Skowyt na Bronxie

Posted: 2nd September 2010 by Łukasz in biblioteka

Wiadomo – adaptacja filmowa i wgniatająca muza Kronos Quartet. Ale mijał rok za rokiem i jakoś żaden z wydawców Najjaśniejszej nie kwapił się do obdzielenia rodaków towarem na którym wyrosły deliryczne sceny pana Aronofsky’ego. Selby nie miał wzięcia u naszych headhunterów. Depresyjny bluzg, przenikające się monologi, twórcza interpunkcja, nieprzyjemna strona miasta, metropolia zaserwowana na ociekającym krwią i spermą półmisku, Celine z NY. To się nie mogło ani sprzedać, ani spodobać. Dopiero heroski z Niebieskiej Studni, oficyny, która od lat z mozołem zalepia otchłań ziejącą w rubryce: przekłady kontrowersyjnej i dobrej literatury amerykańskiej, postawiły na tego natchnionego samouka i udostępniły go polskojęzycznym współplemieńcom. W 2009 pojawił się „Piekielny Brooklyn” zrobiony genialnie przez Maćka Potulnego, miłego chłopca z Posen, który Selby’emu oddał niejedną noc ze swojej bogobojnej młodości, a teraz – „Requiem dla snu” w imponującym wykonaniu Elżbiety Gałązki-Salomon. Tej od Tarantino i nowych Pythonów.

O ile „Piekielny Brooklyn” był narracją o złym miejscu, kwartałach, w których gęstnieje mrok i rodzą się istoty z włączoną opcją fatum, socjologią na slangowym podkładzie traktującą o jednostkach wrzuconych w nieprzychylną im sforę, o tyle „Requiem dla snu” działa w innych rejonach. To czarna jak północnokoreańska noc tragedia o dezintegracji międzyludzkich więzi, rozpadzie świadomości, zezwierzęcających nałogach, upadłej miłości, izolacji będącej furtką obłędu.

Jasne, w powszechnym obiegu powieść ta – wzmocniona gorzką wymową ekranizacji – funkcjonuje jako rzecz o narkotykach i o zgubnym wpływie tychże. Ale uważna lektura dowodzi, że zainteresowania Selby’ego wykraczały daleko poza sformułowanie apokaliptycznej agitki ku przestrodze roczników maturalnych. Redukowanie jego przekazu do samej li tylko kwestii dragów spłyca ów przekaz i przesuwa go niebezpiecznie blisko martwej strefy morałów produkowanych przez kaznodziejów z Monaru. A przecież, po pierwsze, „Requiem dla snu” to sztuka z krwi i kości. A po wtóre – proza ukazująca rożne stadia i piętra uzależnienia, budująca metaforę świata jako zmyślnej rozbudowanej pułapki, labiryntu, z którego nie ma wyjścia i w którym można się tylko bez końca przemieszczać, rozbijać o ściany, nawzajem się zagryzać.

„Requiem dla snu” ma czterech głównych bohaterów. Harry’ego, jego matką Sarę, dziewczynę Harry’ego o imieniu Marion i ich wspólnego kumpla Tyrone’a C. Love. Mimo ze każdej ze swoich wiodących postaci Selby nie oszczędził razów, cierpień i upokorzeń, to jednak mnie najbardziej dotknęły kreacje kobiet. Bo Harry i Tyrone to nic więcej jak para wkurwiających gnojków, obiboków, leni i mających wszystko w poważaniu niedojrzałych ziomków, którzy orientują się wyłącznie jak tu skołować działkę i uwalić się na koju. Ich jedynym pomysłem na życie – i nakręcaczem w sytuacjach kryzysowych – jest mityczne pól kilo czystej heli, która w rojeniach obu jegomościów urasta do rangi najdoskonalszego interesu stulecia. Zdobyć tę sutą paczką, a potem rozprowadzać po klientach mieszane w proporcji jeden do czterech porcje, których zbyt zapełni im kieszenie hajsem. Kapitał chcą zmarnotrawić w pożyteczny sposób – podróżując, inwestując, kupując lśniące furki. Kasa ma również wydobyć ich z ćpania, być pozytywnym kopem, dzięki któremu znajdą się po jasnej i kulturalnej stronie egzystencji. Jednak cały projekt ma dość poważną wadę, wewnętrzny błąd, uniemożliwiający jego realizacje. Otóż chłopcy nie stosują się do podstawowej zasady, którą u mnie na dzielnicy znają wszyscy prywatni przedsiębiorcy i wytwórcy: nie bierzesz tego, czym handlujesz. Harry i Tyrone – wręcz przeciwnie. Co i rusz podbierają z puli przeznaczonej na sprzedaż, co na początku nie jest tak dolegliwe, gdy maja wielu odbiorców i spory zapas. Jednak wraz z załamaniem się rynku i zniknięciem heroiny z miasta ich sytuacja zmienia się radykalnie. Oni sami zmieniają się w zombie krążące godzinami po ulicach, by zdobyć niezbędna do przeżycia rację. Przejadają oszczędności i kończą na dnie.

Podobnie kończy i Marion, ale ta musi jeszcze zaliczyć dodatkowe rundy poniżenia. Jak na warunki z Bronksu, pochodzi z bogatej rodziny i wykazuje sporo cech, które w bardziej sprzyjających okolicznościach – a przede wszystkim przy innym partnerze – mogłyby jej zapewnić spokojne bytowanie i rozwój. Samo grzanie już nie jest fajne i mocno ogranicza możliwości osiągnięcia przez nią sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie. Ale grzanie plus Harry to horror i ostry zjazd na parter piekła. Póki jej wyluzowany konkubent obraca i zarabia, póty i ona ma się dobrze. Wespół z nim pogrąża się w coraz bardziej niedorzecznych marzeniach, które od idei mądrego zainwestowania profitów z dilerki ewoluują w takie haluny jak sieć klubów w Europie i prywatne galerie. Stymulowanie wyobraźni działa do czasu. Koniec forsy i rezerwy narkotyków oznacza i dla niej zderzenie z prawdą o niej i jej związku. Za poduszczeniem swego lubego prostytuuje się, żeby wydołać na kolejną łyżkę z bulgoczącą helą.

Wreszcie – pani Sara Goldfarb. Wdowa, matka Harry’ego, kobieta nieszczęśliwa. Ale głęboko przekonana, że jest na odwrót. Gdy pewnego dnia odbierze telefon i usłyszy, że ma szansę wystąpić w teleturnieju poczuje, że los wreszcie się do niej uśmiechnął. Tego właśnie potrzebowała, na to od zawsze czekała. Wizja telewizyjnej kariery zassie ją w siebie i już nie puści. Sara jest od lat uzależniona od telewizji. Każdą domową czynności wykonuje zerkając na ekran. Harmonogram jej każdego dnia jest skonstruowany tak, by nie kolidował z ramówką. Oferta, którą dostała, co coś więcej, niż szansa na niezapomnianą przygodę i podbicie popularności wśród znajomych. Na jej przykładzie Selby pokazuje jak wirtualność skutecznie wypiera fizyczny byt. Bo dla Sary to jej ziemskie codzienne istnienie jest zastępcze i nic nie warte – i dopiero udział w transmitowanym na Amerykę szoł nada mu znaczenie i uczyni czymś namacalnym, prawdziwym i godnym. W ogóle – w jej osobie streszcza się naraz kilka amerykańskich obsesji: przewrażliwienia na punkcie oceny wydawanej przez wspólnotę, konieczność odniesienia sukcesu, tkwienie w potrzasku między huraoptymistyczną autoakceptacją a dotkliwym autokrytycyzmem, konsumowanie farmaceutyków w ilościach hurtowych, które w ocenie ich użytkowników są cudownym sposobem radzenia sobie z problemami. Oczywiście, Sara nie jest łkającym u Ophry celebem i jej paranoje i traumy są skrojone na miarę samotnej opuszczonej kobiety po pięćdziesiątce, dla której lajka od bogów stanowią takie dobra jak nowy telewizor, wciśnięcie się, dzięki wyniszczającej diecie, w sukienkę sprzed ćwierćwiecza, wyższa pozycja w sąsiedzkim rankingu, lepsze miejsce do opalania na wspólnym podwórku.

Są książki, które po prostu trzeba poznać. „Requiem dla snu” Huberta Selby’ego Jr to jedna z nich.

  1. nogood says:

    O, kurde serio? Po seansie filmowy, swoja droga który nastąpił wiele lat temu a powtórki robić nie robiłem, miałem dosyć mieszane uczucia. Ekranizacja zatrącała zbytnią pretensjonalnością i dmuchawą ale to pewnie przez wspomniany w recenzji ost, który nota bene powinien znaleźć się w jakiejś książce o rekordach ze względu na częstotliwość występowania. (znowu piszę ze punktu widzenia filmu, pewnie ktoś mi to wytknie) Na sam koniec wspomnę/pochwale się że pawia w kinie nie puściłem (mówiąc metaforycznie, bo oglądałem na kompie), a koledzy i koleżanki wspominali coś o rewolucjach w żołądku.

    PS. Tak serio to chciałem zapytać – czy po przeczytaniu Bronxu warto sięgać po Requiem? Pierwsza bardzo mi się podobała, ale boję się że ta będzie nazbyt podobna if you know what i mean.

    PSS. Bloga czytam regularnie i polecam wśród znajomych. Dobra robota!

      

  2. Łukasz says:

    @nogood

    Pamiętam, że jak oglądałem film, to wzięło bardzo. Muza mnie zdewastowala porządnie. Sama treść również. Najbardziej dotkneła kreacja Ellen Burstyn. No, tak pięknie zagrala osuwanie się obłęd, że mialem łzy w oczach. Od tego momentu inaczej juz patrzę na samotne panie pogrążone w osobistym halunie. I jeszcze jak się Marion – Jennifer Connelly – łasi do Dużego Tima. Oboje wiedza po co przyszła i co będzie robiła, ale on jeszcze to dociska ze szklaneczką w ręku i tubalnym śmiechem. Mistrzowskie. [Ale fakt – i ja widziałem to jakieś 8-7 lat temu. nie wiem jakby to zaskoczyło teraz.]

    Powiem tak: po zapoznaniu sie z tekstem widac, że Aronofsky zrobił wierną ekranizację. Niczego istotnego nie opuścił, a od siebie dodał ułożenie calości po linii pór roku, barw, układu na 4.

    Sięgać warto. Mimo że wiesz juz wszystko, bo znasz film, to jednak na ekranie nie masz tego, co siedzi między okladkami. A w tym wypadku jest to plastycznie, płynnie przełożona nawijka chłopaków z ulicy. Niekiedy jest przez tłumaczkę zrobiona ciut ryzykowanie, ale czyta się wysmienicie. Naprawde jest cięzko oddac cpuński Bronx w polszczyźnie. Mam nadzieję, ze wychynie tutaj Maciek Potulny – tłumacz “Piekielnego Brooklynu” i fanatyk Selby’ego – on to z pewnościa klarowniej wyłoży.

    A ekranizację “piekilnego Brooklynu” widziałeś? To jest dopiero moc. Wytrząsa duszę, że hej.

    Dzięki za polecajki i sie polecam.

      

  3. Mika says:

    Ładna recka ładnej książki.
    (Właśnie trafiłam tu przez przypadek i rozglądam się; z linku wydawnictwa niebieskiej studni)
    Oj, i nogood, nie bluźnij. Aronofsky miażdży.

      

  4. Julia says:

    Szkoda, że w księgarniach już jej nigdzie nie ma. Znam dużo osób które bardzo chciałyby ją mieć (w tym oczywiście ja). Nie macie zamiaru jeszcze jej sprzedawać choćby na allegro?

      

  5. Thanks for all of the work on this web site. My aunt really loves conducting research and it’s really easy to see why. I learn all relating to the lively tactic you make sensible tactics via this web site and in addition improve response from others on this point plus our simple princess is always being taught a whole lot. Take pleasure in the rest of the year. You have been carrying out a tremendous job.

      

  6. As a Newbie, I am continuously searching online for articles that can help me. Thank you

      

  7. I am always looking online for tips that can assist me. Thanks!

      

  8. My wife and i have been joyful that Chris managed to conclude his inquiry because of the precious recommendations he had while using the weblog. It is now and again perplexing just to find yourself offering techniques which often a number of people might have been selling. So we do know we’ve got the writer to thank for this. The specific illustrations you have made, the simple web site navigation, the friendships you can give support to engender – it is many unbelievable, and it’s leading our son in addition to the family know that the matter is thrilling, which is certainly incredibly vital. Thanks for all the pieces!