pieski

Posted: 4th October 2013 by Łukasz in transmisje
My Polacy tak mamy, że lubimy pieski. No dobra – nie wszyscy Polacy. Ofiary piesków, ludzie pokąsani, zwaleni na glebę, obślinieni, ci, którym wyobracano garderobę i zdekompletowano genitalia, pewnie jednak piesków nie lubią. Podobnie jak specjaliści z terenów ludowych od przetwórstwa piesków na cudowny, leczniczy smalec i chodniczki kąpielowe, zwykłe. Są jeszcze i tacy, którym szkodzi pieska woń, sierść pieska i sam piesek. Bo od pieska nawiedzają ich łzy i obrzęki. Za pieskami ponadto nie przepadają sąsiedzi panów i pań z pieskami, którzy sami piesków nie posiadają. I tu – paradoks. Otóż ja dysponuję pieskiem a za pieskiem tych z dołu nie przepadam. Albowiem jest to piesek opętany. Ściślej rzecz ujmując, opętany bywa. Gdyż w każdy dzień powszedni po godzinie 12 w pieska dotąd cichego i spokojnego wstępuje Bardzo Demon i z pieska powstaje biesek, czyli mały bies, który przez kilka następnych godzin wyje i ujada. Piesków również nie darzą sympatią właściciele kotów, listonosze, włamywacze i kibice drużyn piłkarskich. Tak czy siak, psiarzy i piesków mamy w ojczyźnie sporo. W Zgierzu to nawet i więcej, bo tutaj piesek, co krok, kopczyk kału, balkon, co krata w sklepie, co polanka. Lecz nie wiem, doprawdy, czym to, aż taką obfitość piesków akurat u nas, wytłumaczyć.

Dzisiaj miałem z pieskami lokalnymi taką oto przygodę. Wczesnym popołudniem udałem się do Biedronki po owoce i nabiał. Nakupiwszy sobie, wyszedłem. Przed marketem – auto przy aucie, więc lawirowałem z siatami, klnąc pod nosem i wyświetlając na wewnętrznym ekranie hd pożogę, ulewę meteorytów, gości w kominiarkach i z osprzętem do skórowania lakieru, do perforowania opon. Raptem zajechał mi drogę Grand Cherokee – zwany w pewnych specyficznych kręgach społecznych “Szerokim” – z którego wolno i z wystudiowaną ostentacją wysiadła kobieta około czterdziestoletnia. Właściwie – pańcia. Była to pańcia z wszelkimi tego konsekwencjami natury estetycznej i międzyludzkiej. Zatem – na głowie pszeniczny blond i okulary przeciwsłoneczne, choć czwartek jesienny z tych zgasłych, pochmurnych, poniżej głowy – masywny cyc w bluzce, pas z klamrą, legginsy-panterki, kozaczki. Obwieszona metalami kolorowymi i minerałami. Całość dopełniał charyzmatyczny makijaż. Otworzyła tylne drzwi i sięgnęła po torbę. Przez nieuwagę otworzyła je nazbyt szeroko, z czego skwapliwie skorzystały trzy żwawe yorki, które wyskoczyły na zewnątrz. To komando metroseksualnych piesków – lśniące, wypielęgnowane włosie, kokardka (u każdego w innym kolorze), śnieżnobiałe uzębienie – w try miga dopadło mojej nogawki. Jazgot, sztruks w zagrożeniu. Pańcia-Yorczyca zainterweniowała natychmiast. Zawołała pieski po imieniu i one karnie wróciły. Szło tak:

– Szanel!
– Guci!
– Gabana!

Na brzegu parkingu Biedry usiadłem i płakałem.

  1. fidelio says:

    Piękne :-)

      

  2. Barts says:

    Żeby trzymać się przyjętej maniery wymowy, to był “Guci” czy “Guczi”? A może “Gucio”?

      

  3. Kasia says:

    Żyję dla tych Pańskich podsumowaniopuent na końcu.
    Dziękuję i pozdrawiam :)

      

  4. aga says:

    Czwarty byłby Wersejs.

      

  5. zaczytAnia says:

    ROTFL

      

  6. Jul says:

    “Dama z pieskiem” naszych czasów. A ja się teraz nudzę i wymyślam, co było dalej.

      

  7. D. says:

    brakowało Dolcze :P

      

  8. Kaśka says:

    Pewnie pańcia chciała zakupić ciuszki wprost od studentów z łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, swoją drogą zapakowanych elegancko w pudełeczka, jak po rajstopach, wpakowane w eleganckie kosze, i z równie eleganckim polotem rozszarpywane jednym pociągnięciem diamentowych zębów yorka ;)