Być jak Janusz Głowacki

Posted: 7th grudzień 2010 by Łukasz in biblioteka

Właśnie – być ja Głowa. Pisałem już o tym kilkanaście stopni Celsjusza na minusie temu. Ale teraz chce powtórzyć i rozwinąć. A przede wszystkim wyjaśnić, że u mnie „być jak Głowa” znaczy wyglądać jak Głowa, ruszać się jak Głowa, mówić jak Głowa. Mieć jego mimikę i notes z telefonami. Odchodzić z padołu jako Głowa. Zgorzknieć i marszczyć się tak jak on. Żaden z rodzimych literatów nie ma równie sugestywnego fizys. Bo niby kto ma mieć? Zagajewski, który już za życia wygląda jak odlew? Tłusty kocur Świetlicki? Rozpulchniony Pilch? Janusz Rudnicki, co prawda, wymiata po mistrzowsku i daj boże tak każdemu, ale czy on się wam nie widzi jako słowiańska rozcieńczona wersja Woody’ego Allena? Mnie się widzi i to bardzo. Na tyle, że w jego towarzystwie automatycznie rozglądam się za jakąś uległą skośnooką pasierbicą. Więc kto? No nie ma takiego. Można się od biedy posiłkować fotami genialnych nieboszczyków, ale to nie to samo. Tak, robią wrażenie. Podpompowane lekami maski Gombra, Auden z obliczem jak ścierka, Nabokov na okładce pierwszego wydania „Ady”, zrelaksowany diabeł, który ogarnia jak wielki gag wyrządził światu. Lecz przedstawicieli sterylnych ateistycznych zaświatów dyskwalifikuje w moim prywatnym rankingu jeden istotny detal: od jakiegoś czasu nie bywają na targach książki.

A Głowacki bywa. I to jak bywa. Kraków, listopad. Wijący się wokół jego stoliczka wąż z żeńskich ludzi. Groupie z różnych grup wiekowych. Głowacki to jedyny znany mi polski ponadsiedemdziesięciolatek, który u kobiet wywołuje uczucia inne niż samarytańskie. Z boku wyglądało to na nieświadome odtwarzanie jakiegoś zapoznanego rytuału z epoki przedinternetowej. Mrukliwy kolos, wylewne służki. Po kwadransie przyjmowania darów i wywdzięczania się autografami blat przed Głowackim obrósł hubą kwiatów, ozdobnych flaszek, bombonierek Mieszko. A przecież nie wiadomo ile intymnych suwenirów utaiły kruche rączki między tymi na pozór neutralnie miłymi wyrazami szacunku. Jadalna bielizna zadekowana w pudełeczku po pralinach. Numer komórki wygrawerowany obok kokardy. Apaszka nasycona naturalnymi kroplami. Głowacki kładł na wszystkim łapę i uśmiechał się przy użyciu lewego kącika ust. Obojętny, syty, elektryzujący. Zachowywał się jak Głowa.

A że ostatnio wydał nową książkę, to pałęta się po tefałenach i rozczula mnie jeszcze bardziej. Patrzę na niego i się zastanawiam, ile trzeba wyprodukować cynicznych fraz, cwaniackich grepsów, użytkowych komplementów, żeby osiągnąć na twarzy taki trwały efekt. Zblazowany witalny starzec. Diler nosowych kwestii, które wydziela oszczędnie i w odpowiednim momencie. Były rozpustnik. Kolo, po którym znać nowojorskie lodowate poranki i nocne wlewki na Pradze. Zjazd w kurewsko pięknym stylu.

„Good night, Dżerzi” to świetna kompletna książka.

  1. peek-a-boo pisze:

    To chyba zaczne czytac. Choc mialam przeczekac jak wszyscy zapomna i wtedy wyrzucic z półki. A w TVN Pana G nie zdybalam, za to kiedys w radiu.

  2. Łukasz pisze:

    @ peek-a-boo

    Czytaj, czytaj. Polecam „Good night,Dżerzi” z czystym sumieniem. Mocna szczera rzecz, świetna stylistycznie i cierpka w smaku.

  3. bez_portretu pisze:

    fizys to ma jeszcze stasiuk /westch/ . ale tej kurewskiej aury mu brak, to prawda. chociaz wlasnie ten brak moglby zostac uznany za wyzwanie…

  4. Łukasz pisze:

    @ bez_portretu

    No tak, Stasiuk jest twarzowo charakterystyczny. Ale to inna kategoria – Głowacki to wyleniały lew, sybaryta, Petroniusz z Manhattanu, a Statiuk to bardziej ampluła bohatera ze Stachury, zielona kurtka, jutowy worek na plecach, samotne trzytygodniowe wypady w dzicz.