Niepokoje i cierpienia młodego Taylora

Posted: 19th kwiecień 2013 by Łukasz in biblioteka

Już od dawna obiecuję sobie, że jeśli tylko będę dysponował choć odrobiną wolnego czasu – ta „odrobina” wizualizowana jest na ogół przeze mnie jako rok, półtora, pełnopłatnego urlopu z bonusami, który spędzam w jakimś słotnym, północnym ustroniu, na skraju cywilizacji i zasięgu gsm – to w końcu usiądę i napiszę książkę, do której siadam i która piszę od lat dobrych kilku, a może nawet i kilkunastu. A której wciąż nie napisałem. Wbrew pozorom nie jest to jednak – a raczej: nie być to ma – żadne tam skandalizujące i zuchwałe naśladownictwo Pynchona czy bernhardowska z ducha rozprawa z nadwiślańską socjetą, lecz: rzecz o moim, acz nie wyłącznie moim, bo i naszym, czyli waszym, roczniki 70, dzieciństwie i dojrzewaniu na tej osobliwej planecie określanej w nomenklaturze historyczno-fachowej jako PRL. Uściślając – Łódź przedostatniej i przedprzedostatniej dekady XX wieku. A uściślając uściślenie: to Łodzi chojeńskie przedmieścia; cały tamtejszy blask i pył. Łódź – i kilka krótkich ekskursji letniskowo-kolonijnych po Polsce. Więc Głowno, nie z tego świata Debrznica, Krutyń i wzburzony, siny Bałtyk w sierpniu, w którym tonąłem i z którego słonego odmętu w cudowny sposób dobyto mnie i odratowano. Widzę to wszystko w ten sposób.

Chciałbym by była to opowieść w średnim rozmiarze, do 10 arkuszy wydawniczych, o zdaniach bardziej prostych, aniżeli proustowskich, wypełniona żywymi postaciami i żywymi rozmowami pomiędzy nimi, prawdziwymi zapachami, dźwiękami nie do odróżniania od rzeczywistych  i autentycznymi detalami (w rodzaju totemicznego słoja z pijawkami w pokoju mojej babci), które nawet jeśli będą przeze mnie ciut ponaciągane (babcia nie uznawała hirudoterapii; ów słój widywałem na oknie naszej sąsiadki z parteru), to nie na tyle, żeby zakwestionować moją pracę i realizm z jakim mam zamiar odtworzyć minioną epokę. 

Ale – będę z wami szczery – brak wolnego czasu to z mojej strony jedynie wymówka. W porządku: może jedna z szeregu wymówek. Bo istotną – i nie wiem, czy nie najistotniejszą – przeszkodą na mojej drodze do zrealizowania tego pisarskiego projektu są ponadto kwestie natury stylistyczno-technicznej, z którymi nijak, nijak i od dawna, nie mogę sobie poradzić. Nie umiem. Idzie mi, po pierwsze, o to, w jakiej tonacji oddać ten (późny) PRL. Opowiadanie o którym zdominowały dzisiaj i wzięły pod siebie dwie skrajne – i w rezultacie wykluczające się nawzajem – narracje:

  1. precz z komuną! (długa noc stanu wojennego, liryki Zagaja i Barańczaka szeptane ponad liliową łuną koksownika, warkot SKOT-ów, ksiądz Jerzy, Ronald Reagan, JP II)
  2. raczej spoko! (strefa kultowych filmów, programów, piosenek, gadżetów i dizajnu)

I ja, drodzy moi, w tym jestem gdzieś pomiędzy: Tik-Tak był naprawdę w pytkę, ale z witryn sklepowych, gazet i twarzy prominentów, to wiało jednak wtedy skisłym chujem. Przez co waham się i komicznie hamletyzuję, biorąc raz jedną, raz drugą stronę. W efekcie czego – nie biorę żadnej. Pat.

To było po pierwsze. Po wtóre zaś – i ogólniej – z Mnemosyne (ten – czy ta – ktoś o mentalności i metodach Telezakupów Mango) już jest tak, że lubi mocno podrasować nasze stare obrazki. Usuwa z nich mroczki, zagięcia, plamy i nielubianego wujka o zgniłym oddechu, a dodaje blask i uśmiechy od ucha do ucha. Dzieciństwo to Eden, do którego nie mamy mieć już nigdy dostępu. Zostały nam za to wspomnienia – reklamówki (z) przeszłości, w których ludzie są czerstwi, uprzejmi i radośni, koledzy równi, koleżanki afiszują się wybitnymi piersiami i akurat nas darzą wyłącznym faworem, nauczycielki na pozór srogie a po prawdzie – sprawiedliwe i zacne, uczucia niezakłamane, wrażenia intensywne i szczere, jedzenie – zdrowe, pachnące i bez glutaminianu sodu. Żyć, nie umierać, wspominać. I tego się właśnie boję: fotoszopowania minionego, bezkrytycznego mitologizowania tego, co było, układania bajki o własnej historii, w której trafia się może i jakiś wilk o plastikowych kłach, ale dominują tutaj Roztropni Królowie, Dobre Duszki, Uczynne Wróżki i Łagodne Potwory. Próbowałem już wielokrotnie i za każdym razem wyglądało to tak samo: po pary stronach cierpliwej jazdy przez płaskie i spłowiałe krajobrazy PRL-u, przy nadarzającej się okazji odbijałem w bok i prułem raźno wzdłuż strzałek z napisem „Paradiso Utracone”.      

No ale to ja, uzurpator i laik. Natomiast komuś o pewnej łapie i bystrej głowie udaje się z tego rodzaju opresji wyjść bez najmniejszego choćby szwanku. Mało tego – robi przy okazji znakomitą powieść o cudach i cieniach adolescencji, w której nie uświadczysz biadolenia nad tym, co sczezło, dmuchania baniek mydlanych i patriotyczno-bogoojczyźnianego porno. A mógłby. Lecz David Mitchell, autor „Konstelacji” (tytuł oryginału: „Black Swan Green”, przeł. Paweł Łopatka), nie idzie na to. Nie idzie.

169353[1]

Jason Taylor – główny bohater i narrator „Konstelacji” – ma 13 lat, 9 włosów łonowych, klasową ksywę „Glista”, mieszka w dziurze Blask Swan Green na zachodzie Anglii i jako Eliot Bolivar drukuje wiersze w parafialnej gazecie. Prócz tego dysponuje kilkoma wewnętrznymi wcieleniami-głosami, które wiodą go przez ciężki lajf nastolatka ery zaawansowanego thatcheryzmu: to wredny Robal, to udzielający napomnień i rad Nienarodzony Bliźniak, to, najważniejszy spośród nich, szef szefów, Kat, który dozuje poziom jąkania się Jasona. Tak, Jason się jąka; jest Jakałą, którego niemiłosiernie wyszydzają za to i przez to kumple ze szkoły. Jason nie ma lekko. Starczy tylko powiedzieć, że  kiedy dostał już walentynkę, to jej treść brzmiała: „chuj ci w oko”, że jego rodzice pozostają ze sobą w otwartym i ciągłym konflikcie, że stłukł pamiątkową dziadkową omegę, a miał ją hołubić i strzec, że durzy się w Dawn Madden, dla której jest kimś w rodzaju mówiącego minerału lub manekina z żywymi oczami, że grozą napawa go Dom W Lesie i mieszczący się nieopodal staw, po którego zamarzniętej toni w zimowe miesiące krąży pewien martwy chłopiec.  

Ale Jason daje radę. To wrażliwy i inteligentny gość, który próbuje nauczyć się funkcjonowania w społeczeństwie i wszechświecie. „Konstelacje” są opowieścią o – kluczowych, esencjonalnych, wspaniałych i bolesnych – trzynastu miesiącach jego życia, do stycznia roku 1982 do stycznia 83.  O momencie wszelkich możliwych inicjacji, od nikotynowej aż po erotyczną, czasie wojny falklandzkiej i zimnej wojny, cięć w państwowych wydatkach i masowych zwolnień z pracy, rozpraw z Romami i zbrojeń nuklearnych, porze Sturm und Drang w kruchym jestestwie Jasona. Jason patrzy i widzi, słucha i przekazuje dalej: „Konstelacje” będą więc także studium dziecięco-młodzieżowego okrucieństwa, rodzących się już za młodu uprzedzeń, technik dyskryminacji, nietolerancji, homofobii i bezwzględnej walki o jak najlepszą pozycję we wspólnocie.  

„Konstelacje” to mądra, pasjonująca i rześka powieść, w której ryczy i pulsuje to fenomenalne uniwersum popkultury początku lat osiemdziesiątych: Kate Bush, punki, new romantic, „Bondy” z Moorem, „Gwiezdne wojny”, dyskoteki, flippery, gry video, „Rydwany ognia” i Talking Heads. Taką właśnie książkę chciałbym kiedyś napisać.

  1. bart pisze:

    Talking Heads, nie Tal­king Hades :)

  2. Łukasz pisze:

    @ bart

    dzieki. to ten word mi tak podstępnie przeprawił. już poprawiłem.

  3. Ard pisze:

    Chwała za to szczucie lengłydżem od podstawówki, teraz przynajmniej nie muszę zostawiać kupy kasy naciągaczom (pakiecik mniej lub bardziej używanych egzemplarzy „Konstelacji”, „Widmopisu” i „Snu_nr_9” to kwestia, bagatela, 1/4 tysiąca).

  4. Łukasz pisze:

    @ Ard

    Łał, niebywałe. Rzeczywiście – „Widmopis” na allegro za blisko 80 zł a ja pamiętam – dwa-trzy lata temu – jak sie po dzisięć złotych tam walał. „Sen_nr_9” też swego czasu wziąłem za jakieś kilkanaście (do 20) zeta. Horror!

  5. Patatak pisze:

    „Och, Buddy, miej odwagę to zrobić. Zaufaj swojemu sercu. Jesteś dobrym rzemieślnikiem. Ręka cię nie zawiedzie”. (str.187)

  6. Łukasz pisze:

    @ Patatak

    czy to dobre słowo dla mnie?

  7. Ard pisze:

    Nie wiem, czy Gospodzarz słyszał (pewnie tak, ale nie zaszkodzi napisać) – MAG pichci The Thousand Autumns of Jacob de Zoet, przekład będzie autorstwa pani od Atlasu chmur.

  8. Patatak pisze:

    Tak. To słowa zachęty brata do brata pisarza z powieści Salingera „Seymour Introdukcja”. Życzę jak najlepiej!

  9. Łukasz pisze:

    @ Patatak

    to przemiłe. b. dziekuję.

  10. Łukasz pisze:

    @ Ard

    wie – i się niezmiernie z tego cieszy. tym bardziej, że MAG jest na zejściu (śmiertelnym) i mógł już tego nie zrobić. ale – trzymajmy kciuki! – jednak zrobi.

  11. Barts pisze:

    „Sen nr 9” po recenzji tutaj nabyłem, nie podobał mi się, oddałem za friko. :)

  12. Łukasz pisze:

    @Barts

    tutaj? nie recenzowałem mitchellowskiego „Snu_nr_9”. gdzieś tam, w inne recenzji, wypłynęło tylko zdanko o tym, że mi sie b. podobała ta powieśc. bo tak było. to jest ładna rzecz; pamiętam, że zrobiła na mnie duże wrażenie.

  13. Wojtek S. pisze:

    Jestem tylko nieco starszy od Autora, ale ja późny PRL zapamiętałem zupełnie inaczej. Decydenci i prominenci nic mnie nie obchodzili, ponieważ większość mojego czasu pochłaniała szkoła, komputery i książki, w dużej mierze fantastyka. Liczne zajęcia pozalekcyjne oraz odwiedzanie dziadków i cioć.
    Gdyby przyszło mi żyć w PRL w wieku 40 lat, niechybnie bym zwariował albo się zapił. Ale ponieważ miałem wtedy kilkanaście lat, patrzę na ten okres z pewną nostalgią i bez żalu.

  14. fan-terlika pisze:

    Nie pamiętam kiedy ostatnio tak czułem całą książkę. Spotykałem pojedyncze postacie, jedne sceny, konkretne zdania, ale nie całą książkę. Byłem w niej przez cały czas. Weszła do mojego życia i odeszła, a ja ją straciłem. Zostały mi wspomnienia.
    Jeśli przeczytać jakąś książkę w tym roku, to t ę

  15. Ra pisze:

    Dzięki! Rzeczywiście, warto było wejść do Black Swan Green. Mnie najbardziej pozostał w głowie ten spacer Jasona po konnej ścieżce, gdy rodziców nie było w domu. Taki jeden spacer, to więcej niż 10 lat życia dom-praca-dzieci.
    To moja druga książka Mitchella i na pewno nie ostatnia.

  16. nieznamsietosiewypowiem pisze:

    Kto te okładki projektuje na bogów wszelkich, ja się pytam?!