Likwidacja miotu

Posted: 28th Sierpień 2010 by Łukasz in biblioteka

Zanosi się na to, że będę musiał wpełznąć pod stół i odszczekać stamtąd moje słowa sprzed trzech tygodni, kiedy to przy okazji notki o „Strażniku parku” pomstowałem na jakość rodzimej prozy i zarzucałem współużytkownikom języka Jana z Czarnolasu, że rady nie dają. Otóż mam kolejny przykład na to, iż dają. Wpierw Dzikowski, teraz Siedlecka Sylwia. Pomału zawiązuje się niezłe stado, zwołuje wyposzczona wataha, która ucapi zady klasyków, rzuci się do aort laureatów i przejmie kontrolę nad obszarem. Oby tak dalej. Wierzę – być może naiwnie i na wyrost, lecz wierzę – że w ich przypadku nie obserwuję tylko błysków i przelotnych smug, które na chwilę ożywią czarne niebo polskiego ruchu wydawniczego i zaraz sklęsną za horyzontem. Ufam, że za sprawą tej parki mam do czynienia z konstytuowaniem się nowego porządku, rewolucją pałacową w eterze, wykluciem się młodych zodiaków.

Debiutancki zbiór opowiadań Siedleckiej „Szczeniaki” dzieli się na dwie części: na „Szczeniaki”, w której to partii autorka pomieściła utwory traktujące o dzieciach i ich trudnych, nienaturalnych i złożonych relacjach ze światem dorosłych oraz na „Starszaki”, gdzie czytamy o wejściu miotu w poważne samodzielne życie, bolesnych koegzystencjach trzydziestolatków, niechcianych zdradach, bolesnych stratach i instynktownym poszukiwaniu sensu.

W ujęciu Siedleckiej dzieciństwo nie jest rajem. Wręcz przeciwnie – to zatruta kraina, państewko, po którym przetoczyła się zaraza, jakaś kilkudniowa wojna, fala kwaśnych deszczy. Autorka staje okoniem wobec obowiązujących przekazów i nie wkręca nam kolejnego bukolicznego mitu o maminym cieple, łagodnym mentorstwie tatusia i wielkim skrzypiącym kredensie, w którym seniorzy przechowują kaloryczne frukta, by paść nimi swoje wnuczęta, wesołe małpki z adhd. Tu rodziny są niepełne, pęknięte, po selekcji, którą wykonała im śmierć i oschłość serca. Szczenięta nie mają łatwego losu. Bohaterami tych narracji są pasożytujące na sobie syjamskie bliźniaki, wczepione w siebie myślące huby, toczące gorzkie rozważania o tym, która z nich zostanie oszczędzona przez medyków i rodziców, wujek Edward, pracownik kostnicy, oglądany oczami malca zafascynowanego wyczynami spowinowaconego balsamisty, cyrkowy karzeł, chroma dziewczynka z masochistyczną pasją raniąca się widokiem ćwiczących baletnic, podmiot zbiorowy w postaci rzesz nieochrzczonych dzieci transportowanych do piekła i poddawanych tam procesom recyklingu, przetworzeniu na zabawki.

Wraz z wiekiem nie kończą się udręki i dylematy. Otchłanie są wciąż otwarte. Demony czekają. Opowiadania ze „Starszaków” kontynuują emisję toksyn i depresyjnego smutku. Pokazują ludzi w sytuacjach krańcowych, uwięzionych w ekstremach, zamkniętych w enklawach, do których nie dociera słońce i przyjemne bonusy ponowoczesności. Jako lokacje dla nich Siedlecka wybiera najczęściej szpitale i hotele – ziemie niczyje, miejsca transferowe, funkcjonalne poczekalnie, w których przygotowują się do ewakuacji w inny wymiar, do innego tam. Jednak nim je osiągną, mają wystarczająco dużo czasu, by się dręczyć, poznawać, kochać, opuszczać.

Książkę Sylwii Siedleckiej przeczytałem w jedną noc. Nie dało się inaczej. Nie pozwala na to hipnotyczna moc tego przekazu. W którym nawet przez sekundę nie czuć bojaźni i buty – przeciwieństw, których zazwyczaj nadużywają nowicjusze, by w ten efektowny sposób ukryć braki w doświadczeniu i warsztacie. Pisarstwo Siedleckiej cechuje – ta coraz rzadsza pośród jej koleżanek i kolegów w dziele – umiejętność dawkowania słów, obrazów i napięcia. Nie będąca wszakże żadną tam wysiloną manierą, liposukcją a’la carverowski minimalizm, ale mądrą ekonomią środków wyrazu. Ujęła mnie również autorka perwersyjną empatią jaką darzy swoje awatary. Pozwala im cierpieć i umierać, lecz nie stroi tych czynności w różaną otoczkę taniego sentymentalizmu, nie praży w oczy czytelnika gazem łzawiącym, ale z namysłem wydziela racje ironii, sympatii i wzruszenia.

W opowiadaniach ze „Szczeniaków” rządzi poetyka okrucieństwa i piękna. W swoim gabinecie przechowuje Siedlecka ciała martwe, blade, pokancerowane, z pręgami po medycznych eksperymentach, z ubytkami po amputacjach, z broczącymi stygmatami po ukrzyżowaniach na szpitalnych łóżkach. Wystawia je za opłatą – walutą jest nie litość a zrozumienie, że i w kostnicach, lazaretach, homogenicznych numerach hotelowych, mieszkaniach o niskim standardzie może pojawić się miłość i zachłanna ciekawość tego co rozciąga się poza.

Opowiadania Sylwii Siedleckiej są piękne. Mają w sobie niepokojący urok dopiero co wyfiletowanych ludzkich organów wewnętrznych, ciepłych podrobów, na których ścina się już osad, figur poetyckich z „Pieśni Maldorora”, kolekcji taksydermiów, odizolowanych sal zakaźnych, kawałków Nicka Cave’a zrobionych na heroinie, stop-klatki z Laurą Palmer leżącą na sekcyjnym stole.

[zdjęcie autorki: copyright Julia Łapińska]

  1. chiara76 napisał(a):

    kolejny tytuł do zapamiętania więc.

  2. Jack the Lurker napisał(a):

    Przeczytałem. Przypomina nieco opowiadania Fabera z „Bliźniąt Fahrenheit” (swoją drogą: bardzo warto), z tą różnicą, że Siedlecka jest bardziej brutalna w swoim minimalizmie.

  3. Łukasz napisał(a):

    @ Jack

    Ale jak rozumiem „przeczytałem” – i się podobało? Mam nadzieję, że nie będę osamotniony w swojej atencji wobec panny Siedleckiej.

    I, oczywiście, równie goraco namawiam do przeczytania opowiadań Fabera. Do moich ulubionych kawałków z tomu „Bliźnięta Fahrenheita” należą „Mamusia scałuje”, „Drobna niedoskonałość”, „Błahość czynu”, no i mistrzostwo nad mistrzostwami – „Nora o dwóch wylotach”, wszystko o małżeństwie/związku na kilku stronach.

  4. Jack the Lurker napisał(a):

    Si, Siedlecka ma moc.

    A do hajlajtów z „Bliźniąt…” to ja bym jeszcze dodał „Mysz” (mam w sobie okruch nerdowskiej duszy, pewnie dlatego). I może jeszcze „Wykład o kokosach”, cudownie absurdalny i ironiczny.

  5. rossi napisał(a):

    excellent,I like this site… i need more information for my life