Ostatnia powieść awangardowa

Posted: 7th czerwiec 2013 by Łukasz in biblioteka
Możliwość komentowania Ostatnia powieść awangardowa została wyłączona

Książkę Krzysztofa Jaworskiego, czyta się szybko, półtorej, dwie godziny odpowiedniego światła i niewymyślnego spokoju powinny jak najbardziej załatwić sprawę, ale myśli o niej – o wiele dłużej. Przeczytałem „Do szpiku kości” w miniony wtorek, w autobusie nr 6, który to autobus dostojnie – i regularnie – toczy się pomiędzy Zgierzem a Łodzią i z powrotem, zapewniając obu tym miastom namiastkę komunikacji. Toczyłem się więc w nim i ja, w miniony wtorek się toczyłem. Za oknami pejzaż industrialno-osiedlowy, wewnątrz – raczej prowincjonalny, bo głównie babiny do lekarza i młodzież. Pogoda była akurat w sam raz do tego rodzaju lektury: niebo w ołowiu i mżawka. Czytałem.

Do-szpiku-kosci_Krzysztof-Jaworski,images_big,19,978-83-63129-42-2[1]

Książkę Krzysztofa Jaworskiego, czyta się szybko, ale myśli o niej – o wiele dłużej. Czyta się szybko, bo to, po pierwsze, ledwie 130 stron, po drugie – rzadko któraś z nich jest w całości wypełniona tekstem. Najczęściej znaleźć można tutaj pojedyncze wersy, podchwytliwe zapytania bez odpowiedzi, dwuznaczne bonmoty, cierpkie parodie, dialogi składające się z kilku kwestii, ironiczne trawestacje, solidne odosobnione akapity opisowe, ciągi gorzkich iluminacji, wspomnień i refleksji. O książce Krzysztofa Jaworskiego myśli się jeszcze długo po jej skończeniu, gdyż to, po pierwsze, rzecz o chłoniaku żerującym na człowieku, po wtóre zaś – mocna, dobra rzecz.

Lecz „Do szpiku kości” to nie żaden usystematyzowany dzienniczek choroby, żadne budujące świadectwo ozdrowienia, w którym autor półgębkiem opowiada o swoim heroizmie, pozdrawia rodzinę i udziela polskojęzycznej ludzkości rad natury ogólnej. Nie – absolutnie nie. To po prostu kilkadziesiąt komunikatów z tych ostatnich 6 lat, gdy Krzysztofowi Jaworskiemu przyszło żyć z nowotworem. To dziennik pokładowy tej nagłej zmiany kursu, tego nowego rejsu po kompletnie nieznanych dla niego akwenach i ku nieznanemu, nienazwanemu, za horyzontem. „Do szpiku kości” to ponadto zapis kolosalnej zmiany, jaka zaszła w nim i wokół niego, gdy z pisarza, męża, kumpla i faceta przeistoczył się w pacjenta, w kogoś ciężko chorego i na sali.  

Jest także „Do szpiku kości” literaturą, która opowiada i stanowi o niedostatkach literatury. O jej nieadekwatności i miałkości. Mówiąc wprost: o tym, że jakiekolwiek literki i teksty są niczym wobec bólu, wobec strachu i śmierci. Bo literatura jest dobra, póki jest dobrze, gdy zaczyna robić się źle i naprawdę źle się zrobi, to wówczas zawodzi i nie ma z niej zbyt wiele pożytku i pociechy. Literatura jest po temu, żeby jebać ładnie i na słodko, żąć nagrody, odsłuchiwać braw, przyjmować hołdy. Ale w obliczu prawdziwego cierpienia, beznadziei, mulącej monotonii leczenia i leżenia, sześciogodzinnych kolejek do specjalisty, nicości, która zachodzi nocą i nie odpuszcza i za dnia, poczucia niesprawiedliwości, straty i kiepskiego żarcia, okazuje się być jakąś błahą gimnastyką estetów, popisem tych, którzy mają nazbyt dużo wolnego czasu. Dlatego – pomimo przewrotnego podtytułu: „Ostatnia powieść awangardowa” – „Do szpiku kości” nie przybrało regularnej formy beletrystycznej czy non-fiction. Nie przybrało – i dobrze, że nie przybrało. Więcej bowiem o otchłaniach i mrokach, jakie odwiedzał autor powiedzą nam oderwane i rwane uwagi, fragmenty, cyniczne inkantacje, zestawione po 3, 5, po 7, zdania, aniżeli kiedykolwiek powiedziałyby rozdziały z wymyślonymi przez niego postaciami, arkusze wydawnicze gęste od jego autobiograficznego tokowania.

Stąd również tyle w tej książce z jednej strony toposów, aluzji i przywołań wprost z tak zwanej wielkiej literatury – Mann, Proust, Joyce, Tołstoj – a z drugiej: jej natarczywego postponowania, szydzenia, kalania za pomocą pastiszów i ironii. Dzieje się tak właśnie z tego powodu, że wobec prawdziwego horroru, trepanobiopsji, ciągłego rzygania i nakłuwania, te summy ludzkiego ducha, mądrości i doświadczenia okazują się być paplaninami poczciwej ciotki, rzewnym pierdoleniem. W takiej sytuacji artyście zostają tylko języki bezsilnych i słabnących: szydera, bluzg, absurd i zjadliwy sarkazm.   

Comments are closed.