Tribute to Iza Natasza Czapska

Posted: 5th Grudzień 2010 by Łukasz in beatyfik(a)cje, socjeta

Tribute to Iza Natasza Czapska,

albo dwóch na głodzie,

albo Łódź jest dekadencka i zdegenerowana

 Łukasz Marek Mateusz Najder rozmawia z Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem 

Na to spotkanie czekałem od 3 lat. Od dnia, w którym po raz pierwszy przeczytałem jego debiutancką powieść o niepokojącym tytule: „Rozporcjowany pasierb”. „Rozporcjowany pasierb” to jedna z najmocniejszych książek ostatniej dekady – mroczna autobiografia w duchu Geneta i z członka Henry’ego Millera, traktująca o smutnym dzieciństwie na Śląsku lat osiemdziesiątych minionego wieku, traumatycznej adolescencji okresu przełomu i dojrzałej kapitalistycznej młodości, gdy w głowie protagonisty dochodzą do głosu erynie, które kontraltem Grażyny Torbickiej podsuwają mu rozwiązania i środki. Ciała przyrodniego brata Marcela Wawrzyńca Szpaka nigdy nie odnaleziono. On sam stał się postacią kultową. W „Rozporcjowanym pasierbie” krytycy widzieli genialną transsubstancjację zuchwałej idei w konkret liter, czytelnicy natomiast, zwłaszcza ci z rodzin wielodzietnych, precyzyjnie wyłożone vademecum. Przez co zaczęto nawet mówić o „efekcie Szpaka”: wszędzie tam gdzie debiut Marcela Wawrzyńca Szpaka osiągnął status bestsellera, ilość pozwów sądowych o podział majątku topniała, rosła zaś sprzedaż na dziale NARZĘDZIA w miejscowych agendach takich marek jak Praktiker, Castorama i Obi.

W rok po wydaniu „Rozporcjowanego pasierba” swoją pozycję Marcel Wawrzyniec Szpak ugruntował tomikiem zaangażowanych politycznie erotyków „Granie migdałem”, w których opisał własne bolesne doświadczenia z weekendowego pobytu na konwencji SLD w ośrodku konferencyjnym Analewo, niedaleko Suwałk. Zjawił się tam w charakterze reportera o wolnościowych przekonaniach, by wzorem swego guru, Huntera S. Thompsona, uczestniczyć, jątrzyć, rejestrować, modyfikować rzeczywistość. Okazało się, że to rzeczywistość zmodyfikowała jego. Miast wiązką buńczucznych fraz i skandującą intonacją swoją wersję tamtych wydarzeń opowiedział konfesyjnym szeptem. Po gangbang z Apollinem znów poczuł właściwy zew i wyobracał muzę prozy. Marcel Wawrzyniec Szpak napisał książkę o młodzieży. Najechał w niej terytoria do tej pory dziewicze, czyste, nieskalane żądzami rodzimych twórców. „Oswojone monstrum” opowiada o perypetiach i somatycznych autoanalizach nastolatka, który pod wpływem takich bodźców zewnętrznych jak magnetyczna faza księżyca, syntetyczna odzież, nadmiar węglowodanów w diecie, wybywa nocami z domu i w fallicznym transie błąka się ulicami Chorzowa. Lecz nie dość, że się błąka, to na domiar wszelkiego wynaturzonego jeszcze i odwiedza adresy koleżanek z klasy, by swoim rówieśniczkom – nieświadomym, śpiącym, pasywnym – płatać najróżniejsze figle: kołtunić ich włosy, zraszać ich piżamki. „Oswojone monstrum” zdobyło wiele prestiżowych laurów i wywołało publiczną dyskusję o konieczności wprowadzenia w niektórych regionach naszego kraju godziny policyjnej. Czy choćby określenia prewencyjnej strefy czasowej, podczas trwania której osobnicy płci męskiej – bez względu na wiek – będą mieli zakaz opuszczania swojego punktu zameldowania. Producenci krat i antywłamaniowych okien zacierali ręce.

Czy to odium całej tej afery sprawiło, że Marcel Wawrzyniec Szpak odwrócił się od próżności i zgiełku polskojęzycznego światka? Najprawdopodobniej. Bo o ile nie obeszła go jadowita anatema środowisk katolickich – Tomasz P. Terlikowski osobiście zjadł 4 egzemplarze „Oswojonego monstrum” podczas spontanicznego marszu nienawiści zorganizowanego w stolicy pod hasłem: „wara, psuju, od córek, bo urżniem ci ogórek” – to z pewnością do żywego dotknęła go reakcja niektórych z jego przyjaciółek ze szkolnej ławy, które za pomocą mało wybrednych aluzji, umieszczonych na jednym z popularnych portali społecznościowych, sugerowały, że Marcel Wawrzyniec Szpak był sprawcą kilku wymuszonych defloracji i łowcą bawełnianych gadżetów.

W odpowiedzi na medialny szlam Marcel Wawrzyniec Szpak przestał udzielać wywiadów, bywać na premierach i uczestniczyć w sesjach zdjęciowych modnych tygodników. Zmienił swój nip, pin i numer obuwia. Zaczął gotować. Założył blog kucharski i nazwał go: Memuar Konesera Kuchni Mieszczańskiej. Wolny czas wyzyskuje po temu, by kolekcjonować używane dildo, gromadzić chomiki, słuchać nagrań późnej Violetty Villas.

Czekałem 3 lata – i się doczekałem. To bonus od losu. I dowód na to, że jeśli chcesz naprawdę ziścić swoje marzenia, po prostu wyślij żarliwego maila i obiecaj zwrot kosztów podróży oraz darmową paszę. W moim przypadku zadziałało coś jeszcze – uświadomiłem mu, Marcelowi Wawrzyńcowi Szpakowi, że urodziliśmy sie tego samego dnia, 25 lutego, tyle, że on uczynił był to o rok później. W obliczu tak cudownej koincydencji Marcel Wawrzyniec Szpak nie mógł pozostać obojętnym i przyjął wreszcie moje zaproszenie. Obiecałem zafundować mu nostalgiczno-kulinarną jazdę po Łodzi z piątku na sobotę. Nie inaczej.

Ale oto i on. Widzę go. Jest godzina 18 z minutami, 3 grudnia, roku pańskiego 2010.  Właśnie przybył skład z Katowic. To już: stoi przede mną. Żywy, półtorametrowy, okutany, legenda, która opuściła wirtualny Olimp, by zmaterializować się na dworcu Łódź Fabryczna. Ustaliliśmy, że naszym znakiem rozpoznawczym będzie żonkil, który mam dzierżyć w przejętej dłoni. To był pomysł Marcela Wawrzyńca Szpaka. Ale skąd, do chuja, wziąć w zimę takiż kwiat? Zainstalowałem sobie w łapie zrolowany egzemplarz darmowej gazet Metro – i podziałało: poznał. A przynajmniej nie miał już większych wątpliwości.

– Łukasz Marek Mateusz Najder, jak mniemam? – spytał na powitanie.

– W istocie – odrzekłem. I zrewanżowałem się kurtuazyjnym, wycedzonym, obliczonym na efekt zdaniem oznajmującym: – Marcel Wawrzyniec Szpak, artysta, performer, smakosz.

Nie oponował, milcząc. Zaliczyliśmy hendszejka i miśka. Po czerwonych spojówkach Marcela Wawrzyńca Szpaka wywnioskowałem, że trasa była długa, a blanty krótkie. Po kolorze ubrania, że jego rodzinę często doświadczają pogrzeby. Spinałem się właśnie do kolejnej szczwanej konstatacji, gdy nagle z jelit śląskiego prozaika dobył się hurgot, który uświadomił mi, że Marcel Wawrzyniec Szpak od kilku godzin nie miał w ustach niczego poza dymem. We wnętrzu Marcela Wawrzyńca Szpaka hulał głód-kanibal i wpierdalał mu organy. Tak było, ni mniej, ni więcej.

–  Pozwolisz, że kupię coś pysznego? – zaproponowałem, by rozładować niezręczną sytuację wywołaną jego gastryczną gafą i moim niegościnnym zachowaniem.

–  Doprawdy, wstyd mi. Nie panuję nad swoją naturą jedynie z rzadka – skonfundował się Marcel Wawrzyniec Szpak i zagryzł dolną wargę. – Wyjdę na łasucha. Ale chętnie. Bo, jak słusznie zauważyłeś w swojej odautorskiej narracji, głód-kanibal wpierdala mi organy.

– A jużci! No widzisz! – radosnymi okrzykami zutylizowałem resztkę jego obaw i powiodłem go do najbliższej budki, czerwonego klocka z plastiku, ponad którym jarzył się szyld o treści: BAR. Z BAR-u ziało złem. Znaczy – jakąś ucieleśnioną formą zła, która pasła się na czarnobylskich łąkach, w następstwie czego padła i została pokrojona na kawałki. A potem podgrzana w mikrofali na 900 watach. Omiotłem wzrokiem menu. Marcel Wawrzyniec Szpak też omiótł. Wysoko ponad nami mocarne istoty zawiadujące energiami wszechświata robiły sobie wolne przed ekranem z mega kubkiem popcornu w garści. Niezła trzoda szła z niebios. Ziemianie mówią na to „śnieg”.

– Jako gospodarz co polecasz? – spytał mój gość. – Co sugerujesz na tak zwanego startera? – dodał z figlarnym błyskiem w przekrwionym oku.

– Darujmy sobie kalorie, a zaliczmy coś z klasyki, dobrze? – odpowiedziałem stanowczo i dwuznacznie niczym zarobiony polski biznesmen podejmujący brata z prowincji w tajskim burdelu.

– Więc? – dopytywał. A jego czarna kurtka, czarna kurtka Marcela Wawrzyńca Szpaka, nałożona na czarnego polara, otulającego czarna bluzę z logo Batmana na klacie, pod którą Marcel Wawrzyniec Szpak umieścił czarną, kurwa, jakżeby inaczej, podkoszulkę, a tę czarną, jakżeby inaczej, kurwa, podkoszulkę, Marcel Wawrzyniec Szpak wpuścił w czarne, tak, kurwa, czarne spodnie, które to spodnie zwieńczone były czarnymi skarpetami frotte i czarnymi buciorami na traktorze, a całość dopełniała para czarnych majtek na chudym zadku Marcela Wawrzyńca Szpaka, czego nie widziałem, a jedynie przeczuwałem na mocy praw statystyki i analogii, bo najważniejsze co wówczas zauważyłem, to to, że jego czarna kurtka, czarna kurtka Marcela Wawrzyńca Szpaka zapadła się w miejscu, w którym każdy człowiek ma brzuch. I to było wymowne.

Lecz wiedząc, że jeszcze wiele dobrego przed nami, tak w sensie perypatetycznym, jak i kulinarnym, nie mogłem dać się przekabacić własnym obserwacjom i cudzym procesom fizjologicznym. Po prostu nie mogłem. Bo ogarniałem jak to się skończy – obżarty, nafaszerowany ciężkostrawnymi fruktami Marcel Wawrzyniec Szpak zlegnie mi gdzieś i zapadnie w kimę. I tyle będzie z melancholijno-gastronomicznego tripa po zagłębiu polskiej secesji. Ni chuja.

Postanowiłem zatem, że na początek ufetuję go nie tyle posiłkiem, co krzepiącą esencją. Która, po pierwsze, da mu pojęcie o bukiecie łódzkich smaków i woni, a po drugie z lekka podtruje głoda-kanibala, który – chrum-chrum-chrum, szło nadal spod bawełnianych warstw czerni – wpierdalał mu organy. Wybrałem żurek. Co to go teraz każdy z czytających wyświetla jako „ej, kurwa, też mi coś” i jednorazową aromatyczną czarkę, z której siorbał na weselu u siostry Dagmary. Ale żurek z Fabrycznego jest inny. Jego skład utrzymuje się w sekrecie – przekazywanym z pokolenia na pokolenie w obrębie tylko kilku starannie wyselekcjonowanych familii, wieloletnich podnajemców lokali gastronomicznych na tym dworcu. Nic dziwnego. Przy nim ryba fugu to karotka w opakowaniu 0,2l. Nim dziwki z Kościuszki płuczą sobie usta po ostatniej lasce, taryfiarze na nocnej zmianie zapijają drugą ramkę ukraińskich marlboro, somnambulicy z cuchnącym łajnem w ustach, dzięki niemu jakoś przetrzymują do rana zgorzelowe bóle w trzonowcach. Po niego podjeżdżają gliniarze, gdy wejdą na kwadrat, w którym czekał martwy od trzech tygodni klient. Żurek z Fabrycznego często robi za ostatnią pożegnalną wlewkę zahartowanych kolesi z Chojen i Bałut, których nie ima się już ani Fioletowa Wróżka, ani rozpuszczalnik, ani spirytus przemysłowy. Żurek z Fabrycznego – Adolf Hitler w płynie.  

Opieram się o kontuar i rzucam w głąb tętniącej wonnej czeluści:

– Pani Reniu, to ja dwie sztuki poproszę. Dla mnie i dla kolegi ze Śląska, Marcela Wawrzyńca Szpaka. Żurku.

Pani Renia to wpierw zad, a potem brzuch i wyciągnięte ręce, w których dymią żurki. Płacę i wraz z Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem udaję się na zaplecze BAR-u, by tam, w ciszy i mroku, zaznawać transgresji. Upijam łyk i gotuję się na pierdolnięcie. Marcel Wawrzyniec Szpak nierozsądnie wrzuca w siebie całość. No tak. Na efekt nie trzeba za długo czekać. Nie wiem, czy któryś ze znanych mi literatów byłby w stanie za pomocą 32 znaków alfabetu oddać mozaikę emocji, która zawładnęła twarzą Marcela Wawrzyńca Szpaka. Ja też sie tego nie podejmę. Na szczęście miałem ze sobą komórkę – a w niej aparat i 3,2 miliona pikseli. Pstryk.

Po półgodzinnej reanimacji Marcela Wawrzyńca Szpaka rozdaliśmy sobie po fajce, a potem odbiliśmy po nalewce. Ja tradycyjnie – z łokcia. Marcel Wawrzyniec Szpak awangardowo – podgrzał korek zapalniczką i zzuł go jak kondom po akcji. Nie bacząc na zimno, usiedliśmy na murku i jęliśmy wymieniać się uwagami o charakterze ogólnym. Kraj, zagranica, pikujące zarobki, niebotyczne stawki u dilerów. Marcel Wawrzyniec Szpak zwierzył mi się wówczas, że tak naprawdę chciałby mieszkać w Krakowie. Tak, tak, wzdychał. Baunsować na recitalach grupy rockowej „Pod Budą”, łapać Grześka Turnaua za połę surduta, wywoływać widmo Piotra Skrzyneckiego i wypytywać go o obyczaje aniołów, spijać grzańce z goździkami w knajpkach na Rynku, tańczyć na golasa na Brackiej, hasać z sunią Świetlickiego po Plantach, mieć dozgonne prawo do przymiotnika „mieszczański”, namówić mieszczańską córę do mieszczańskiego seksu w kamieniczce, której nigdy nie zbrukała cuchnąca stopa Hindusa czy Masaja – tylko my, songi Anny Szałapak i lateks.  

– Niech to chuj, nie jestem z Krakowa – rzucił przed siebie i pociągnął z gwinta.

Musiałem jakoś ratować sytuację, bo z kontorsji i chylącego się profilu wywnioskowałem, że gotów jest zrobić ze sobą coś naprawdę niedobrego i makabrycznego. Rzucić się pod pociąg. Odpalić z empetrójki Budkę Suflera. Albo zamówić następną kolejkę żurku.   

– Powiedz mi, dokąd mam cię porwać? Do Yamato na najlepsze sashimi na zachód od Tokio? Do Kur na Dachu na swojskie zrazy? Do Tagore na sznycel z soi. Do Ziemiańskiej na sarninę w rydzach. A każdy z rydzy jędrny i soczysty jak łechtaczka Miley Cyrus – mnożyłem propozycje i azymuty, byle tylko wyrwać go z samobójczego stuporu.  

Milczał, kurwa. Rozpacz przejęła megafon.

– A może jak normalni biali faceci opierdolimy hambaksa na rogasie?  

To go wreszcie ruszyło. Ruszyliśmy więc. Do miasta. Wzdłuż całodobowych garkuchni i pomrukujących w oczekiwaniu taksówek. Mając za plecami najbrzydszy dworzec na planecie, a przed sobą – najbrzydszy na planecie widok: Łódzki Dom Kultury, hotel Światowid, poobgryzane kamienice. Umówmy się – Łódź z perspektywy Fabrycznego to Tirana. A w grudniu – to Tirana w grudniu.   

Na sekundę przed wniknięciem w lepką i cuchnącą ciemność przejścia podziemnego pod Kilińskiego, o kilka stopni przed zejściem w niższy rejon Tartaru, gdy wreszcie dotarło do niego, gdzie on tak właściwie dotarł, Marcel Wawrzyniec Szpak wpatrzył się we mnie i zapytał, czy na pewno nic nam nie grozi. Bo słyszał sporo. Dzieci w beczkach, kibole na przystankach, Żydzi w głowach. Nie korzystać z karetek, omijać imprezy masowe. Szczury w centrum, mutanty na peryferiach. Polski Harvey Lee Oswald w siedzibie PiS-u. Hermetyczna gwara w obiegu: migawka, pavulon, krańcowka. Więc jak?

Odpowiedziałem mu najlepiej i najszczerzej jak umiałem:

– Palce na spust i za mną.

 

cdn.

  1. mrw pisze:

    Ha! Teraz wiem co znaczy „W” w Marceli W. Szpak!

  2. castironmaiden pisze:

    ja pierdole, jakie to dobre. dawaj sikłela, ale migiem

  3. Barts pisze:

    What the fuck have I just read?

  4. Łukasz pisze:

    @ mrw

    Poczekaj, to jeszcze nie jest to najgorsze czego o nim nie wiedziałeś.

    @ castironmaiden

    Nekst sandej.

    @ Barts

    Koming ałt Wawrzyńca. :)

  5. bart pisze:

    Przeczytałem to od końca i też fajne.

  6. Łukasz pisze:

    @ bart

    O! Ciekawe. Bo programowane na działanie w obie strony nie było.

  7. Nachasz pisze:

    Umarłem.

  8. Łukasz pisze:

    @ Nachasz

    Bardzo proszę o reanimowanie się. W najbliższa niedzielę – cdn. Lasery, fetysze, akty przemocy.

  9. kolega Tetrix pisze:

    Vater Redaktor powiada „perypatetycznego”. Ale poza tym, to powiem tyle: nekst sandej to se możesz zrolować i zaaplikować, społeczeństwo chce mieć sequela już i natentychmiast!

  10. Kiziulek Alfa pisze:

    Ale dlaczego nekst sandej? Bo adwent i reglamentacja przyjemności? Czy bo się autorowi nie chce tyłka usadzić przed komputerem i zaspokoić głos ludu?

  11. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix, Kiziulek Alfa

    Bracia w literaturze, potrzeba czasu i strefy spokoju wokół siebie. A to tylko do osięgniecia w weekend. Co wy? Do pracy nie chodzicie i nie wracacie wyzuci? Z kobietami się w tygodniu nie musicie zadawać?

  12. Łukasz pisze:

    @ Kiziulek Alfa

    Wybacz, siostro. :)

  13. Kiziulek Alfa pisze:

    Z kobietami to jakby mniej. No i pracę mamy niedochodzącą.
    Trudno, zęby na kołeczek, poczeka się.

  14. urbane.abuse pisze:

    Mniammniam. Mniam.

  15. Nachasz pisze:

    @Łukasz
    Bardzo proszę o reanimowanie się.

    Już wszystko w porządku. Jaszczura o moim poziomie gęstości nie tak łatwo zdeanimować.

  16. Jack the Lurker pisze:

    MOAAAR!!!