Szpakoiada

Posted: 12th Grudzień 2010 by Łukasz in beatyfik(a)cje, socjeta

Szpakoiada,

albo dramy podstarzałego celeba,

albo Łódź jest dekadencka i zdegenerowana vol.2

 

Wszyscy szczęśliwi celebryci są do siebie podobni, każdy nieszczęśliwy celebryta jest wydymany na swój sposób. Nie inaczej było z Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem.

Gwoli uściślenia – nieszczęśliwy celebryta to były celebryta. Najgorszy status z możliwych. Coś jak radioaktywna plotka o łowieniu żywych chłopięcych pocieszek na Dworcu Centralnym, publiczne oskarżenie o jumę z fundacji „Gasnące oczy Mariusza”, film na tubce, na którym obcujesz z prochami jednego z powinowatych, licealne zdjęcia z wąsami i w bluzie z kreszu. Wstyd po całości. Tatuaż „h u j” na czole, którego nie zniesiesz żadnym pumeksem.

Na tym polega, kurwa, dramat. To jest tragedia założycielska wszystkich postaci z szoł-bizu – że nie ogarniają momentu, gdy nadchodzi koniec. Eksceleb nie wyczuwa, że stał się passe. Niby ci sami ludzie wokół niego emitują uśmiechy o takim samym rozwarciu co kiedyś, wciąż wpadają zaproszenia na otwarcie Studia Ceramicznego czy piątą rocznicę ekskluzywnej marki kosiarek spalinowych YLAKA, nadal zdarza mu się puknąć hostessę, zaliczyć jedynkę w tabloidzie, ściągnąć ze stołu rolkę darmowego sushi. Lecz to już nie to. Teraz to tani remake sutego oryginału. Nieznana siła właśnie zamieszała w jego polu – drgnęło w układzie i wyrzuciło go poza. Zdezaktualizowałeś się, bracie, jak kaseciak.   

Ani się obejrzałeś, jak wszyscy zaczęli kręcić z ciebie beczkę. Przed chwilą sunąłeś windą na ostatnie piętro w Kulczyk Tower, niuchałeś rozgotowaną w temperaturze imprezowej melaninę Krzycha Ibisza, kąsałeś sutki finalistek You Can Dance, a teraz machasz łapą z estrady na Święcie Chleba w Kostomłotach. W zeszłym tygodniu rzucałeś grząskie womity na stópki w butach od Manolo Blahnika, a dziś musisz przeliterować swoje nazwisko ogrowi na bramce w klubie Extaza. Telefon milczy, mail nie chodzi. Kontent sunie przed twoim nosem i pokazuje smukłego fakulca. Przykre poranki bez wzwodu, dołujące wieczory z Red Tubem. Zostają ci rozterki wydymanych polskich idoli: dlaczego? jak mogło do tego dojść? i gdzie jest, do chuja, Nina Terentiew?     

– Dlaczego? Jak mogło do tego dojść? I gdzie jest, do chuja, Nina Terentiew? – sarkał z pasją Marcel Wawrzyniec Szpak, gdyśmy ramię w ramię cięli mrok przejścia podziemnego pod Kilińskiego. Górą grzały tramwaje, a że grzały w obie strony, to strop nad nami grzechotał i, tak sobie pomyślałem, kurwa, niech pogrzeją jeszcze chwilę, to pogrzebie mnie tutaj z Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem, a podkładem na odejście z padołu będą te dwa słowa: Nina Terentiew. Hasło do piekła dla puszystych i w różowym.

– Już lepiej umrzeć. Tak, to jest jakieś rozwiązanie. Lepiej być martwym celebrytem niż celebrytem przedawnionym – lamentował dalej Marcel Wawrzyniec Szpak, a mnie z wolna zaczęła nużyć ta jego emocjonalna wylewka, ten rzyg spod serca, ta nadprodukcja żółci, która ściekała mu z ust pospołu z owocową aurą zaliczonej kwadrans temu nalewki. Ten jednak ciągnął niezrażony:

– Samobójstwo? Nie, Kosiński wykorzystał już całe dekorum. Czym można po nim zaskoczyć? Autodestrukcja odpada. Dobry natomiast jest zgon w opuszczeniu i upadku. Jedziesz wtedy na litości. Ludzie znowu cię kochają. A nawet jeśli nie do końca, to przynajmniej łapiesz się na jakieś inne cywilizowane uczucia: zawiść, radocha, satysfakcja, że patrz, jak fikał, a jak skończył. Zwizualizuj sobie te nagłówki: „Zjadły go własne koty. Miał ich 317!”, „Szok! Niegdysiejsza gwiazda literatury zapasła się na śmierć.” Ale ja mam alergię na kocięta i tłuszcze z Tesco. Sam więc widzisz, nie jest lekko. W mojej sytuacji idealny byłby wypadek. Nie, nie, wypadek. Katastrofa, udział w apokalipsie transmitowanej przed media. Oby narodowej. Potężna kula ognia nad horyzontem i ja wewnątrz tej kuli. Przejść do historii jako ofiara lotu S98, uczestnik mega karambolu na krajowej trójce, topielec skonsumowany przez rekiny na Morzu Południowym. Tylko tak można się zrehabilitować, wrócić w wielkim stylu. Swoja drogą, co za czasy, że nawet zdechnąć należy w oryginalny sposób. Ale fakt faktem – śmierć robi najlepsze foty.

Miotały mną sprzeczne uczucia. Oczywiście nadal żywiłem respekt wobec jego dzieła i byłem rad, że zjechał tu w gości. Ale z drugiej strony – jakże okrutnie teraz jebał. Sławni ludzie tyle tracą, gdy są o pół metra od ciebie. Już mi nie biega o zewnętrzność, która zawsze rozczarowuje, bo jak ma nie rozczarowywać, skoro w relacji ryj w ryj nie działają filtry Fotoszopa, ale o obejście. Był taki zwykły. Marcel Wawrzyniec Szpak to zwykły ktoś. Delikacik, hipochondryk, płaczliwa miękka faja, która roztkliwia się nad sobą. Wyobrażałem sobie kolosa, intelektualną Godzillę, a dostałem znerwicowanego skrzata. Za kompana miałem kolesia w proszku. Miast plwać z wysokości na chamskie zagrywki losu i z pułapu Eteru polewać napalmem ironii te wszystkie śmieszne figurki z medialnego kółka wzajemnego lansu i felchingu, on żałował, że dalej nie uzyskuje od nich lajków. Mógł chrupać transgeniczną ambrozję, a nie umiał przeboleć straty doczesnych splendorów. Może jednak niesłusznie aż tak źle go oceniałem? I gdybym i ja wpierw dysponował takim blingiem jak rozpoznawalność i przyjaźń laureatów Róż Gali, a potem by mi te cacka znienacka odebrano, to czyniłbym podobne Marcelowi Wawrzyńcowi Szpakowi histerie? A może, kto wie, i jeszcze gorsze i bardziej żenujące?

Bo przecież po publikacji „Rozporcjowanego pasierba” dryndał do niego sam Henryk Bereza. Dawał, co prawda, tylko głuche, ale i tak świadomość, że Ów o nim wie, i, więcej nawet, chce nawiązać z nim łączność, nawilżała ego Marcela Wawrzyńca Szpaka warstwą grubą na palec. Czytelnicy go uwielbiali, krytycy kłaniali mu się w pas. Zjednał sobie żarliwą sympatię bibliotekarek i innych wykluczonych grup społecznych. Stał się ulubionym fetyszem hurtowników księgarskich płci obojga. Czy aby zasłużenie? – podpytywali nieliczni anonimowi zawistnicy. Absolutnie tak – odpowiadały masy i formowały kolejki do kas.

„Rozporcjowany pasierb” schodził jak świeże baty. „Granie migdałem” wykosiło konkurencję na liście bestsellerów i zrobiło rekord w dziale poezja rodzima. W rok sprzedano 17 sztuk. Wydawca zapowiadał szybki dodruk. „Oswojone monstrum” zatrwożyło umysły starców i wzburzyło organy u młodych. Nastolatki zarywały noce i poświęcały dnie, byle tylko wniknąć w ten dziwny pokręcony świat made in Marcel Wawrzyniec Szpak. Fascynujące i smutne doświadczenia chorzowskiego sukkuba na stałe wprasowały się w pulę ich doświadczeń. Protagonista „Oswojonego monstrum” awansował w ich prywatnym rankingu bóstw na miejsce pierwsze, wyprzedzając tym samym Che, Justina Biebera, Jana Pawła II i metroseksualne wampiry. Uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów wystosowali petycję do ministra oświaty, w której domagali się rychłego osadzenia „Oswojonego monstrum” na liście lektur obowiązkowych. W tej intencji organizowano afirmujące manify, strajki głodowe, spontaniczne demolki pokojów nauczycielskich. Znawcy popkultury mówili o fenomenie, katolicy – o zapowiedzianym w Księdze Izajasza fatum, które ziszczało się na ich oczach w postaci szatańskiej perwery infekującej dziewiczych i bezbronnych. Z ambon ogłaszano bulle przeciw Marcelowi Wawrzyńcowi Szpakowi. Telewizyjni moraliści, ci Torquemadowie w rozmiarze 3XL, pozycjonowali jego dzieło gdzieś pomiędzy aborcją a zoofilią i przekonywali widzów, że czytanie „Oswojonego monstrum” to tak naprawdę dopiero początek ścieżki występku – jej logiczną konsekwencją będą zaś odrażające choroby weneryczne, filmy Almodovara, eutanazja obojga rodziców. Radio Maryja zainicjowało cykl popołudniowych modlitw na antenie, w trakcie których grupa niewiast w wieku nieprodukcyjnym suplikowała o uratowanie przed ogniem piekielnym tych dziewcząt, które paradowały po ulicach w t-shirtach z napisem „sama-go-wpuściłam”. Tomasz P. Terlikowski, jak się już rzekło w poprzedniej części poematu, w akcie protestu samodzielnie zjadł 4 egzemplarze „Oswojonego monstrum”. I to bez zapojki. Piątego – i następnych, ułożonych w motywujący stosik – nie zmógł, tłumacząc że niepokoi się o swoją kondycję psychofizyczną, która może nie podołać zawyżonej ilości lewacko-permisywnego jadu. Marcel Wawrzyniec Szpak zazwyczaj okazywał pogardę wobec aż tak ordynarnych zjawisk i zjebów. Jednakże i jego dotknęły niektóre z uwag, konfabulacji i supozycji. Po prostu – on, wrażliwiec, artycha, zdeklarowany esteta nie pojmował, jak można było nie dostrzec piękna w somnambulicznych perypetiach oswojonego monstrum, tego chłopca o dłoniach z ciepłego wosku, amatora cudzych dormitoriów, tego wycofanego łagodnego potwora, który nie wadził nikomu i nie krzywdził nikogo, a wyłącznie folgował słabości do pogrążonych w komie śląskich królewien. Niejako przy okazji tych wszystkich boomów i zadym Marcel Wawrzyniec Szpak zarobił krocie na swoich książkach. 

Wtedy właśnie zaczęło się o niego upominać uniwersum pism kolorowych, wiodących tok-szołów i wielkomiejskiej socjety. Marcel Wawrzyniec Szpak wpadł po uszy. Wydawał się naturalnie impregnowanym na próżności i blichtr, a jednak im uległ. Zmienił się, jego osobowość wrzuciła na masę. Zaczął robić nietypowe rzeczy. Uwielbiał, na przykład, zaglądać na swoje konto i na głos odczytywać „uznania konta”. Drżał z rozkoszy, gdy obcy ludzie poznawali go na stacji benzynowej, a obce kobiety ulegały mu w przeciągu kwadransa. Te, które znały go wcześniej potrzebowały pięciu minut. Zaskarbił sobie życzliwość wpływowych środowisk i poklask awangardowych marginesów. Był wszędzie. Znienawidzony, czczony, sprzedażny.

– Czy wymagałem nadto? – hamletyzował Marcel Wawrzyniec Szpak na finiszu naszej chtonicznej rundy. Byliśmy o krok od wyjścia. W nozdrza wjeżdżało świeże powietrze. – Chciałem wieść normalne zepsute życie. Być uprzejmym pasożytem. Posiadać dwukondygnacyjny dom z basenem i parkę dzieci o groteskowych imionach. Syna i córeczkę. Bakłażan i Marihuana. Rozważałem także Krosta i Rzepichę, ale staropolskie miana nie są trendy od kilku sezonów. I nagle wszystko się skończyło. Game over. Zrobili mnie w chuja. By nadać temu jakiś wyższy aluzyjny sens, powiem tak: ktoś musiał zrobić doniesienie na Marcela Wawrzyńca S., bo pewnego dnia przestano się nim interesować.

Kończ już, kurwa, pomyślałem. Ile można? Nie miaucz, nie męcz. Ale na głos wyrzekłem: – To musiał być cios dla ciebie, Marcelu Wawrzyńcu Szpaku. Obrotówka w splot słoneczny. Cała zgraja Brutusów.

– Daj spokój, Łukaszu Marku Mateuszu Najderze. To gorsze, niż wiadomość, że jest się nieślubną wpadką Kazza Marcinkiewicza. Tak mnie potraktował pieprzony lajf. Gigantyczny laser między poślady. Teraz mogę tamtędy aranżować transfery tirów na wschód. – wyrzekł i zamilkł, a potem jął na powrót jojczyć. – Ale wiesz, co jest najgorsze? Najgorsze gdy cię już nie zapraszają, nie piszą o tobie i nie proszą o autograf na wzgórku łonowym? Wiesz? Nadzieja, że to chwilowa przerwa w dopływie blasku. Że mrok nad tobą jest przelotny. Że to zmierzch, po którym nastąpi nowy wonny dzień. Dopiero potem dociera do ciebie, że to zamknęło się, kurwa, wieko.

Wyszliśmy. I wbrew defetystycznej nawijce Marcela Wawrzyńca Szpaka blask wrócił. Syntetyczny, póki co, bo lejący się z lamp i okien, ale jednak. Wokół biało – jakby przed chwilą wpadła tu w poślizg i się rozpękła furgonetka z ładunkiem z Juarez. Konwój takich furgonetek. No i pusto raczej. Łodzianie o tej porze siedzą w domach i oglądają Polsat. Ja patrzyłem na Marcela Wawrzyńca Szpaka. On tępo zoczył przed siebie. Wciąż przeżywał swoją katastrofę. Musiałem go czymś zająć. A że uszliśmy już ze 200 metrów od Fabrycznego, to może papierosa?

– Może papierosa? – rzuciłem propozycją.

– Chętnie – przytulił ją skwapliwie.

Znaleźliśmy sobie bezpieczną wnękę na Traugutta i spoczęliśmy na schodkach, które pięły się do sklepu zoologicznego „W pytę fretka”. Za drzwiami doń wiodącymi było cicho. Zwierzaki albo drzemały na jakimś farmakologicznym rauszu, albo struchlały, wyczuwając karmę Marcela Wawrzyńca Szpaka. Nie bacząc, że nasiadówka na lodowatym kamieniu anusem nam zapewne wyjdzie, zalegliśmy jak waszmoście. W dolnych partiach mego ciała, na końcówka psyche, formowała się już hemoroida wielka jak grapefruit. Ale co tam. Ziom potrzebował wsparcia, ludzkiego mięsa obok, rozmowy. Jednak ni stąd ni zowąd urodził się między nami dylemat natury filozoficzno-prawnej, który skutecznie zaburzył proces czerpania przyjemności z rozżarzonych włókien tytoniu. Bo wszak po 15 listopada 2010 nie jarasz już w Polsce fajki jak chwat, nie jarasz.

 – A wiesz, że palacz to czarnuch tego świata? – zagadnąłem Marcela Wawrzyńca Szpaka.

 – Wiem – odparował zwięźle między jednym głębinowym sztachem a drugim.

 – Więc zdajesz sobie sprawę, jakie to wytwarza dla nas konsekwencje społeczne i kulturowe – szczułem, podjudzałem, bodłem.

 –  Ja. Spoko. Bierzemy odium na klatę i jaramy dalej – pociągnął Marcel Wawrzyniec Szpak niczym profesjonalny polityk w obliczu szczególnie zajadłej klęski żywiołowej. Dobrze pociągnął.

Skutkiem czego siedzimy jak, nie przymierzając, te dwie czarne dziwki, co to czekają aż wróci Tatusiek, odbierze gotówę i podgrzeje folię. Nikogo jednak. Marzniemy. Bestie w zoologiku nadal wstrzymują oddech. Sobota się zużywa. Rozwibrowana od basów beemka mija nas i ja to biorę za zły omen. Poprawiamy kolejnym szlugiem. Siedzimy.

Wtem Marcel Wawrzyniec Szpak wyskakuje jak Filip z konopi i kropi taki oto manifest:

 – Słuchaj, ta opowieść siada.   

Fakt. Narracja zwiotczała. A my siedzieliśmy.

 – Nieźle żarło, ale zdechło. Zdziwiony? Chyba nie sądziłeś, że z doraźnego dissu na Izę Nataszę Czapską wygenerujesz sobie rozbudowaną fabułę i intrygę, która frapuje. Personalne ataki, środowiskowe aluzje i kumpelskie wice są kulą u twojej autorskiej nogi. I jeszcze te koszmarne uwagi o żarciu. Daj spokój. Zamiast udawać Magdę Gessler, a jest to i tak w naszym przypadku niewykonalne, bo nawet razem wzięci, nie mamy tylu włosów co ona, weź się w garść i przejmij klawę. Sugeruję chyże przesterowanie priorytetów i przeniesienie środka ciężkości z hermetycznego żartu na kwestie natury ogólnej: Łódź by night, glątwa trzydziestokilkulatków, terror. Uwolnij się od kontekstu, pisz na własny rachunek. Odwróć bieguny. Zróbmy z tego postironiczną „Podróż za jeden uśmiech”, Wergiliusz i Dante na pigułach w industrialnym infernum, Raoul Duke i doktor Gonzo na piechotę, dobrana para autsajderów, która snuje się po Piotrkowskiej i zamiast się szpikować radykalną chemią, od czasu do czasu zarzuca coś kalorycznego w budkach i klubach. Efekt ten sam – halucynacje, zjazd, niekontrolowane spawanie otoczenia – ale jest szansa, że nas nie zamkną. Oni ganiali za Amerykańską Mrzonką, my poszukamy Człowieka z Krakowa. Tej mitycznej istoty, jednorożca pośród loch, unikatu w tej proletariackiej okolicy. A jak ci wątek galicyjski, prawda, nie pasi, to możemy od biedy zawsze poszukać źródła polskiej paranoi. Łódź – serce pisowskiej demagogii, mózg odpowiedzialny za tłoczenie smoleńskich teorii. Jak i to nie leży, to może jakaś wzruszająca historia o życiowych rozbitkach? Recykling klasycznego tematu, ja, szczwany George Milton, ty, Lennie Small, kolos o niskim iq, który lubi zaciskać łapę na wszystkim co miłe i miękkie?   

 – Ejże, nie bądź taki cwany, Marcelu Wawrzyńcu Szpaku – próbowałem stawać okoniem wobec jego błyskotliwego wywodu. 

 – No i skończy z tym Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem. Było zabawne przez pierwsze 120 razy. Pora przejść na ty. Jestem Szpak, albo, kurwa, Marcel, albo, kurwa, „Maczeta”, i lubię snuffować.

Szpak, nie mniej nie więcej. Szpak jechał swoje.

 – Zradykalizuj przekaz! Więcej wykrzykników, mniej pięciosylabowych wyrazów! Wtedy jest szansa, że wykroisz sobie mocną powieść pokoleniową. Tylko uważaj, nie za dużo ontologicznego pierdolenia i skrupułów, bo se uczynisz Zanussiego z tekstu.

 –  Ha! Zróbmy to. Jebać kulinarne bedekery – parskałem w euforii. Szpak zadziałał. – To się może udać. Kurwa, naprawdę. Jako postać masz potencjał. Może wygląd trochę nie teges, ale co tam. Stefan Dedalus miał szczątkowe uzębienie i nie mył się od miesiąca, a jakie wrażał riposty.

 –  No. Tyko zadbaj o mnie trochę a nie tak jak dotąd. Zrobiłeś ze mnie smętną ciotkę. Wywlokłeś „Wawrzyńca”. Domagam się choć trochę szacunku i alkoholu o dwucyfrowym woltażu. Mogę zasuwać jako zblazowany celebryta i pisarz, który zeszedł z trasy światła. Ty będziesz za psycho-fana, który zwabił idola do rodzinnego miasta. „Ani się obejrzał jak ta z pozoru niewinna wizyta przerodziła się w morderczą grę o najwyższą stawkę. Marcel Szpak odkrył w kieszeni Łukasza Najder wymięty egzemplarz <Buszującego w zbożu>. W mgnieniu oka powiązał ów fakt z nadwagą Najdera i okularami, a także z serią jego żywiołowych wyznań o skomplikowanym dzieciństwie. Panika rozeszła się po trzewiach Szpaka.” Co ty na to?

 – Gites-majonez. Dawaj, wstajemy – zakomenderowałem. Byłem już rozgrzany i rześki. Szpak nieco zesztywniał w trakcie palenia i dekomponowania mi utworu, ale po chwili i on był gotowy do akcji. Czekał nas długi trip. Śnieg sypał, miasto nie spało. Dochodziła 20. Dziewczyny jechały do centrum. Mówiłem.

 – Oprowadzę cię zatem po bliskich mi miejscówkach. Pokażę ci Łódź od tylca. Pociągnę przez rejony, w których działa Cthulhu. Zajrzymy do kultowych knajp i oldskulowych barów. Zaznamy prawdziwego łódzkiego andergrandu – tajnych igrzysk swingersów, oficjalnych dyskotek pracowników Urzędu Miasta. Posmakujesz ludziny na słodko i łykniesz żeńskiego osocza. Swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem wywołamy ciąg efektownych aktów przemocy. W rezultacie czego będą nas gonić zombie, faszyści z siłowni i Adwentyści Dnia Siódmego. Na koniec wrócimy do początku i nawiedzimy ulicę, na której się wychowałem. Klimat wczesnego Wodeckiego i późnego Rycha Peji. A wszystko w oparach kabulskiego haszu i przy wtórze naszego zwierzęcego śmiechu. Oczekuj najgorszego. Wchodzisz w to?

Nawet na mnie nie spojrzał. Co oczywiste jest oczywiste. Ruszyliśmy w kierunku dźwięków i świateł.

  1. Barts pisze:

    No jak teraz rozumiem kontekst, to samo piekno i dobro.

  2. kolega Tetrix pisze:

    Ciut za dużo ciasta w frazie, ale to tylko zarzut pro forma, dla wprawy. Jak rozumiem, sikłel nekst sandej? Bo oficjalna dyskoteka pracowników Urzędu Miasta („Kropeczka”, dare I hope?) pojawić się MUSI!

  3. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Senkju bardzo.

    @ kolega Tetrix

    Co wy, Tetrixie, nie lubicie ciasta? No przecież ja sobie dopiero kalibruję pióro. To jeszcze nie skalpel. Lepiej jak jest ciut więcej – można ująć potem bez bólu. :)

    Raczej po świętach będzie emitowana reszta. Nie dam rady, bo mi doczesności zaburzają odbiór energii z kosmosu. Jak i trzeba parę recek wlepić.

  4. kolega Tetrix pisze:

    Ja tylko czuwam, żeby nadmiar się nie powiększał, bo dalej grożą kremówki papieskie, a to już droga bez powrotu. Czego dowodzi Cezary Michalski.
    Also, tak w ogóle, gdyby znalazł się do tego rysownik, ja tu widzę andergrandowy przebój, że Śledziu się chowa i Minkiewiczowie też.

  5. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Właśnie! Tetrixie, nabywam tę ideję za 10% z puli za sprzedane egzemplarze. No może za 5%. Ale mysl zacna – niech się tylko znajdzie śmiałek co zglątwiałego Szpaka odrysuje. :)

  6. kolega Tetrix pisze:

    Są precedensy.
    OBŁY DO TABLETA!!!!