Ostatni król Polski

Posted: 2nd czerwiec 2013 by Łukasz in biblioteka

Już pierwsze zdanie tej niezwykłej książki zapowiada, że będzie to książka niezwykła. Brzmi ono: „Nazywam się Bartłomiej Chochoł i jestem ostatnim królem Polski”. Po takim otwarciu nie może być źle, płasko i nudno. Jest wybitnie. Paranoicznie, precyzyjnie, niepowtarzalnie, przekomicznie i potwornie smutno. „Fuga” to jedna z tych lektur, które wywołują w czytelniku przeciwstawne i znoszące się nawzajem pragnienia: by jak najszybciej ją ukończyć, by nie ukończyć jej nigdy. Nigdy – bo jazda po skonstruowanych przez Szostaka labiryntach i pętlach, po wymyślonych przez niego koszmarach, bajkach i biografiach, po tym erygowanym mocą samego aktu twórczego państwie-mieście, kieszonkowym imperium wciśniętymi między Polskę Właściwą a Polskę Wyimaginowaną, należy do przyjemności z gatunku wytrawnych i uzależniających. Bezlik odmian, przesunięć i przepoczwarzeń tematu głównego – wraz z tysiącem masek, jakie nakładają na swe oblicza bohaterowie „Fugi” – sprawia z kolei, że jak najszybciej chcemy się dowiedzieć, która  z wersji tej opowieści, która z oglądanych twarzy, będzie tą ostatnią, najostateczniejszą.  

wit-szostak-fuga_248[1]

To co zawarte jest w pierwszym rozdziale „Fugi” promieniuje i na jej resztę, na dalsze rozdziały. Z tego – z tego promieniowania, rozwinięć, karykatur, powrotów, tych pozornych i tych realnych, wątków, zdań, motywów i faktów z rozdziału pierwszego – zrodziła się cała „Fuga”. Bartłomiej Chochoł, krakowska kamienica, zapuszczone, puste mieszkanie, puste podwórko, sierpień, stara suka o imieniu Aza, Zosia, dziadkowie, kontuzjowana noga, rozpad i śmierć. I tak w kółko – i za każdym razem inaczej, mimo że tak samo. Co się dzieje w szostakowej „Fudze”, dzieje się w szczególnym momencie, jakby zawieszonym ciut powyżej linii czasu. Lecz – nie łudźmy się jednak. Podobnie jak i pozostałe generalia i niuanse, tak i oś czasowa będzie tutaj niestała, umowna. Bo to i wieczność po wciśnięciu pauzy, podczas trwania której oglądać można, to co przeszłe, przyszłe i co teraz, to i przedśmiertny błysk świadomości, to wszystkie chwile, lata, czasy naraz, na który to fenomen któraś z religii dharmicznych posiada z pewnością jakąś dobrą, melodyjną nazwę, to i kolejne obroty nietzscheańskiego wiecznego powrotu, to – wreszcie, choć można mnożyć te opcje i mnożyć – długie spojrzenie wstecz, w głąb siebie i historii Polski.  

Bartłomiej Chochoł jest, wydaje się być, może być uważany za, najprawdopodobniej jest centralną postacią tej powieści. Jej narratorem, omfalosem, protagonistą. Ale kim jest Bartłomiej Chochoł? To człowiek znaczny – to człowiek przeciętny, jeden z nas. Jederman i heros. W każdym z 10 rozdziałów „Fugi” jest bowiem Bartłomiej Chochoł kimś innym, mimo że nadal pozostaje Bartłomiejem Chochołem. Inna jest także i za każdym razem ta narracja, różniąca się od tej, co ją poprzedza i tej, która następuje po niej, frazą, leksyką, perspektywą narracyjną, stężeniem melancholii, ironii i mroku. Jest więc on i ostatnim królem Polski, a przynajmniej jest pracownikiem wawelskiego muzeum, który trwa w wiarygodnym przekonaniu i halunie, iż jest ostatnim królem Polski, jest dojrzałym mężczyzną wspominającym swoje dzieciństwo, człowiekiem sukcesu, rencistą, stuletnim starcem, niedoszłym bohaterem narodowym, kimś dotkniętym amnezją, który próbuje ustalić gdzie i kim jest, jest ponadto i synem marnotrawnym, który wraca, by zlikwidować mieszkanie po zmarłej dopiero co matce. Bartłomiej Chochoł stara się, jeśli już nie okiełznać, bo wie, że to niedorzeczne i nie do zrobienia, określić przynajmniej, w jak potężnym chaosie przebiega jego – i nasze – istnienie. Podstawowe zajęcie Bartłomieja Chochoła to zatem choćby i chwilowe zapanowanie – dzięki, na przykład, udanej reminiscencji, adekwatnemu słowu, wypowiedzianemu imieniu – nad postępującą i totalną dezintegracją osobowości, pamięci, wspólnot, w których żyje, tych wielkich jak rodzina i tych pomniejszych jak państwo, życia. Razem z nim w nowe i fantastyczne kształty oblekają się jego bliscy, wcielają się oni w nowe role, matka, ojciec, dziadkowie, Józafat Dumanowski i Zosia, która jest martwą żoną, koleżanką z podwórka, lubą, do której smaruje się przydługie i afektowane listy, czułą sąsiadką, opiekunką socjalną o gołębim sercu etc.  

Z tego co udało mi się zorientować, dotychczasowi recenzenci i promotorzy „Fugi” nazbyt skwapliwie przystali na najbardziej oczywiste i najprostsze tropy i tagi, jakie powieść Wita Szostaka sama i poniekąd z miejsca podsuwa. Owszem, fuga jako forma muzyczna jest dla „Fugi” istotnym odniesieniem, podobnie jak i fuga dysocjacyjna, zaburzenie psychiczne, w efekcie którego dotknięty nim chory proklamuje co i rusz świeże tożsamości, ente warianty otoczenia, w którym funkcjonuje. Ale równie ważne jest to całe uniwersum korespondencji, nawiązań, aluzji i pastiszów literackich. A „Fuga” dostarcza ich akurat niemało. Spośród tych najważniejszych warto i należy wymienić „Odyseję”, „Króla-Ducha”, polski romantyzm – toposy, sylwety i stylistyki – czytany i trawiony Gombrowiczem, gombrowiczowski „Kosmos” jako powieść o stwarzaniu (się) rzeczywistości, prozy Brunona Schulza, „Blady ogień” Nabokova – zwłaszcza w pierwszym rozdziale „Fugi” – z tym mniemanym królem Zembli, którego usiłują dopaść widmowi uzurpatorzy i spiskowcy, i „Życie instrukcja obsługi” Pereca z kamienicą-termitierą. Od siebie dorzucam jeszcze obłędne i okrężne zdania Bernharda, te jego spiralne wiwisekcje, jego narracyjno-słowne iteracje oraz „Zapominanie Eleny” Edmunda White’a, w której to powieści bohater musi wytworzyć siebie od początku, mając do dyspozycji wyłącznie swoje zmysły i cudze sądy i relacje.

Jak każda wielka książka, tak i „Fuga” Wita Szostaka jest dziełem, w którym autor w odpowiednich proporcjach dobrał śmiech i rozpacz, parodię i powagę, fikcję i życie. Gdyż dostarcza „Fuga” zarówno wspaniałej, pysznej szydery z polskich urojeń, narodowej pychy i tromtadrackich postaw – przeczytajcie tylko te kawałki o Słowackim wyjadającym konfitury za dziadkowym fotelem i jenerałach powstania listopadowego, którzy pomagają babci Bartłomieja Chochoła w kuchni! – jak i dołujących, mulących setów o naszej egzystencji, tej krótkiej, kruchej ułudzie, po której zostają jedynie niezborne wspomnienia i tanie, niepotrzebne przedmioty, których nie ma komu wynieść. Szostak w „Fudze” pisze i robi jak stary, doświadczony mistrz, który już wie, że najważniejsze w sztuce są repetycje i gorycz.

Pośród wielu zalet, jakimi może poszczycić się ta książka, warto wymienić i tę: „Fuga” odzyskuje dla naszej literatury Kraków,  który w końcu nie należy do Grzegorza Turnaua, ani do Noblistki i jej limerykującego Sekretarza, ani do zbolałego Marcina Świetlickiego, ale należy do Chochoła Bartłomieja, do Wita Szostaka. Całość zawodowo i pięknie dopełniają kwasowe plansze Macieja Sieńczyka, na których jest to, co być powinno: esencja i delirium.

  1. Ard pisze:

    Do długiej listy zalet dorzucam jeszcze to, jak pięknie Fuga zespala wątki z Chochołów – świetnych – i Dumanowskiego – tylko dobrego; z zastrzeżeniem, że „tylko dobra” książka Szostaka zostawia w tyle 90% polskiej działalności literkowej (bo „literackiej” w odniesieniu do Karpowiczów, Pilipiuków, Łysiaków przez palce mi nie przejdzie).

  2. ProzaŻycia pisze:

    A w Krakowie rzeczywiście można spotkac pewnego pana, który uważa się za potomka królów i każe padac na kolana przed sobą.