, o tym jak odzyskiwalismy ziemie odzyskane. 45/46. Tam sporo sytuacji podobnych było. Może nie naszyjniki z uszu, ale i tak krwawo, klimatycznie i narracyjnie. Może Jurek Pilch? :)

  10. karmakomcia napisał(a):

    @Gra Waits i LEAF
    „Południk” zainspirował Dylana Carlsona do nagrania tej zacnej płyty: http://allmusic.com/album/hex-or-printing-in-the-infernal-method-r793397.
    Nadaje się do śledzenia losów dzieciaka.

  11. Meet at Random napisał(a):

    Good work, I am a big believer in leaving comments on blogs to help the blog writers know that theyve added something useful to the internet!