Ludzkie momenty

Posted: 9th November 2013 by Łukasz in biblioteka

Złota polska jesień poszła się jebać. Z podrasowanego ciepłem i światłem października został wrak. Pod osłoną nocy, coraz to dłuższych, chłodniejszych, im bliżej było rotacji pór, zezłomowano tę wypasioną gablotę, dzięki której woziliśmy się luksusowo po okolicy przez ostatnie tygodnie. Nastał listopad – miesiąc wilgoci i małych, domowych zgorzknień. Wyszły mgły. Bliźni zostali u siebie, w sobie. Na spacerach z suczką już nie brodzę pośród opadłych z drzew liści – kruchych pancerzy jakiejś dziwnej odmiany skorupiaków o barwie oranżu i rdzy, które akurat w Zgierzu postanowiła dokonać swojego żywota – ale ślizgam się po gnoju. Działki opustoszały, osiedle również. Mrok narasta, na maksa rozkręcają się mżawki. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak zakonspirować się w pokoju, nakupować sobie książek i aż do wiosny sycić mózg literami. Karmmy się więc.    

angel1 

Don DeLillo to jeden z moich ulubionych pisarzy. To jeden z najlepszych kronikarzy epoki zamętu, niestałości, terroru i informacji, czyli naszej współczesności. Specjalista od płynnej rzeczywistości, paranoi, Ameryki i scen zbiorowych. Nikt tak jak on nie umie bowiem za pomocą zdań oddać masowych uniesień, religijnych, sportowych, politycznych. Nowojorczyk z krwi i kości pisujący regularnie o Nowym Jorku, lecz nie bezrefleksyjny piewca tego miasta, nie wytwórca landszafcików i urokliwych pocztówek ze Statuą Wolności, Central Parkiem i rozżarzonym Times Square, ale ten, który ukazuje zwyczajność i mozół istnienia w zgiełku metropolii, ten, który zstępuje do gett, wypuszcza się na przedmieścia, obcina z uwagą podejrzane zaułki i wymarłe budynki, rejestruje życie w podnajmowanych kawalerkach, kiepskich barach, ostatnich kursach metra, a zarazem jednak umie i wie, w jaki sposób stworzyć hiperrealistyczną narrację o multimiliarderach, właścicielach prywatnych akwariów z rekinami,  lokatorów 48-pokojowych apartamentów.  

„Anioł Esmeralda” (w przekładzie Krzysztofa Obłuckiego) jest tomem opowiadań, które powstawały na przestrzeni blisko ćwierć wieku, między rokiem 1979 a 2011. Lecz bez obaw. Po pierwsze, nie są to absolutnie jakieś strużyny z warsztatu klasyka, odpadki z jego stołu, ale pełnoprawne, pełnowymiarowe i znakomite kawałki prozy, po drugie – DeLillo w swoich skromniejszych objętościowo formach, to wciąż ten sam stuprocentowy DeLillo, co i w powieściach. Może jedynie w pierwszym z nich, najstarszym, zatytułowanym „Stworzenie świata” nie czuć jeszcze i nie znać tego jego charakterystycznego tonu, frazowania, jego sztuczek. Lecz to i tak interesująca, zręcznie napisana opowieść o zażywającym ekscytującego urlopu małżeństwie uwięzionym przez biurokrację, chaos i niespodziewany fatalizm na tropikalnej wyspie, w pozornym raju, który z wolna staje się piekiełkiem, sprawdzianem dla nich i ich więzi. Reszta opowiadań jest już z ducha, formy i głębi stricte dellilowska.

„Ludzkie momenty w czasie trzeciej wojny światowej” to opowiadanie zupełnie wyjątkowe. Fascynująca rzecz o parze kosmonautów, którzy orbitują wokół pogrążonej w globalnych walkach Ziemi na pokładzie szpiegowskiego statku kosmicznego. Robią to, co do nich należy. Obserwują kontynenty i ruchy wojsk, zbierają cenne dla ich ojczyzny dane, łączą się z centralą, myślą, tęsknią i odbierają pogłosy starych audycji radiowych błąkających się po eterze, wsłuchują się w aplauz sprzed kilkudziesięciu lat, w śmiech i głosy umarłych. Ponadto organizują sobie „ludzkie momenty” – celebrują wspomnienia, drobne, pamiątkowe precjoza, zdjęcia bliskich, kamyki z rodzinnego podwórka i tym podobne. Takie na pozór przeciętne artefakty i czynności uświadamiają im, kim i gdzie są. DeLillo znakomicie wygrywa tutaj dwuznaczność ich położenia. To z lekka zdezorientowani goście na służbie, trybiki SPRAWY, którzy wykonują rozkazy innych, tych ważniejszych z dołu, a zarazem ci, którzy patrzą na planetę okiem boga lub obcej inteligencji, bezpieczni, totalnie wycięci ze wszystkiego, powożący arką.

Także i inne opowiadania z tego tomu można czytać i interpretować pod tym właśnie kątem (choć oczywiście nie tylko; „Anioł Esmeralda” to nad wyraz bogata oferta programowo-problemowa) – idąc tropem ludzkich momentów, rzadkich, nie tylko przecież w życiu bohaterów DeLillo, ale i w ogóle – w życiu, chwil gdy spadają maski i więdną pozy, kiedy doznajmy ukłucia rzeczywistych potrzeb, prawdziwych emocji, zapomnianych, wydawałoby się, stanów, miłości, przerażenia, ekstazy, dumy, czegokolwiek na tyle mocnego, że zdolne jest wybudzić nas z amoku konsumpcji i zamkniętego obiegu niusów i obrazów. Dla nauczycielki muzyki z „Akrobatki z kości słoniowej” będzie to ciągłe zagrożenie (kolejnym) trzęsieniem ziemi, lokalna apokalipsa, wobec której należy sobie na nowo ustawić hierarchię ważności osób i spraw, dla więźnia z „Sierpa i młota” widok jego córek w telewizji, jak i ruch i szum pojazdów na pobliskiej autostradzie, protagonista „Biegacza” niespodziewanie dla samego siebie zmieni się w  świadka absurdalnej i niewytłumaczalnej agresji wobec dziecka, stara zakonnica z opowiadania tytułowego stanie w obliczu cudu – objawienia zdolnego wstrząsnąć każdym, w tym i jej wiarą, bo objawiającą się tysiącom nie jest niewieścia postać z biblijnego kanonu, ale zgwałcona i zamordowana dwunastolatka z sąsiedztwa – w „Baader-Meinhof” DeLillo wystawi na ciężką próbę kobietę, która nazbyt pochopnie zaufała spotkanemu w galerii nieznajomemu mężczyźnie, realna brutalność, jakiej rychło po tym doświadczy we własnym domu jest dosadnie skontrastowana z brutalnością uwiecznioną i oswojoną za pomocą sztuki, tuż przed oboje dywagują bowiem w najlepsze o obrazach, na których sportretowano czołowych terrorystów RAF-u. „Północ u Dostojewskiego” i „Zamorzona” to z kolei pisanie zorientowane na istotne kwestie związane z rzeczywistością, jej percepcją, interpretacją jej materialnych i nie przejawów, zastępowaniem tejże przez hipotezy, wymysły, marzenia i teoryjki, które rodzą się w pobudzonych lub schorowanych umysłach. Zwłaszcza „Zamorzona” jest warta szczególnej uwagi. To wybitne opowiadanie o obsesji. Wpierw tej, powiedzmy, niegroźnej, którą jest maniakalne przemierzanie każdego dnia Nowego Jorku i oglądanie starych filmów w opustoszałych sala kinowych, później – niebezpieczniejszej, zwłaszcza dla jej obiektu. Leo Zhelezniak, główny bohater „Zamorzonej”, to zdziwaczały wielbiciel kina – ktoś, kto bywa na seansach filmowych 3, 4, razy dziennie, „siedział w ciemności, czcił obrazy”, kto zakłada i prowadzi dziesiątki zeszytów, w których skrupulatnie notuje informacje na temat widzianych przez siebie filmów, twarde dane wyrażane za pomocą liczb, okoliczności, pogoda etc. – który przedzierzga się raptem w wytrwałego stalker, delikatnego oprawcę, prześladowcę pewnej – nieznanej mu – kobiety. Zhelezniak będzie ja tropił i podglądał, poznawała jej życie, wymyślał sobie jej życie, żonglował w wyobraźni jego wariantami, rolami, jakie może ona ogrywać w świecie i społeczeństwie, jej kostiumami. Wszystko po to, by doprowadzić do zamierzonego finału, oczyszczającej, gwałtownej konfrontacji.

Dawno, muszę przyznać, nie czytałem literatury tak gęstej, intensywnej, głębokiej, zrobionej z taką mistrzowską wprawą i precyzją, upominającą się o tych, którym nie wyszło, przegranych, oszukanych, doświadczonych przez nieprawość i agresję, ale czyniącej to bez tkliwości obliczonej na efekt, bez zbędnych retoryczno-eufonicznych ozdóbek i bicia moralizatorskiej piany. „Anioł Esmeralda” to przeżycie.     

  1. Ard says:

    A jak wypada przekład? Nie czytałem żadnej książki tłumaczonej przez pana Obłuckiego, a Dona D. bardzo łatwo można zepsuć.

      

  2. Łukasz says:

    @ Ard

    Czyta się dobrze; może w paru miejscach zgrzyta coś przy oddawaniu dellilowskich neologizmów. Kwestia gustu. Ale które do książki Dona takie zepsute przekładem? Z tego co pamiętam, tylko na “Psa łańcuchowego” narzekano. Resztę tytułów Dona robili przecież najlepsi tłumacze, Kłobukowski, Sudół etc.

      

  3. Ard says:

    Dzięki za odpowiedź :) A słowa “DeLillo łatwo można zepsuć” nie były ostrzem wymierzonym w kogoś konkretnego, tylko ogólnym stwierdzeniem, że są pisarze łatwiejsi i trudniejsi, a D.D. to zdecydowanie ta druga kategoria.

      

  4. thunderball says:

    Jaka jest najlepsza rzecz jaka wyszla spod reki Delillo?

      

  5. Jul says:

    Miasto jako tło do opisu ludzkiej duszy? Kusząco wygląda ta “Zamorzona”. Sięgnę.

      

  6. Barts says:

    Jak zwykle polecane przez Ciebie książki kolejkuję na liście do przeczytania, to po rozczarowaniu “Cosmopolis” tego akurat autora sobie raczej odpuszczę.