Strzały w odwecie

Posted: 11th luty 2013 by Łukasz in biblioteka

Kryminał, który kryminałem nie jest, pomimo tego, że wykorzystano w nim wiele rozwiązań charakterystycznych dla poetyki kryminału. Jest podejrzany o morderstwo pisarz Hans Lach i przeświadczony o jego winie komisarz Wedekind. Jest motyw. Są świadkowie tej dramatycznej i gorszącej sceny, w trakcie której domniemany sprawca groził publicznie swojej przyszłej ofierze. Groził – cytując samego Hitlera. Jest przesiąknięty krwią żółty pulower z kaszmiru. Jest Monachium w śniegu. Nie ma tylko tego, któremu Lach obiecywał „strzały w odwecie”. Nie ma ani Andre Ehrl-Koniga, ani jego ciała. W tym problem. „Bez zwłok wszystko zmienia się w quiz”.

mier-krytyka_30458[1]

Lach przebywa w areszcie i odmawia jakichkolwiek zeznań. Jego przeciągające się milczenie, to jednak zdecydowanie coś więcej niż tylko zawzięta niechęć do przyznania się i podzielenia ze światem prawdą o tragicznych i brutalnych zajściach tamtej feralnej nocy. To deklaracja. Michael Landolf, serdeczny przyjaciel Lacha, miłośnik i znawca mistyki, kabały i alchemii, pisarz, jak i on (pracuje właśnie nad książką „Od Seusego do Nietzschego”), jest chyba jedyną osobą, która wierzy w jego niewinność. Na pewno jedyną, która podejmie się wyjaśnienia tej nader dziwacznej sprawy.

Landolf rozpoczyna prywatne śledztwo – zbiera świadectwa i wyznania, odwiedza, nagabuje i wypytuje „różnego rodzaju ludzi kultury”, „uprawia archeologię imprez”, z rozbieżnych wersji stara się uzyskać tę właściwą, wiarygodną, rekonstruuje przebieg wydarzeń, w szczegółach odtwarza kontekst konfliktu, jak i sam konflikt, narastającą już od jakiegoś czasu animozję pomiędzy Lachem a Ehrl-Konigiem, wszechpotężnym krytykiem literackim, autorem, prowadzącym i gwiazdą popularnego programu Godzina Rozmowy, w którym namaszcza on i strąca w otchłań książki dopiero co zaistniałe na rynku wydawniczym. W ostatnim przed swoim tajemniczym zniknięciem show zjechał, wyśmiał i podeptał przed wielotysięczną publicznością najnowsze dzieło Lacha zatytułowane „Dziewczyna bez paznokci u stóp”. Taki afront to dla wszystkich wystarczający powód, dla którego pisarz może postanowić zgładzić krytyka. Dla wszystkich, ale nie dla Michaela Landolfa.

W rezultacie swoich dociekań Landolf odkryje nie tylko to, czy Lach mordercą jest czy też nie jest, ale przede wszystkim zrozumie, ogarnie i ujrzy ogrom hipokryzji i zepsucia tej zorganizowanej grupy przestępczej dla niepoznaki zwanej środowiskiem. Winni są tutaj tak naprawdę wszyscy. Pisarze, krytycy, wydawcy, cała ta skisła socjeta. „I wszystkie chwyty są tu dozwolone, od nadętej obłudy do zimnej przemocy, by pochwycić choć strzęp nieśmiertelności. I każdy jest wrogiem każdego”. Każdemu zależy wyłącznie na własnym sukcesie, w imię odniesienia którego jest gotów wykorzystywać i niszczyć. Byle tylko nie wypaść z medialnego obiegu i nie zostać uznanym przez resztę za przegranego. Albowiem „[…] porażka to choroba, którą zapadłych na nią czyni nieznośnymi w towarzystwie”.

„Śmierć krytyka” to znakomite studium bufona, tablica anatomiczna z wyrysowanym nań w detalach układem kostnym, nerwowym i limfatycznym najprawdziwszego tyrana, napompowanego własną pychą i słabością innych jegomościa, który trzyma za twarz kulturę i ludzi kultury. To takie proste. Historia życia Ehrl-Koniga jest niesamowita i fascynująca. Od zera do Zeusa Gromowładnego zdolnego jednym komplementem lub kopniakiem zadecydować o przyszłym losie książki. Ehrl-Konig uwielbia inscenizować waśnie między literatami, poniżać ich, wyśmiewać, napuszczać na siebie, zabijać ich dzieła wyrafinowanymi bon motami i niewybrednymi żarcikami, które z lubością serwuje na wizji albo podczas wydawniczych fet, na których pyszni się i pieni w otoczeniu basującego mu przy każdej sylabie dworu. To zarazem człowiek łasy na wszelkie możliwe splendory. Sam pogania prominentnych znajomych, by nominowali go nagród i zaszczytów. Mało tego – na poważnie myśli o przymuszeniu Komitetu Noblowskiego do obdarowania go laurem. Przerażająca i cudowna postać. Król, kat i błazen w jednym. „I na każdej imprezie mówi do każdorazowo pięciu- lub siedmiuset osób o samotności”.

Książka Martina Walsera to kawał nieprzeciętnie dobrej literatury, momentami trudnej, wymagającej, absolutnie niezorientowanej na łechtanie czytelnika i ułatwianie mu roboty. Jej czytanie to duża przyjemność nawet wtedy, kiedy nie wie się, że Andre Ehrl-Konig to literackie wcielenie Marcela Reicha-Ranickiego.

  1. kolega Tetrix pisze:

    I wszystko fajnie, tylko czemu tak rozpaczliwie suabe nazwisko znaczące? Der Erlkoenig, tak, tak, jasne. Dziewczynki płaczą.

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    za płytko. tłumaczka w przypisie dodaje jeszcze, że „Erlkonig” na pierwszy rzut oka i ucha, ale „Walser, zmieniając pisownię, dodaje akcent ironiczny: rdzeń Ehr- pochodzi od słowa (). Nazwisko krytyka oznaczałoby więc coś w rodzaju . Imię krytyka, Andre, można interpretować jako , albo „.