Pieśni anusa

Posted: 9th październik 2010 by Łukasz in biblioteka

Jest wielkim nieobecnym naszej kultury. Mimo że wszyscy wiedzą o jego istnieniu, to jednak wolą tę wiedzę traktować niczym jakiś wspólny weneryczny sekret – sprawę, o której się nie mówi. Z nie do końca jasnych i racjonalnych poduszczeń wykluczono go z publicznego obrządku i skazano na banicję. Przez co błąka się na obrzeżach tak codziennych dyskursów, jak i ponadczasowych wypowiedzi artystycznych. Odgrywa dla nas rolę odrażającego niechcianego monstrum. Ma status pariasa. To Żyd, pedał i Rumun, to obcy. Lecz w obronie jego godności i prawa do swobodnej wypowiedzi – czy choćby przyznania mu elementarnej racji bycia – nie organizuje się hucznych manif i nie inscenizuje ekskluzywnych sesji w Strasburgu. W jego obliczu nie stać nas na nic więcej ponad obłudne milczenie. I wyniosłe konstatacje, iż należy on wyłącznie do sfery nierozumnych i maluczkich – zwierząt, łasych dzieci, ludzi bez wykształcenia, lubieżników i czcicieli zrzeszonych w tajnych kiperskich zakonach. O kim mowa? Bardziej stosowne będzie pytanie: o czym? Bo to nie człowiek, a zjawisko. Forma ulotna, wonna, muzyczna. Koda większości posiłków, epilog trawiennych narracji. W sobotnie przedpołudnie przeczytałem niebywałe dziełko imć Pierre’a Thomasa Nicolasa Hurtauta zatytułowane „Sztuka pierdzenia”.

To zgrabne połączenie traktatu i poradnika. W części naukowej autor z pasją i skrupulatnością rozwija genialną taksonomię sortując bąki wedle donośności, konsystencji i zapachu. A także przypisuje je poszczególnym grupom społecznym i zawodom. Rozróżnia wokale, cichce i bąki właściwe. Moim faworytem pośród zdefiniowanych przez Hurtauta pierdnięć jest „wielkie pierdnięcie petardowe”, zwane także „wokalem gromkim” lub „pełnym”. Nad wyrazem ciekawym znajduję również te „dyftongalne” – czyli seryjne, wzbogacone o walor „materii obfitej i różnorodnej”. Zwraca również uwagę „pierdnięcie mikre”, właściwe pannom znudzonym dziewictwem i żonom burgmajstrów. Lecz nie samą klasyfikacja żyje ta praca. Jest w niej miejsce i na tak złożone filozoficzne kwestie jak problemat: czy pierdzenie jest muzyką?

Co więcej, pierdnięcie nie jest wcale uzurpatorem czy podrzutkiem śród potomstwa somy. Hurtaut wywodzi jego zacny rodowód od wieków najdawniejszych. Przypomina, że w Egipcie faraonów miał rangę bóstwa, a Rzymianie wróżyli zeń pogodę. W średniowieczu donośnym wyziewem oddawano hołd swemu księciu.

W ustępach poradnikowych znajdziemy zarówno wywody na temat dobrych i złych skutków pierdzenia, jak i garść pożytecznych sugestii, których zastosowanie pozwoli nie tylko na harmonijne funkcjonowanie całego organizmu, ale wręcz umożliwi czerpanie zmysłowej i intelektualnej satysfakcji z nieskrępowanej emisji gazów. Bo, jak przekonuje Hurtaut, pierdzenie to rzecz, wbrew pozorom, niebagatelna. Która profit niesie i jednostkom i społecznościom. Gdyż wstrzymywanie owego procesu doprowadza do tak opłakanych konsekwencji jak psucie imaginacji, melancholia i szaleństwo. Natomiast ekstrakt wyłuskany z pomocą cedzaka i lejka czyni cuda na piegi i inne dolegliwości skórne.

Przezabawna książka. Jej autor to enigma. I przyczynek do rozwijania teorii, iż mamy do czynienia z niesłychanym żartem literackim, olśniewającą mistyfikacją, współczesnym apokryfem imitującym oświeceniową monografię. Tłumacz, Krzysztof Rutkowski, twierdzi w posłowiu, że Hurtaut to postać z krwi i kości, oryginalny francuski pisarz z osiemnastego wieku. Znając jednak jego erudycję i skłonność do prozatorskich mistyfikacji, śmiem powątpiewać. Lecz w tym przypadku ustalenie ojcostwa nie jest najważniejsze. Bo tak czy siak – „Sztuka pierdzenia” to czysta przyjemność.