Zuo

Posted: 11th październik 2010 by Łukasz in biblioteka

Bo to jest zła książka. Bardzo zła. A miała – o ile poprawnie odczytuję intencje autora – tylko o złu traktować. „Instytut” Jakuba Żulczyka miał pokazać ludzi zamkniętych w sytuacji ekstremalnej, osaczonych, wystawionych na próbę, pozostających na łasce wyrafinowanych psychopatów. A tymczasem jedyne co pokazuje, to smutne i groteskowe konsekwencje przywiązanie Żulczyka do wypracowanych w poprzednich tekstach manieryzmów i jego całkowitą bezradność w przedmiocie psychologicznego umotywowania działań bohaterów. Co w „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Radiu Armageddon” było walorem, zaletą i wyróżnikiem – nawet za cenę barokowego przeładowania frazy i chłopackiego efekciarstwa – w „Instytucie” okazało się katastrofą. Transplantacja na grunt horroru stylu i narracyjnych trików z powieści o młodzieży nie przyjęła się. Moim zdaniem, oczywiście.

Rozumiem, że w tej poetyce nie da się – lub prawie się nie da – wymyślić niczego nowego. Tym bardziej nie wymagam tego od pisarza, który po raz pierwszy w swoje twórczości sięga po formę horroru. Ale u Żulczyka dosłownie wszystko jest kopią, kliszą, kalką. Od samego pomysłu aż po poszczególne segmenty jego realizacji. Na każdym kroku nie odstępuje czytelnika odczucie, że autor nie tyle wymyślił fabułę i postacie, ale je zajumał z jakiegoś megaboxu filmów grozy i trójpaku opowieści z dreszczykiem. Gdyby jeszcze te jesiotry drugiej kategorii świeżości były podane na ładnym półmisku i ugarnirowane oryginalnymi dekoracjami, to pół biedy. Ale Żulczyk wypichcił tak nędznej jakości migulo, że Sanepid winien od razu zamknąć jego budkę.

Pewnie naszym prababkom włos się jeżył na nogach, kiedy w blasku świec i z pohukiwaniem za szybą czytały mroczne kawałki Edgara Poe czy „W kleszczach lęku” Jamesa. Ale dziś, w dobie wysokooktanowej wizualizacji trzeba się nielicho napracować, żeby kogoś jeszcze przerazić za pomocą literek. Potrzebna jest przede wszystkim wiarygodna pozycja wyjściowa – nierealne pokazywane na mocnym fundamencie realnego. Taki pisarz ma obowiązek w pierwszym rzędzie zadbać nie o galerię potworów, ale o racjonalne, logiczne i więcej niż prawdopodobne miejsce, czas i intrygę. Jeśli zawiodą te pryncypia, to żadne patroszenie kobiety w ciąży, żadna surówka z kotów i żaden z tysiąca przymiotników użytych w stopniu najwyższym nie uratuje już utworu. Jak wygląda to u Żulczyka?

Grupa skacowanych biboszy budzi się w mieszkaniu, które zostało odcięte od świata. Winda unieruchomiona, krata wiodąca do wyjścia zamknięta, komórki ogołocone z baterii, łącze internetowe nie hula. Kraków, kamienica, piąte piętro. Stutrzydziestometrowe lokum, które nazywają Instytutem. Typy ludzkie wprost z castingu do polsatowskiego programu BAR. Lesba-weganka (Iga), kark o dobrym sercu (Sebastian), osobowość ezo (Weronika), mrukliwy erudyta (Jacek), przypadkowa para (Robert i Anka) i barmanko-charakteryzatorka o bogatym wnętrzu (Agnieszka), protagonistka. Wspólnym wysiłkiem intelektualnym szparko dochodzą do wniosku, że to nie psikus ze strony znajomych czy nieżyczliwych sąsiadów, ale zorganizowana akcja niezidentyfikowanych sił mroku. Potwierdzeniem ich domniemań są hasła, które owi Oni ronią to tu, to tam, a głównie na drzwiach i ścianach. Oni domagają się niezwłocznego opuszczenia lokalu. Eskalują swoje żądania, wzmacniają przekaz groźbami i ultymatywnym tonem, który przywodzi na myśl druki dystrybuowane przez spółdzielnie mieszkaniowe. Litościwie zostawiają – do czasu, jak się okazuje – prąd i antenę TV, żeby cała ta przerażona wiara mogła sobie w antraktach własnej tragedii oblukać – ha, kurwa! – „Płonący wieżowiec” i „Obcego Dwójkę”. Nasi uwięzieni szukają ratunku. Gdy dociera do nich ponura prawda, że nie sforsują prętów i wielokrotnym naduszaniem przycisku nie przywołają jednak windy, zwracają się ku oknom. Chytre. Oni – nie ci nasi, ale tamci – nie ujęli w swoim genialnym planie wyizolowania ofiar możliwości jaką stwarzają okna – okna mieszkania wiszącego nad „jedną z głównych arterii Krakowa”. Nasi krzyczą, tupią, puszczają na ful muzykę, ciskają nawet butelkami w sunące dołem radiowozy – na próżno. „W Polsce ludzie nie reagują”, wyjaśnia narratorka. Fakt. Wrzeszczący nieludzko i wołający pomocy mieszkańcy to tak zwyczajowy obrazek, że nawet się nie dziwię. A i znieczulica postępuje w narodzie. Do tego dochodzi olimpijski pułap piątego piętra – będzie pewnie z 15 metrów. Nawet desygnowany na uciekiniera Jacek nie wzrusza przechodniów – i to pomimo ekwilibrystycznego wyczynu jakim niewątpliwie jest zsuniecie się na ich oczach po prześcieradle na chodnik. Ale Oni czuwają. I szybko anulują opcję „robimy własną Ucieczkę z Alcatraz”. Otóż w trakcie kolejnej nocy blokują wszystkie okna. Jak to zrobili? No ale, czy to ważne? Ważne, że zamiast okien są teraz tafle z drewna. Mało, że z drewna – z „litego” drewna. Jak Oni je przytwierdzili – nocą, na piątym piętrze, nie budząc lokatorów? „Oni je przykleili”, rozwiewa wątpliwości Robert, młodzian obeznany ze stolarką i właściwościami dostępnych na rynku klejów. A wewnątrz jest coraz gorzej. Kończą się fajki, ryż i parówki, groza narasta. Za oknem tężeje autystyczny Kraków. Naszych skręca głód tak potężny, że przy nim dylematy żywieniowe ostatniej wyprawy takiego Roberta Falcona Scotta zdają się fanaberiami angielskich dżentelmenów. Gdy gaśnie światło, jazda zaczyna się na całego. Uhu-hu-hu, bójcie się. Nie będę pisał jak się „Instytut” kończy. Nie godzi się w imię recenzenckiego kodeksu. Choć tak naprawdę to powinienem – w podzięce za absurdy i łatwizny – pacnąć tu spojlera, stawiając w ten sposób wielkiego parującego kloca na samym środku gabinetu, w którym pracuje pan Jakub.

Ech… Mnożę te wątpliwej jakości żarciki, by jakoś oddać to, co zafundował nam autor. Autor, który strefę horroru postanowił wykreować w środku miasta, przy otwartych oknach i zamkniętych drzwiach. Jak dla mnie – to wszystko kompletnie niewiarygodne. Po raz enty powtórzony patent: my otoczeni przez sektę, paczkę pojebów, krwiożerczy klan. Kim są Oni? To zło wcielone w grupę niezwykle sprawnych i pomysłowych osobników. W ujęciu Żulczyka to współpracujący ze sobą Others z „Lostów” (roszczenia terytorialne plus poezja gnomiczna) i ekipa programu „Dom nie do poznania” (remont-niespodzianka). W bonusie mamy zjełczałą, nadżartą przez mole i skorodowaną terminologię okultystyczną, którą Żulczyk stosuje z tak wielką ochotą i naiwnością, że chyba szczerze wierzy, że jest rewelatorem, a nie reanimatorem omszałego zombiaka. I stąd w jego powieści Pierwszy Obserwator, Rada, Rytuał Wejścia, ponadnarodowy spisek łączący w sobie wydajność masonów, semicką rytualizację obrządków i minimalistyczna symbolikę Tristero.

Po prostu – to się nie mogło udać w układzie takich założeń i rozwiązań.

Ale nie wiem, czy gorszy od samego głównego konceptu nie jest portret Agnieszki. To ona opowiada historię, ona jest tutaj najważniejsza. Oprócz relacji live otrzymujemy również porcję retrospektywnych flashbacków, w których poznajemy koleje życia Agnieszki ze szczególnym uwzględnieniem lat macierzyństwa i małżeństwa. Żulczyk oddający niuanse kobiecej psyche, to Mariusz Pudzianowski układający ikebanę. Wszystko jest albo czarne, albo białe. Albo jest dół, zły mąż, sadystyczni teściowie i stupor, albo trans, dzikie tańce na stole i reaktywacja nastolatki w skórze pani po trzydziestce. Ładnie, że autor nie stawia przed kandydatami do jej względów zbyt dużych wymagań: mąż jest do bani, bo nie mówi „dziękuję” i uprawia seks na krótkim dystansie, a za to w porzo jest szczawik, który w trakcie postkoitalnej zwałki własnoręcznie przyrządza jajecznicę i dodaje do niej rukoli. Ale czy to zalegalizowane pożycie Agnieszki mogło się potoczyć innym szlakiem niż szlak cierpień, poniżeń i strachu? W końcu swego ślubnego poznała Agnieszka na imprezie, tu uwaga, „Party in hell”. Tłuste bity emitował tam nie kto inny jak DJ 666. Są chwile, gdy chcę Jakubowi Żulczykowi posłać sms o treści „pomagam”.

Zadrą w sercu Agnieszki jest wychowanie córki, Eli, którą próbują na własność przejąć jej teściowie, imając się przy tym takich sposobów jak kidnaping, szantaż i wulgarna obmowa. Agnieszka postanawia zrekompensować swej latorośli traumy. Oto recepta na udany dzionek matki i córki. 

„Wzięłam Elę do samochodu, pojechałyśmy do lasu, cały dzień piłyśmy gazowane świństwa, jadłyśmy dziesięć rodzajów ciastek, próbowałyśmy bez skutku puścić latawiec oraz przygarnąć bezpańskiego kota o rozmiarach zabawkowej koparki, również bez skutku.”

No ja myślę, że bez skutku.

W końcu – styl. Jak przy „Radiu Armageddon” łykałem bez mrugnięcia żulczykową frazę – widząc w niej świadomą strategię wyrażenia licealnych buntów i rozterek za pomocą patosu, rozbuchania i podkręcania karty graficznej na maksa – tak w „Instytucie” staje mi ona w gardle. Jeden przykład. Agnieszka ogląda swoja wymęczoną korespondencyjnym pojedynkiem z Onymi twarz w lustrze. Ale to nie może być ot tak po prostu wymęczona twarz. Nie, nie. To twarz „tirówy”. Dobra, mało. To twarz „starej tirów”. Dawaj jeszcze. To twarz „starej tirówy z Sarajewa”. O, ciekawe. Jakby ktoś jeszcze odczuwał niedosyt – to „twarz starej tirówy z Sarajewa po przebieżce Aleją Snajperów”.

Rzekłem. Nie polecam.

  1. mrw pisze:

    Haters gonna hate. Pyszne.

  2. Barts pisze:

    A owszem, mniam.

    Ja próbowałem „Zrób mi jakąś krzywdę”, niby są tam składniki które powinny mi wejść (gry komputerowe, lolikon, nastoletnie grepsy), ale nie dało rady. Jeśli „Instytut” jest gorszy, to jestem pod wrażeniem.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Tego tu dotąd brakowało – body checków takich, że dyski wypadają. Brawo i bis.

  4. arte pisze:

    ja się nie zgadzam. może dlatego, że absolutnie mi nie przeszkadza brak logiki w horrorach, o ile ten horror mnie straszy lub przynajmniej wywołuje pewne uczucie niepokoju (w tym przypadku zagrała druga opcja, ale to i tak osiągnięcie, bo ze mnie dzielne dziecko). a tu jest bardzo ładnie pokazane przejście od „zamknęli nas” do „nawet jak się wydostaniemy, to i tak nic się nie zmieni”. czyli coś w tym rodzaju, że bronimy się tu i teraz przed gromadą zombi, ale nawet jak się obronimy, to tam na zewnątrz rozrabiają inne hordy, i gdybyśmy uciekli na księżyc, to zombi też tam będą. mi się to mieści w logice koszmarnego snu, to nikt-nas-nie-słyszy jest jak zapadanie się w stopnie schodów w koszmarze z ulicy wiązów. i ja to lubię. kupuję. dwa, psychologia postaci, tu trochę się zgadzam, bo idze, sebastianowi i weronice moim zdaniem należało poświęcić więcej uwagi, ładniej wymalować te kartony, chociaż i tak zdzieranie masek się udało, poza tym kulturoznawczyni-weganka czy filmoznawczyni-wróżka to są takie figury na które rzeczywiście można trafić bez specjalnego rozglądania :D. no właśnie, te wszystkie skrajności moim zdaniem całkiem fajnie obrazują niedojrzałość i rozjebanie tych postaci, wiecznych dzieci, kolegów radia armageddon starszych tylko metrykalnie, agnieszka przecież dostaje po głowie za to, że nie sprawdza się jako matka, niby wychowuje, ale sama jeszcze nie dorosła. to jest historyjka o bandzie gówniarzy, a moim zdaniem żulczykowi opowiadanie o bandach gówniarzy wychodzi bardzo ładnie. tylko szkoda zakończenia, wiadomo. takie robienie czytelnika w balona, i tutaj W PEWNYM SENSIE SPOILER, taka ostentacyjnie zastawiona pułapka daje tylko dwa wyjścia: a) będzie tak jak ci się wydaje; b) pułapka jest dwupoziomowa i jednak autor zrobi ci numer, niestety Żulczyk wybrał opcję a i tym samym dużo stracił w moich oczach. podobnie za język, który chwilami jest sztywny, a chwilami zbyt-zbyt-zbyt. wolałam te stare słowotoki, między kpiną a egzaltacją, ale jednak.

  5. Łukasz pisze:

    @ mrw

    Proszę bardzo. Obiecuję więcej.

    @ Barts

    Teraz „Zrob mi…” wychodzi jako audiobook. Może w tej postaci przyswoisz lagodniej. i film z tego ma być ponoć w niedalekiej przyszłości.

    @ kolega Tetrix

    Panie kolego, zawsze chciałem być dobrym czlowiekiem.

    @ Arte

    Wierzysz Żulczykowi, a ja po 20 stronie przestałem. Dlatego tak się różnimy w ocenie. Zażyj „Opętanych” Palahniuka, wstrzyknij sobie „Poza sezonem” Ketchuma, wsmaruj w siebie „Lśnienie” Kinga. A potem raz jeszcze łyknij „Instytut”. Cofka gwarantowana.

  6. arte pisze:

    zażyłam opętanych, lśnienie to już dawno temu (zresztą jeden z moich ulubionych kingów, wracać póki co nie zamierzam). poza sezonem jeszcze przede mną. a co do wiary, to wierzyć zaczęłam dopiero po jakichś 50 czy 80 stronach (do teraz nie wierzę we flashbacki). poza tym to są zupełnie różne książki, no.

  7. Łukasz pisze:

    @ arte

    Zupełnie różne? Przecież podstawowe składowe są zbieżne. Osaczenie i zagrożenie. Zamknięta przestrzeń – teatru, domku letniskowego, hotelu. Inni – Ktoś – kto chce zrobić nam kuku. Ekstremum, które wyciska z nas prawdę o naszym życiu i zmusza do radykalnych postaw. Nie byłoby „Instytutu” bez „Opętanych” Palahniuka. W ogóle – pan Jakub sporo Chuckowi zawdzięcza, choc świadomość o tym długu potem stara się wypierać w złosliwch recenzjach jego dzieł.

    Umówmy się – albo hip-hopowe narracje o dzikiej bandzie, albo przerażacz. Tego nie da się pożenić. A jak sie bardzo i tak chce, to efekt jest very marny.

  8. arte pisze:

    wyciskanie prawdy wyciskaniem prawdy, prawdopodobnie większość fabuł jest o wyciskaniu prawdy:) jasne, że patologie rodzinne w lśnieniu da się porównać do niedojrzałości bohaterów instytutu, ale po co? dwa, w instytucie jest mało stylistycznych jazd, więc nie przesadzajmy. co do palahniuka się zgadzam, chociaż kiedy ostatni raz czytałam jakiś wywiad z ż., to akurat zachwycał się rozbitkiem. nie wiem, co pisał później, chociaż jak się bronił, że u niego mniej kropek niż u chucka, to oczywiście była bzdura, kwestia jednego klawisza, dla mnie inspiracje zupełnie jasne.

  9. Zygmunt pisze:

    Piękny nokaut! Tego mi właśnie tutaj brakowało – mocnego, lirycznego kopa prosto w pysk, podwójna frajda, że to akurat Ż. się dostało.
    Kto będzie następny? Osobiście proponuję Houellbecq’a – najpewniej za moment przełożą, no chyba że jeszcze wcześniej wciągniesz oryginał.
    „Zrób mi…” jakoś dało się wciągnąć, zwłaszcza, że takie krótkie.
    „Radio” już gorzej, za dużo liter nawciskał, żulczlykowa maniera na dłuższą metę robiła się nieznośna.
    Wprostowe felietony to już jakaś makabra, chociaż Wojewódzkiego w Polityce nie czytałem, to od czasu zatrudnienie Ż. we Wproście zacząłem – żeby mieć jakiś punkt odniesienia, nie? Żulczyk odpierdala tam straszną mizerię, a przynajmniej tak wypada przy KW, no ale to tylko moje zdanie, mówię, nie znam się na tych celebrycko-popkultowych żartach.
    „Instytut” i tak pewnie kupię, chociaż pewnie tym razem nie świeżynkę z półki empiku, a jakiś wysłużony egzemplarz z allegro, ale nie wiem jeszcze jak uzasadnić taki zakup. Będę miał komplet dzieł Ż!

  10. Łukasz pisze:

    @ Zygmunt

    Kto bedzie następny? Wiesz, najlepsza sytuacja jest taka, że się nastawiasz na coś ciekawego, a tu – guano. To powoduje, że chcesz kąsac i parskać jadem. A jak z góry wiesz, ze badziewie, to ci się nie chce – nawet po przeczytaniu – jeszcze reagować. Ale zobaczymy. Pewnie teraz wrzucę ze 3-4 nudziarstwa – czyli polecanki, rekomendacje i zachwyty. A potem zrobię jakieś Drezno.