Capote

Posted: 4th październik 2010 by Łukasz in biblioteka

Dzięki Trumanowi Capote miałem udany dzień. Idealny czwartek. Za oknami trwała próba generalna przed Armagedonem – niebo w kolorze popiołu i deszcz. Dopiero tutaj, w nowym mieszkaniu, mając z czwartego piętra widok na całą okolicę, uświadamiam sobie, że jest on nie tyle jedną z odsłon aury, ale ogromnym żywym organizmem – najeźdźcą z innego wymiaru, zdyscyplinowaną multiplikującą się hordą, która chce przejąć Ziemię. Żadne z potocznych określeń, ani też żaden z mnóstwa specjalistycznych terminów nie jest w stanie oddać wieloznaczności jego natury, ilości wcieleń. Gapiłem się jak urzeczony, gdy tak przetaczała się fala za falą. Już samo obserwowanie tych metamorfoz i kibicowanie inwazji było przyjemne. A co dopiero w połączeniu z radosną świadomością, że mam wolne, jestem sam w mieszkaniu i na stoliku obok fotela spoczywa egzemplarz „Innych głosów, innych ścian”. Jak dla mnie – optimum. Bo nie ma lepszych warunków do czytania niż fuzja depresyjnej estetyki z gwarantowaną kilkugodzinną izolacją. Ludzie zredukowani do sylwetek po drugiej stronie ulicy albo do ciągu liter na wyświetlaczu komórki. Cisza, spokój, wyższy poziom koncentracji.

Powieść Capote’a jest piękna. Nie tyle za sprawą stylu – tej mięsistej, zmysłowej, precyzyjnej frazy, która pasożytuje na czytelniku jeszcze długo po zamknięciu książki – i nie dzięki menażerii kapitalnych charakterów, wypełniających przestrzeń między okładkami swoim śmiechem, płaczem, akcentem, zindywidualizowaną leksyką, ale dlatego, że w niezrównany sposób odtwarza przełomową sytuację w życiu każdego z nas, moment graniczny, poza którym rozciąga się nowe, niebezpieczne i nieznane.

Klasyczna sytuacja, mroczne aranżacje. Trzynastoletni Joel Harrison Knox, wychowujący się po śmierci matki w rodzinie zastępczej, zostaje pewnego dnia wysłany na zabitą dechami prowincję, by poznać tam swojego ojca i rozpocząć samodzielną egzystencję pod jego okiem. Dociera do tajemniczej osady o nazwie Landing. Trafia co prawda do domu ojca, lecz samego ojca nie jest mu dane tak szybko zobaczyć. Zamiast niego zawiera mniej lub bardziej wylewne znajomości z dziwacznymi postaciami – wprost z magazynu groteskowych osobliwości. Ponad stuletni Jezus Gorączka, jego wnuczka Missouri, zwana też Zoo, czarna dziewczyna potwornie okaleczona przez swojego męża, jednooki, cuchnący pustelnik Słonko, demoniczne siostry Thompkins, Florabel i Idabel, despotyczna Amy, oryginał Randolph i duch kobiety ukazujący się w jednym z okien domostwa. Również dom, do którego przybył Joel jest bohaterem tej opowieści. Niezwykła, budowla, bez elektryczności i łazienek, okolona gęstym zapuszczonym ogrodem, w której na równych prawach funkcjonują zarówno stali lokatorzy z krwi i kości, jak i różnego rodzaju zmory, nieukojone dusze, makabryczne historie. Trwa lato – kształty drżą i rozmazują się w nagrzanym powietrzu. Południe Stanów.

Ojciec Joela okazuje się sparaliżowanym monstrum wegetującym w jednym z osobnych pokoi. Randolph opowiada chłopcu jak do tego doszło – jest to rozpięta na czworokącie homoseksualna afera, kabała, na którą składają się zgorzkniałe uczucia, niezrealizowane oczekiwania, ostentacyjne zdrady i tanie kryminalne zagrywki. Randolph frapuje Joela. Wyleniały dandys, odtwórczy malarz, gruźlik, wygłaszający obrazoburcze tezy o życiu i śmierci ambasador kulturalnego pedalstwa. Podobnie – ale za poprzez zestaw innych cech – działa na niego Idabel. Stara się poznać sekret Missouri. Wkraść w łaski Słonka i wydębić od niego amulet. Wszystkie te działania mają na celu zjednanie sobie kogoś bliskiego. Bo Joel u progu adolescencji jest potwornie samotny i zdezorientowany. Nie wie, na które z bodźców reagować, za kim podążać, której płci łaknąć. W Landing dokona się jego inicjacja – tam zrzuci skórę dziecka i założy kostium osoby doświadczonej, po bolesnych przejściach.

Kończyłem „Inne głosy, inne ściany” nocą, właściwie to już w okolicach piątku. Deszcz wciąż padał. Nie było nikogo. Po przeczytaniu ostatniego zdania mogłem więc uporządkować naskrobane na marginesie notatki i pozbierać myśli. Książka z tych, które dotykają do żywego. Dzięki którym migrujesz do opisywanych miejsc i słuchasz skrzypienia wypaczonych od skwaru desek podłogi, wziewasz wywar z ziół i padliny, czujesz lodowaty podmuch, gdy obok ciebie suną cienie. Wracasz pamięcią do chwil, gdy sam stałeś u wrót, na progu, o krok od fascynującej wciągającej otchłani.

  1. arte pisze:

    no, wreszcie ze zdjęciem wydali.
    a jak się sudół sprawdza?

  2. Łukasz pisze:

    @ arte

    Mnie on się bardzo sprawdza w czytaniu. Bo i Cormac, i Pynchon, i Banks, i DeLillo, i teraz Capote czytają się very dobrze. Kolega co to jest tłumaczem marudził kiedyś, że w jego wykonie Henio Miller mu nie podszedł. Ale chyba przesadzał. By się jakis zawodowy translator wypowiedział o warsztacie pana R.S., naświetlił kwestię, rozwiał wątpliwości. Zobaczymy, może który wychynie.