Lęk i odraza w San Juan

Posted: 19th Maj 2010 by Łukasz in biblioteka

Miało być znowu o Kalderze, ale w międzyczasie wpadła mi w łapki gratka nie lada: „Dziennik rumowy” Huntera S. Thompsona. Piękna sprawa. Nieco mniej piękną jest ta, że prawdy doktora dziennikarstwa z mozołem moszczą sobie miejsce w katalogach i sercach naszych wydawców i trzeba dopiero ekranizacji z Deppem w roli głównej, żeby móc posłuchać ich w polszczyźnie. Dobre i to. „Dziennik rumowy” dostajemy w dwa lata po obłędnym „Lęku i odrazie w Las Vegas”. Juwenilia po tour de force. Piosenki z młodzieńczej sesji nagraniowej po białym albumie. Dodać muszę, że „Lęk i odraza” to płyta, która non-stop kręci się w mojej plejce i jest jednym z najlepszych przekazów literackich z tamtej strony kosmosu. Przy okazji uświadamiam nieuświadomionym i objaśniam zdezorientowanym, że za transkrypcję amerykańskiego rock and rolla z Las Vegas na rodzime bity odpowiadał śląski poeta naiwny Wróbel Marcin (od czasu licznych kolizji z prawem i afer obyczajowych z udziałem nieletnich, głównie płci żeńskiej, występujący jako Marcel Szpak) wespół z raperem z WueLKaPe, Maciejem Potulnym. Podaję twarde dane nie z ziomalskiej powinności, ale szczerej chęci poinformowania świata o ich pierwszorzędnej robocie i radosnym fakcie ubogacenia dzięki nim smętnego języka zachodnioazjatyckich Słowian taką ilością ekstatycznych bluzgów, psychodelicznych fraz i semantycznych zamienników słowa „narkotyk”, że starczy na trzy pokolenia e-czytelników do przodu. Podsumowując – jeśli „Lęk i odraza” nie trafi od roku 2166 na listę lektur obowiązkowych, to będzie oznaczało, że MEN-em rządzi Szatan. Albo ktoś z Frondy.

I tak jak „Lęk i odraza” był rozbuchany, deliryczny, wieloznaczny i miażdżący, tak „Dziennik rumowy” jest zwięzły i skromny w środkach wyrazu. Ale nie mniej wart poznania. To powieść pisana przez chłopaka dla chłopaków. Co, oczywiście, nie oznacza, że Thompson był jakimś protoVargą. Nie ma tak dobrze. Krzysztof jest jeden. Po prostu, jak to w kawałkach dla boysów sporo tutaj bójek, ciętych ripost, użytkowego traktowania kobiet i obnoszenia się ze splinem i pokancerowaną facjatą. No i wszystko obowiązkowo  buja się na oceanie alkoholu. Na szczęście chłopackość Thompsona nie jest pokazem jaskiniowego macho rodem z osiedlowej siłki czy filmów Pasikowskiego, ale inteligentną, cierpką i wartką prozą, którą należy w siebie wdrożyć w tym ponurym roku kampanii wyborczych i innych katastrof. 

Tym bardziej, że miejsce do którego przybywa i w którym na początku działa Paul Kemp, protagonista „Dziennika rumowego”, jawi się jako rajska lokacja – wprost ze snu pracownika biurowego. Palmy, temperatura +30, niepokojący minimalizm konfekcyjny opalonych dziewcząt, swobodne podejście do kwestii erotycznych, homary łowione własnoręcznie harpunem na kolację. Karaiby, lata sześćdziesiąte.

Po nich to będzie hulał Kemp, udając, że jest dziennikarzem na etacie miejscowego „San Juan Daily News”. Jednak jego aktywność na wyspie bardziej przypomina lunatykowanie w kierunku knajp i szukanie mocnych wrażeń, niż zaprogramowaną działalność człowieka pióra zorientowanego na Pulitzera czy choćby terminowe wywiązanie się z redakcyjnej działki. Rychło też wplątuje się w zabójczy trójkowy układ miłosny, który oprócz niego tworzą: Yeamon, kumpel z gazety i aktualna wybranka Yeamona, Chenault. W pakiecie dostaje ponadto narastające z tygodnia na tydzień przeświadczenie, że lajf po trzydziestce – nawet w tropikach, nawet po uszy w beczce rumu u Ala – nie będzie już nigdy młodzieńczym testowaniem gratisowych próbek z tym co krzepiące i słodkie. Kuzyn Konsula kiwa na was i zamawia następną kolejkę.

Oglądane z nowej i bezpośredniej perspektywy San Juan również okazuje się mirażem, symulacją luksusu i luzu, na krótko pokrywającą prawdziwe oblicze tej ziemi – biedę, anarchię i agresję lokalnych oddziałów milicji. Eden zamienia się w Sodomę, z której każdy chce nawiać do jakiegoś „gdzieś”, gdzie jest lepiej i za większe pieniądze.

hunter_thompson_big_sur[1]

„Dziennik rumowy” raczej nie zostanie książką waszego życia. Ale ma w sobie na tyle zacnego potencjału i ładnych zdań – o całej kolekcji hunterowskich charakterów nie wspominając – że z łatwością zrobi wam z wieczoru wydarzenie. Brać bez lodu.

  1. Jack the Lurker napisał(a):

    W roku kampanii wyborczych to należałoby przyswoić „Fear and Loathing on the Campaign Trail ’72” ale to oczywista oczywistość przecież jest.

  2. Łukasz napisał(a):

    -> Jack the Lurker

    Zaprawdę, powiadam Ci: tylko dobra literatura może nas uratować w tym najgorszym z czasów.

  3. V. napisał(a):

    Gdyby nie Depp ta książka nie ujrzałaby światła dziennego. Znalazł jej maszynopis na strychu u Huntera wśród zapomnianych,młodzieńczych zapisków. Stwierdził że jest genialna i namówił Thompsona do jej publikacji. Film miał powstać jeszcze za życia Thompsona przy jego udziale min. w pisaniu scenariusza. Nie zdążyli…Depp osobiście wystrzelił prochy Thompsona z armaty,takie było jego ostatnie życzenie. Przyjaźnili się od czasów realizacji Las Vegas parano,mieli sporo wspólnych dziwnych :-) przygód i dziesiątki wspólnie nieprzespanych nocy.