Pasażer Sojuza

Posted: 18th Maj 2010 by Łukasz in biblioteka
Tags: , ,

Pierwszą myślą, która spadła na mnie po przeczytaniu debiutanckiej książki Daniela Kaldera „Zagubiony kosmonauta” była trywialna i szczera konstatacja usatysfakcjonowanego konsumenta: „kurwa, to było piękne!”. Drugą – „więcej, kurwa!”.

Po barbarzyńskich okrzykach rozjuszonych synaps, nadszedł czas opinii i manifestów. 

Kalder pisze dobrze. Bardziej nawet niż dobrze. Jest to pisanie, które nie ugniata mnie tonażem problemów i traum, nie wbija w stupor wysublimowaną formą i nie komunikuje co i rusz, że mam oto do czynienia z wypowiedzią faceta, który dostał absolut na wyłączność. I łaskawie zdaje mi relację z tych ekskluzywnych kontaktów. Wręcz przeciwnie – to bezpretensjonalna nawijka kogoś, kogo zajmuje świat inny, niż ten zapodawany przez globalne stacje i magazyny w nabłyszczanych okładkach. Kalder działa niczym jakiś entomolog-amator, który bez subwencyjnego wsparcia zacnych instytucji, a jedynie na wysokooktanowym paliwie osobistej pasji i ciekawości, tuła się po planecie w poszukiwaniu rzadkich gatunków i charakterystycznych przedstawicieli. Bo jemu nie zależy na ogarnięciu całego plonu jaki wydala z siebie mać-natura. Odnajduje i opisuje wyjątki – unikaty, o których pojedynczości nie przesądza jednak walor estetyczny, czy ponadnaturalne moce, ale to co w nich dziwaczne, okancerowane, groteskowe i żałosne.

Czytanie Kaldera sprawia przyjemność. „Zagubionego kosmonautę” tworzą takie związki liter, takie kaloryczne składniki i takie substancje bez banderoli, że nie sposób go sobie racjonować i pochłaniać inaczej niż w całości, w trakcie jednej ekstatycznej sesji wypełnionej piskami i wibracjami stymulowanego umiejętnie organizmu.

Komu pomimo funkcjonowania w postnowoczesnym matriksie ostał się jeszcze choćby gram empatii, literackiego słuchu i chęci do stawania okoniem wobec propozycji opiniotwórczych gremiów i wynajętych autorytetów podlinkowanych na stronie głównej, które wtłaczają w nasze małżowiny i dioptrie albo komercyjny syf, albo pseudoawangardowe wygibasy swoich znajomych, temu przypaść do gustu muszą pieśni liryczne tego natchnionego Szkota.

5263_jpg_280x450_q85[1]

Słowo o zawartości. „Zagubiony kosmonauta” to wyznanie antyturysty. Żarliwa proklamacja nowego sposobu eksplorowania świata. Kontrpropozycja wobec zbiorowej i zorganizowanej turystyki, dla której podstawowym celem jest przetransportowanie grupy zblazowanych mieszczuchów do jednego z czterogwiazdkowych kurortów nad błękitnym podgrzewanym morzem, do strefy klimatyzowanego tropiku, w okolicę słynącą z ułamanych kolumn, opróżnionych kurhanów i tanich dań narodowych. Książka Daniela Kaldera jest również – czasem zmyślnie zakamuflowaną, a czasem ostentacyjnie jawną – drwiną z misyjnego podróżowania, które uprawiają renomowane tytuły zamieszczające efektowne fotografie afgańskich jarmarków, kenijskich podchodów na grubego zwierza, czy też zoomowane twarze anonimowych szamanów pogrążonych w profetycznym widzie. Lecz „Zagubiony kosmonauta” to jednak coś więcej niż totalna krytyka skomercjonalizowanej turystyki, niż grymaszenie nad menu biur podróży. To zestaw czterech znakomitych reportaży, które przekonują, że tak naprawdę nie ma miejsca na Ziemi, które nie może okazać się niezwykłe, każde zdarzenie może stanowić wstęp do iluminacji, rozmowy życia, przedostania się do innego wymiaru doznań. Sam Kalder przekonał się o tym w trakcie swoich wojaży po byłych republikach Związku Radzieckiego. Już to sam, już to z kilkoma kumplami dziarsko przemierzał tak księżycowe krainy jak Tatarstan, Kałmucja, Mari Eł, Udurmuncja. Są to zapomniane przez boga i media państewka, którymi władają komiczni i przerażający prezydenci, cierpiący na nieuleczalną manię wielkości i słabość do swoich portretów, najlepiej o rozmiarze reklamowego billboardu. Socjalistyczna zabudowa, brud, niedostatek, niezrozumiałe narzecza, koszmarne jedzenie, niedobitki rdzennej ludności, których tradycja i kultura zachowała się w groteskowej i szczątkowej postaci. Nic tylko wyjechać. Jednak – na szczęście – Kalder tego nie uczynił. Efektem jego uporu jest „Zagubiony kosmonauta”, itinerarium po poronionej rzeczywistości. 

Swoimi narracjami Kalder oddaje przysługę zarówno łasym na literackie karesy, jak i takim jak ja – leniom, czcicielom kanap i foteli, aeroamaksobatonautosiderodromotachofobom, ludziom stacjonarnym, którzy na swoim globtroterskim rozkładzie nie mają niczego więcej ponad rytualne człapanie po odrestaurowanych rynkach wojewódzkich miast odzyskanych i kolonijne obozy przejściowe. Którzy meandrują głównie po własnym pokoju i jego eklektycznych skromnych dominiach, dokonując wyłącznie merkantylnych wypadów na wraże terytoria rozciągające się za progiem. Dlatego jestem i pozostaję wdzięczny, że komuś się chce nawiedzać centra nudy i stolice pustki, wcinać podłe syntetyczne żarcie, zalegać w hotelowych norach, błąkać po jałowych bezdrożach i razić swoje oczy tumorami sowieckiej architektury. I jeszcze robi z tego rodzaju doświadczeń tak radykalnie wybitną prozę.

Kto przeczyta „Zagubionego kosmonautę”, ten z pewnością wybaczy mi skandującą interpunkcję wstępnego akapitu. I sam zazna refleksji i dylematów, które stały się moim udziałem, gdy przejechałem tabliczkę z napisem the end. Bo z jednej strony trwałem w sytości i czułem się błogo jak po wprowadzeniu do krwioobiegu jakiejś niepowtarzalnej chemicznej formuły, a z drugiej, nieomal od razu włączyło się potężne ssanie i chętka by znowu podjeść coś z Laboratorium Sztukmistrza Daniela. 

Dlatego  słuszne jest, że Kalder nie przyswoił sobie wymogów późnego Joyce’a, czy wczesnych oulipistów – ani też nie utonął w spirytualnych tarapatach jak Lowry – przez co premier jego książek nie dzielą dekady, a lata. Wystarczyły dwa. Wraz z pierwszym lodowatym podmuchem słowiańskiej wiosny zjawiły się „Dziwne teleskopy”. Kolejny trip po trupie Sojuza. Tom gruby jak tort stulatka. Paczka od dobrego wujka z pisarskiej Ameryki, w której piętrzą się ludowe skazki, uliczne apokryfy, typy z popkultury i żurnalistyka zaangażowana w to co paranormalne i mroczne. Ale o niej – dopiero w jednym z następnych odcinków.

  1. Marceli Szpak pisze:

    A to jest koment testowy, dla sprawdzenia pola komentów:)
    A słowa aeroa­mak­so­ba­to­nau­tosidero­dro­mo­ta­chofob to się muszę nauczyć tak, żeby je płynnie wymawiać po pijaku.

  2. Łukasz pisze:

    Ja to słowo mam tylko na receptach i w książeczce wojskowej. Też nie wypowiadam. :)