Zygmunt wraca

Posted: 31st Grudzień 2010 by Łukasz in biblioteka

Że po świętach i wciąż w urlopowej dyspensie, więc mogę do woli używać. Używam zatem. Za oknem mróz i mrok jak w Skandynawii, tylko uhahanych blondynek jakby mniej na mieście. Cicho, na dodatek. Dwa tysiące dziesiąty finiszuje u nas w milczeniu. Tutejsi chłopcy nie odpalają rac i nie dudnią karbidem. Dziewczęta trzymają palec na ustach. Spokój peryferii. Feerie w pokoju. Ghostpoet rozchodzi się w powietrzu jak gaz.

Już miałem sobie odpuścić wszelkie wyczynowe recenzje i przez najbliższy tydzień niezobowiązująco dryfować od książki do filmu i od filmu do gierki, gdy wtem i raptem jakiś złośliwy demon namówił mnie na lekturę „Lat walk ulicznych” Michała Zygmunta. Co za pech. Propozycja Zygmunta zirytowała mnie na tyle, że muszę teraz anulować ogłoszone wcześniej promesy, pozamykać okienka z rozrywką i przykuć się do lapa. Ale – jeśli uwinę się z tym tekstem do godziny 24 dnia 31 grudnia – pożytek będzie chociaż taki, że toksyny zrzucę z siebie jeszcze w starym roku, a w ten świeżutki wkroczę niewinny i dobry niczym lama.

Michał Zygmunt… no tak. Kojarzę autora z mocno średniego „New romantic”, które było jego debiutem i miało wstrząsnąć światem. Tym, w którym mówi się po polsku, tak na początek. Political fiction o zabiciu Kaczyńskiego i innych tego typu rozrywkach. Reklamowana jako „pierwsza powieść antykaczyńska” i manifest radykalnych wykształciuchów „New romantic” wydała z siebie jednak nie kilkukilotonową eksplozję, ale puknięcie. Nie było skandalu. Nie było pozwów o zniesławienie. Pisowskie bojówki nie czaiły się na uliczkach piastowskiego miasta Breslau, by zgolić pukle Michała Zygmunta. Niczego nie było. Był za to poseł Gadzinowski, który bełkotliwie książkę rekomendował, a Ha-Art siał tą tubką po całej sieci w mocnym przekonaniu, jak mniemam, że on to taka słowiańska inkarnacja Larry’ego Flynta, która oznaczy „New Romantic” piekielną sygnaturą i zapewni jej status bestsellera.

Zygmunt wraca. Co może i brzmi jak tytuł jednego z kryminałów Joe Alexa, ale jest prawdą. Wraca, by, jak sobie deszyfruję strategię wydawcy, namieszać na odcinku literackim KP. Gdyż tam, prawda, nie dzieje się nadto dobrze. Jest klasyk Pankowski – i długo nic. Jaś Kapela po rubasznym i ciekawym „Stosunek seksualny nie istnieje” wziął na swe kruche barki obowiązek rozmontowywania porządku społecznego zwanego kapitalizmem i w swoich kolejnych wystąpieniach prozatorsko-felietonistycznych chwacko odgrywa rolę Majakowskiego dla klas 4-6. Jest Kaja Malanowska, środkowoeuropejski Ed Wood. Ale tym gorzej dla wszystkich, że jest. Więc – Michał Zygmunt. Michał Zygmunt – ostatnia nadzieja czerwonych.    

Otwarcie jak u Palahniuka – trzydziestoletni Marek Polak stoi na skraju wieżowca. Poniżej – rzesza gapiów i wyznawców. Na sekundę przed końcem Polak zaczyna opowiadać historię swojego życia. To opowieść przepełniona miłością i przemocą. Ale inna być może, skoro powstała w kraju nad Wisłą. Tu jest Polska, tu się, kurwa, płacze.

Dzieciństwo i młodość Marka Polaka to kolaż publicznego i prywatnego – czas komunistycznego ucisku, mszy za ojczyznę, zomowskich pałowań i fascynujących inicjacji homoseksualnych, zachłyśnięcia się przemocą, zainfekowania złem. Obóz koncentracyjny dla koników polnych, igraszki analne z użyciem gałęzi. Szajka cygańskich gangusów. Udział w napadzie. Pierwsza miłość o imieniu Karol. Profesjonalne usługi seksualne świadczone obywatelom z obcego obszaru walutowego. Ponury PRL, kolorowy Zachód. Wreszcie, ni z gruchy, ni z pietruchy, na mocy odautorskiego prawa do pójścia na łatwiznę i nieumotywowanego sponsorowania protagonisty Marek Polak zostaje bogatym człowiekiem i może zacząć realizować swoja misję. 

Ale ja, za chuja, nie wiem co to za misja. Inwestycje w branży porno, tajne organizacje, legalne używki. Czego tu nie ma, panie. Telefon od prezesa Athletic Bilbao. Przewrót w afrykańskim państewku, szkółki terrorystyczne na Podkarpaciu. Kreski z kokainy grube jak boa, broń automatyczna, Audi A8. Komiks, kołowrót, kociokwik. Komiks a’la „Iron Man. Nowa nadzieja” by Władysław Pasikowski i Nina Terentiew.

Dziękuję, ja poczytam coś innego. Mnie Zygmunt zawodzi na każdym kroku i żadna z ufetowanych przez krytyków warstw tej książki nie wywołuje chęci dania mu lajka. Ani socjologiczno-ekonomiczne konstatacje na poziomie licencjackim, ani opisy homoseksualnych zbliżeń – które nie mają nic z klasy Hollinghursta czy rześkości Michaśki – ani historia polskiej transformacji, która wnosi tyle nowego do dyskursu, co oracje Piotra Ikonowicza, ani ogarnięcie 200 lat po Balzaku, że pieniądz rządzi światem, ani też język. No, język Zygmunta boli najbardziej. To sparzona na siłę krzyżówka modnych terminów z serii Przewodniki KP i nieudolnej, ckliwej, obliczonej na turpistyczny efekt frazy zagubionego chłopca, który z całych sił pragnie być przenikliwy i very ywyl. Co prowadzi do niezamierzonego efektu komicznego w rodzaju: „chmur ciężkich jak jądro przeżarte potworniakiem”, „dni wlokących się jak ogier z przeciętymi pęcinami”, „otchłani cuchnącej przedśmiertnymi porcjami ekskrementów wydalanych przez gasnące ciała”, „tony sprzętu bojowego wroga rozszarpane jak nieostrożna gazela, która przeszła zbyt blisko lwiej gawry”. Czy też mój ulubiony kawałek – „obleśny blok – niemy wymiot Edwarda Gierka”. Mamy też korespondencyjny pojedynek z Jakubem Żulczykiem na najbardziej żenującą frazę roku – w odpowiedzi na tegoż „Twarz starej tirówy po przebieżce Aleją Snajperów.”, Zygmunt pociska: „Dlaczego skóra Cyganów ma barwę starych gazet służących za podkładkę pod wędzone ryby w rosyjskich mordowniach?” Też nie wiem.  

Jasne, Zygmunt w wielu miejscach bawi się konwencjami i parodystycznie nagina. Ale naginać też trzeba umieć. I analizować, i obnażać mechanizmy. Taka Chutnik Sylwia kilkoma akapitami o handlarkach i ich strategiach zdobywania lepszego stoiska na warszawskim targowisku mówi więcej na temat warstw społecznych, procesów rynkowych i świadomości III i IV RP niż Zygmunt na ponad 300 przeładowanych stronach swojej powieści. Gdybym miał poszukać dla Michała Zygmunta żywego awatara, to z pewnością byłby to Palikot. Palikot z wczesnego okresu działalności, w jednej ręce wibrator, w drugiej pistolet. I żarliwe wywrzeszczane przesłanie: „patrzcie na mnie, patrzcie, jaki jestem bezkompromisowy, obrazoburczy i w ogóle straszny”. Nie, kurwa, nie jesteś.       

  1. kolega Tetrix napisał(a):

    I weź, człecze, nie bądź wiernym komcistą, jak tu tak pięknie i dobrze.
    Proponowałbym plebiscyt na ŻenaFrazę Roku/Dekady, ale przecież nie można zmuszać do grzebania po szambach, no. Nawet jeśli czasem szambo się sprytnie maskuje. Zresztą co by to było trzeba podkategorii powydzielać…

  2. nameste napisał(a):

    Sam się przymierzałem do blogonoci, ale myślę sobie, meee, nie chce mi się nawet skończyć tych kalk ulicznych, neee. I teraz widzę: dobrze zrobiłem (nie pisząc), o.

  3. Łukasz napisał(a):

    @ kolega Tetrix

    „Instytut” Żulczyka to kopalnia takich fraz. Wygrywa w tym roku. Chociaż Zygmunt bardzo się starał.

    @ nameste

    Fakt, nie dość, że kalki, to jeszcze i kalekie to wszystko. Też miałem cisnąć w kąt i nie robić notki, ale mnie wyjątkowo irytuje postać M.Z., który z wielce zadowoloną z siebie facjatą kokosi się w wywiadach, że, prawda, strzeliłem teksta nielichego, prawda. A marnie robi. Tu trochę zajuma z Palahniuka, tam wlewkę zrobi z kapeslangu – i jedziemy. Bida, panie, w zaangażowanej prozie polskiej.