Najbrzydsza dziewczyna w mieście

Posted: 5th kwiecień 2013 by Łukasz in biblioteka

Hej ludzie, pora się zbudzić, posłuchajcie tej historii o tym, jak był pożar w bucie, posłuchajcie o brzydkiej dziewczynie, która miała ciało psa i twarz świni, oczy kaprawe a każde z innego zestawu, usta pełne zębów a każdy z innego uśmiechu, żyłę ma na czole i asymetrię szpar powiekowych i uchroń nas Boże, nikt takiej brzydkiej nie chciał ani znać, ani żaden chłopak nie chciał jej dymać, bo patrząc na taką twarz zaraz zły każdemu wydawał się świat, a Bóg katolicki USA pastorem, o 20.10 Totalizatorem Sportowym, ślepnącym żonglerem, rokendrolowym hochsztaplerem, hipnotyzerem z Manga Gdynia, co przedstawia ci taką dziewczynę, której najpierw podłożył świnię, z Tysiąclecia Stadionu żółtym cwaniakiem, co sprzedaje ci hrabinę brzydalinę jako superekstratwojąnowąsuperłaskę.

KosztolanyiPtaszyna-ost[1]

Takim prześwietnym i smutnym passusem otwierała Dorota Masłowska swojego (nomen omen) „Pawia królowej” w roku 2005. Osiemdziesiąt jeden lat przed nią pewien węgierski prozaik bohaterkę swojej powieści zatytułowanej „Ptaszyna” opisywał zaś tak:

[ojciec] Współczuł Ptaszynie i wszelkimi siłami starał się tę swoją żałość jakoś złagodzić. Wpatrywał się w córkę z obraźliwą niemal uwagą: patrzał na jej niezwykłą, ni to tłustą, ni to chudą twarz, na mięsisty nos z szerokimi, końskimi chrapami, na męskie surowe brwi i malutkie, wodniste oczka, trochę przypominające jego własne.

Nigdy nie był znawcą kobiet, ale wyjątkowo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że córka jest brzydka. W tej chwili była nie tylko brzydka; zwiędnięta, przekwitła – prawdziwa stara panna.

Właśnie teraz, w tym różowym snopie światła, rzucanym przez parasolkę, w tym jakby scenicznym oświetleniu zobaczył to zupełnie wyraźnie. <Wygląda jak gąsienica po krzakiem róży> – pomyślał.

I:

Przed pięciu, więcej nawet, przed dziesięciu laty pożegnał się ze wszystkimi nadziejami i nawet mu do głowy nie przychodziło, że kiedykolwiek wyda ją za mąż.

I jeszcze:

Nie można powiedzieć, żeby wyglądała korzystnie. Piersi jej obwisły, ciężkie i nieforemne, nos upstrzyły wągry, natomiast szyja pozostała równie długa jak przedtem. Długa i chuda.

Podobne to wszystko do siebie, nieprawdaż? Prawie nie czuć tego (prawie) wieku różnicy między nimi. Poza oczywistą różnicą w stylu – Masłowska i Kosztolanyi (tutaj w przekładzie Andrzeja Sieroszewskiego) mówią już kompletnie innymi językami, słownikami i światami. Ale sedno pozostaje niezmienne pomimo upływu czasu i (rzekomego) postępu w obyczajowości i kulturze: brzydka kobieta to kobieta nieszczęśliwa; a przynajmniej za taką powinna się sama uważać.

W ujęciu Kosztolanyiego – które to ujęcie jest z pewnością świadomym odzwierciedleniem ducha i praw jego epoki – brzydota kobiety to nieusuwalna skaza na jej ciele i reputacji, piętno, którego nie sposób przesłonić choćby i najlepszą suknią, ogładą, intelektem czy pudrem. Kobieca uroda jest bowiem towarem na powszechnym rynku usług międzyludzkich, za który można dostać sutą zapłatę: małżeństwo i macierzyństwo. Kobieta, która nie jest „piękna”, albo chociaż „ładna”, albo przynajmniej „do przyjęcia”, to kobieta skazana na samotność, fałszywe współczucie i nieustające szyderstwa ze strony bliźnich. Lub na bolesną i toksyczną koegzystencję ze swoimi rodzicami. To akurat przypadek naszej Ptaszyny. Bo brzydka córka, to także i (wieczne) utrapienie jej najbliższych, którzy przez te tragiczne okoliczności są niejako przymuszeni do roztaczania nad nią opieki, łożenia na jej utrzymanie i spędzania z nią życia, w trakcie którego obserwują jak ona coraz bardziej izoluje się od reszty, gorzknieje i ginie.  

Brzydota to centralny problem i temat „Ptaszyny” Kosztolanyiego. Tak – ale nie o samą brzydotę tytułowej Ptaszyny (jak pieszczotliwie swoją córkę nazywają państwo Vajkayovie) chodzi autorowi. Brzydota Ptaszyny prowokuje do uzewnętrznienia się brzydoty innych ludzi. Tyle że brzydoty ich charakterów, zachowań i dusz. Samo miasto, w którym rzecz cała się dzieje – maleńkie Szarszeg – również jest brzydkie, zapuszczone, rozpijaczone i wydziela smrodek obskurantyzmu i hipokryzji.

Ptaszyna – bodaj pierwszy raz w swoim 35-letniej egzystencji – wybywa na dłużej z rodzinnego domu. Ma spędzić relaksujący tydzień na wsi u wujostwa. Nieobecność Ptaszyny powoduje, że jej rodzice, Akacjusz i Antonina, muszą w końcu sami sprostać wyzwaniom dnia powszedniego. Nie będzie to dla nich łatwe, bo dotąd niemal wszystkim zajmowała się właśnie Ptaszyna. Która w domu Vajkayów jest kimś – lub czymś – pomiędzy obiektem nadmiernej troski i kultu a darmową służącą. Vajkayowie tworzą dobraną parę: ona to ograniczona intelektualnie i uczuciowo jejmość, która niczym się tak naprawdę nie interesuje i o niczym nie ma większego pojęcia (wieść o strajku w odległej Brazylii wprawia ją w konfuzję; pani Antonina nie wie komu współczuć, robotnikom czy pracodawcom), zaś on – co po mistrzowsku obnażył i oddał Kosztolanyi – idiota, pasożyt i człowieczek bez właściwości, który po amatorsku para się heraldyką (wierząc, że tym samym wypełnia jakąś doniosłą naukową misję), godzinami rozmyśla o medalionach cielęcych (udając przed sobą samym, że to ledwie chwilka wytchnienia w trakcie zajmującej lektury), posiada zawsze właściwe poglądy i co wieczór szuka w swoim domu wyimaginowanych złodziei i zbirów skulonych za meblami. Oboje uwielbiają ponadto publicznie – rzęsiście i gromko – płakać. Społeczność Szarszeg nie jest wcale od nich lepsza. Szarszeg to zagłębie plotkarzy, opojów, kretynów i maczystowskich buców, małomiasteczkowe piekiełko, w którym za rozrywkę uchodzi wyjście na dworzec, a istotnymi sprawami są zdrady żony sędziego lub tandetna sztuka w miejscowym teatrzyku. Najbardziej jednak obywatele Szarszeg lubią lustrować siebie nawzajem, oceniać, obmawiać, niszczyć.  

„Ptaszyna” Dezso Kosztolanyiego to opowieść o okrucieństwie – i o bólu, jaki wyrządzamy słabszym od nas, mniej błyskotliwym, brzydszym. To znakomicie napisane studium ludzkiej małości. Książka o tym, jak z piękna uczyniono potwora, który bezwzględnie determinuje nasz los i nasze szczęście. Ale nie lękajcie się. „Ptaszyna” – pomimo tych blisko stu lat, jakie upłynęły od jej powstania – nie jest ramotką i pudełkiem na kurz i podstarzałe dykteryjki. To pierwszorzędna, jak najbardziej współczesna książka.        

  1. Jak sobie poczytałem Esterhazego a potem Osobliwą historię Terezi Mory (nierówne, ale momentami znakomite), to se tak myślę, że węgierska proza to jednak bywa zajebista…

  2. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    o tak! a jeszcze jest i Marai, i Krasznahorkai, i Spiro, i inni.

    [„Osobliwa materia” T. Mora]

  3. Osobliwa materia, ofkors. Teraz zabieram się za jej „Każdego dnia”. A „Wojnę i wojnę’ wyhaczyłem na targach i czekam na ten moment, żebym mógł wreszcie usiąść i ją machnąć w skupieniu. Jednozdaniowe, gęste akapity, rewelka.

    No i generalnie im bardziej zagłębiam się w tę serię Czarnego „Inna Europa, inna literatura” albo w „Europejki’, tym większa zazdrość jak potrafią fajnie pisać. „Murzyn” Tatjany Gromacy to na przykład rewelacyjny humor. Wystawiali go, bodajże w Zagrzebiu w teatrze. Z jednej strony szkoda, że ta seria przeszła tak zupełnie bez echa, z drugiej fajnie, że mało kto zna, bo to tylko twoje;)