Nowa Zadie

Posted: 19th październik 2010 by Łukasz in biblioteka

Nowa Zadie Smith. Ale, niestety, znowu nie jest to powieść. Żałuję, bo już od kilku lat czekam na tę szczęsną chwilę, kiedy pani autorka na powrót się ogarnie i zaserwuje rzecz na poziomie swego olśniewającego debiutu. „Białe zęby” to było coś. Nie tylko wnikliwe studium napięć i patologii nowoczesności, nie tylko sprawnie zaaranżowana saga rodzinna z mnóstwem bohaterów i akcją skacząca z kontynentu na kontynent, ale przede wszystkim znakomita książka do czytania, suta, wciągająca, komiczna, z mistrzowskimi partiami, w których Smith jednym zdaniem oddawała różnice w mentalności ludzi pochodzących z odmiennych środowisk, czasów, kultur. Potem był „Łowca autografów” – najsłabsza pozycja w jej dorobku. I – „O pięknie”. Wobec której pozostaję sceptyczny. Z racji zastosowanego w nim niewolniczego re-writingu i drażniącego zagęszczenia uproszczonych tez, za pomocą których usiłuje się przekonać czytelnika, że prawdziwą sztuką są spontaniczne hip-hopowe nawijki ziomali z ulicy i naiwne obrazy babci z Karaibów, a uniwersytety i biblioteki to wylęgarnie przemocy symbolicznej. Będącej, rzecz jasna, ulubionym orężem niestałych w uczuciach i przekonaniach facetów.

Następnie Zadie Smith wzięła rozbrat z beletrystyką i objawiła się w innych wcieleniach – jako wykładowczyni literatury, kompilatorka i redaktorka antologii opowiadań, działaczka społeczna. Teraz natomiast możemy się przekonać jak wypada w roli eseistki.

„Jak zmieniałam zdanie” to zbiór siedemnastu esejów – esejów „okolicznościowych”, jak we wstępie dodaje autorka. Czyni to uzupełnienie, chcąc poinformować czytelnika skąd płynęły do niej bodźce i inspiracje. Większość tych tekstów powstała bowiem na zamówienie „konkretnych osób i na konkretne okazje”.

Znajdziecie tutaj sporo dobrego. Przede wszystkim – Zadie Smith jako czytelniczka. Na pierwszą część tomu składają się rozbudowane recenzje i wykłady traktujące o jej literackich fascynacjach. Zora Hurston, Foster, George Eliot, Nabokov, Barthes i Franz Kafka. Wnikliwe, sugestywne kawałki, będące świadectwem wieloletniego obcowania z ich twórczością, czytania z ołówkiem w dłoni i z otwartą głową. Czego nauczyła się od Nabokova. Zadie Smith to kujonka, która zawsze starannie odrabia lekcje mistrza. W ślad za nim widzi w tekście nie efekt frenetycznego natchnienia, ale żmudnej pracy – rzetelnej roboty, której podstawowym zadaniem nie jest organizowanie sensacyjnych zagwozdek i wstrząsanie uczuciami naiwnych lektorów, ale zbudowanie solidnej wielopoziomowej konstrukcji, do której dopiero po wykończeniu ostatnich detali i zainstalowaniu pułapek, wykreśleniu krętych korytarzy i wzniesieniu ponadprogramowych fałszywych kondygnacji można wpuścić postacie. Smith przejmuje jego wytyczne i konstruuje z nich własny kodeks obchodzenia się z literaturą: wielokrotna lektura, badanie społecznego i historycznego tła utworu, śledzenie i wyławianie motywów przewodnich, wątków, aluzji, istotnych niuansów, rozproszonych ech, które dopiero zebrane na jednej ścieżce stają się głosem – przekazem artysty.

Zwróćcie uwagę zwłaszcza na „Ponowne czytanie Barthes’a i Nabokova”, w którym autorka słowa tytułu wciela w czyn i ukazuje proces porzucania modnego, ekscytującego i rewolucyjnego Barthesa na rzecz staroświeckiego wujaszka z Rosji.

Dalej też jest interesująco. „Uwagi o Bellissimie Viscontiego” to majstersztyk krytyki filmowej. „Dziesięć notatek z weekendu oscarowego” to piękna perwersyjna narracja z ciekłokrystalicznego serca świata. „Mówienie językami” – brawurowa analiza fenomenu Obamy, w której punktem wyjściowym do snucia przeciekawych rozważań są lapsusy językowe najnowszego prezydenta USA. „Sztuczki warsztatowe” – wizytą w laboratorium pisarskim samej Zadie Smith, wglądem do tej z szuflad, w której przechowuje wszystkie swoje myki, patenty i środki pobudzające wenę.

 Ale… No właśnie. Nie chcę wyjść na niewdzięcznika i malkontenta. Lecz, wyznać muszę, że tak po dwieście którejś stronie coś mnie naszło. Zjawiły się wątpliwości – te owsiki w mózgu. Złapałem się na tym, że odrywam się od tego co pisze Smith i już tylko chłonę jak to robi. Jednak i to z czasem mi się opatrzyło i zostało miałkie uczucie przyjemności. Właśnie, właśnie! Tu jest za przyjemnie. Przyjemnie, bezpiecznie, na poziomie. To jak przyjęcie u ulubionej cioci. Niby jest „pysznie” – niby uczestniczysz w przyjemnym wspólnym doświadczeniu, ale po kilku godzinach marzysz już wyłącznie o jednym: dodać gościom pigułkę lub dwie do słodkiego kompotu. Niech zaczną brykać, transgresować na twoich oczach i robić rzeczy, których będą się wstydzili jeszcze miesiąc po. W „Jak zmieniałam zdanie” brakuje kolców jadowych, nokautujących wyznań i, co tu dużo gadać, ryzyka. W pewnym momencie forma i dbałość o formę zasysa wszystko. Nie ma fałszywej nuty, Smith za każdym razem trafia w odpowiedni klawisz. Moja wewnętrzna menda ripostuje: popsuj coś, Zadie. Poświęć elegancką puentę na rzecz niekonwencjonalnej osobistej konfesji, wymień stylistyczne stiuki na porządne stuknięcie w czaszkę swojego odbiorcy. Daj mi obrazoburczą ideę, od której zapali się mój świat. Daj mi klapsa, niech poczuję, że i Ty lubisz igrać.

Nic z tego. „Jak zmieniałam zdanie” Zadie Smith to zbiór pierwszorzędnych, świetnie napisanych i zaprojektowanych esejów. Nic więcej.

  1. peek-a-boo pisze:

    wyglada na to, że nalezy żałowac, że nie mozna kupic połowy ksiazki – jak połówki chleba ;)