Znikąd do nikąd

Posted: 2nd January 2011 by Łukasz in biblioteka

Cormac McCarthy rządzi. I nie mam tutaj na myśli wyników jakiegoś dorocznego rankingu, w ramach którego wpływowe gremia i zalogowani czytelnicy wznoszą piramidę i na jej poszczególnych piętrach osadzają swoich ulubieńców, a na samym czubku – najulubieńszego z ulubionych, faraona frazy. Olać rankingi. Raz, że konstruowanie takowych powoduje, iż olimpijski penthouse okupują zmurszali klasycy i producenci bezpiecznych hitów, a dwa, że w ten niedorzeczny sposób zamula się odbiór literatury. W której istotności i piękna nie da się wyrazić za pomocą liczb, miar i wag. U mnie o tym, czy powieść jest POWIEŚCIĄ, a nie tylko profesjonalnie skrojonym produktem, decyduje to, co czuję po jej zamknięciu. Pieczenie w duszy. Amfetaminowy błysk w mózgu. Pragnienie wkręcenia tej książki wszystkim innym ludziom na planecie. Marginesy inkrustowane interpunkcyjnymi znakami emocji – grafitowy szlak rozkręcającej się ciekawości i satysfakcji. Oto wymierne dowody na to, że lektura była przeżyciem. Na nic się zdają efektowne blurby, podkasting autorytetów, laury z pięcioma zerami po przecinku, gdy tekst nie działa i nie tnie. Jest pierdolnięcie, albo bo go nie ma. U McCarthy’ego zawsze jest.

Dlatego Cormac McCarthy przoduje w tej klasyfikacji – na tyle widmowej, że nie wydrukuje jej żadna gazeta i na tyle materialnej, że naprawdę jest o czym mówić – w której liczą się efekty uboczne procesu czytania. W której o wysokiej lokacie przesądzają zdania wrzepione w ciebie na stałe, wracające przed snem obrazy, te ruchome freski o przemocy, która zerwała się z łańcucha i kąsa, postacie będące wcieleniem zła, typy nie z ludzkiego chowu, ale wprost z jakiejś transgenicznej uprawy. Znajdźcie mi takiego śmiałka, który tuż po kontakcie z „Krwawym południkiem” rozsiądzie się w fotelu i spałaszuje ofertę programową TVN, po „Drodze” nie spojrzy z obawą na chłopców igrających na placyku, po „To nie jest kraj dla starych ludzi” nie podskoczy na dźwięk słowa „aqua”, a po „Strażniku sadu” nie będzie omijał szeroki kołem zapuszczonych ogrodowych basenów, kadzi z warstwą rzęsy grubą na palec, wypchanych kontenerów. Przygoda z McCarthym nie kończy się wraz z przejechaniem tabliczki z napisem „the end” na ostatniej stronie. Jego działanie trwa jeszcze długo. To jak infekcja, wpuszczenie do krwiobiegu toksyny, która, co prawda, nie zabija, ale co i rusz demoluje organizm, nie daje o sobie zapomnieć. Tylko nieliczni spośród pisarzy są aż tak biegli w swoim rzemiośle – i dysponują aż tak wyjątkowym darem – że podobna sztuka wychodzi im nie od przypadku, ale seriami.

„W ciemność” to chronologicznie druga powieść w dorobku Cormaca McCarthy’ego. I podobnie jak w swoim debiucie, „Strażniku sadu”, oraz w przeważającej większości dzieł po, tak i tutaj autor nie stawia sobie za punkt honoru wygenerowania zawiłej wielopoziomowej fabuły i zaludnienia jej dziesiątkami charakterów. Nie, w intrydze McCarthy jest minimalistą. Odpuszcza sobie mnogość wątków, ponad którą przedkłada moc wyrazu. Tradycyjnie też buduje akcję wzdłuż i wokół drogi, na którą wypuszcza swoich bohaterów.

Powodem dla którego Culla Home i Rinthy ruszają w niekończącą się podróż jest dziecko. Chłopczyk poczęty z ich kazirodczego związku. Culla, chcąc zataić przed światem prawdę o swoim występku, chwilę po porodzie odbiera malca matce i zostawia go w lesie na – jak mniema – pewną zgubę. Staje sie jednak inaczej. Na kwilące dziecko zwraca uwagę druciarz, jednoosobowa wędrująca inicjatywa „kupno-sprzedaż”, który zabiera dziecko ze sobą i oddala się w nieznanym kierunku. Jego tropem podąży Rinthy, jej zaś Culla. Ją przed siebie gna instynkt macierzyński, pierwotna nieprzekładalna na mowę siła, która nakazuje tej ubogiej, słabej, kruchej kobiecie bez wahania uciec z domu i w pojedynkę zapuścić się w głąb dziczy. Jego – lęk o siostrę i wyrzuty sumienia.   

Nie wiedzie im się na trasie. Dokądkolwiek by nie trafili, to wszędzie zaznają upokorzeń i strachu. Nikt im pomóc nie chce i nie pomaga. Bliźni są albo zajęci własnym znojem, albo też traktują spotkanie z nimi jako szansę na niezły wałek i zgodzenie na własny użytek taniej siły roboczej. Ameryka opisana w „W ciemność” – Ameryka początku XX wieku – to nie jest gościnny kraj. Rozrzucone na gigantycznej przestrzeni osady i niewielkie miasteczka, opuszczone osiedla, martwe pola, zrujnowane chaty, z których zwiały nawet duchy, a jedyne co możesz w nich zastać, to spróchniałe meble i wypreparowane kości. Ziemia nie tyle jałowa, co obojętna wobec tych, którzy po niej stąpają.

Mało tego, że nikt nie idzie w sukurs Rinthy i Culli, to jeszcze o krok od nich, czasem za ich plecami, a niekiedy wyprzedzając ich o dzień lub dwa drogi, przemieszcza się demoniczna przerażająca trójka mężczyzn, einsatzgruppen z piekła, triada wyrzutków, która łupi i morduje każdego kto wpadnie im w łapy. Delegacja istot z jakiegoś innego porządku, odwróconego ładu, gdzie litość nie znaczy nic, a obowiązującą religią jest sadyzm, za którą ciągnie się krwawa smuga, która w płowym krajobrazie południowego stanu wypala długą na kilkadziesiąt kilometrów pręgę. Wszyscy oni – łącznie z druciarzem – wpadną na siebie w przejmującym finale. Przedostatni rozdział „W ciemność”, gdy wokół ogniska zbiorą się najważniejsze figury tej posępnej story, by dopełnić to, co zostało im przeznaczone, jest jednym z najbardziej okrutnych kawałków literatury, jakie dotąd przeczytałem. Te półtorej strony o ziszczającym się fatum i jego trofeach, dawkowane w beznamiętnej naturalistycznej manierze, wnikające w świadomość jak gaz, wkłuwające się z wolna w oczy niczym w jakiejś wyrafinowanej chińskiej torturze, to świadectwo i geniuszu Cormaca McCarthyego, i niesłabnących możliwości literek w przedmiocie pozyskiwania absolutu i zadawania bólu.

McCarthy jak zwykle odmawia dostępu do psyche swoich postaci – zarówno tych głównych, jak i pobocznych – o ich motywacjach, wyborach, przymiotach charakteru dowiadujemy się z opisu czynności jakie wykonują, stanu garderoby, kontorsji i tych rozkawałkowanych komunikatów, które niekiedy wymieniają między sobą. McCarthy nie ocenia i nie ułatwia sprawy odbiorcom. W przestrzeni, którą wykreował na kartach swoich powieści nie ma miejsca na proste jednoznaczne werdykty i łatwy rozdział czerni i bieli. „Nawet wąż nie jest całkiem zły. Węże też są potrzebne.” U niego jagnięta polegują z lwami w tym samym kojcu – i nie jest wcale powiedziane, że w ostatecznym rachunku okażą się niewinne i lepsze.

Co jeszcze zwraca uwagę, a co da się zauważyć i odnotować dopiero po zapoznaniu się z całością twórczości Cormaca McCarthy’ego, to to, że, niejako przy okazji rejestrowania spraw wyższego rzędu, pisze on konsekwentnie historię społeczną Stanów Zjednoczonych. I jest to wykładnia, która radykalnie odbiega od tego efektownego pijaru, którym jesteśmy tuczeni od dekad. U niego nie ma spektakularnych karier od zera do kapitalistycznego arystokraty, nie ma błyskotliwych awansów, rodzinnych fortun przepływających z pokolenia na pokolenie, rumianych patrycjuszy, którzy dbają o wychowanie i edukację swoich latorośli. Cormac McCarthy podważa oficjalną propagandę i udziela głosu wykluczonym, zepchniętym na margines, oszukanym. Czy są to nomadzi z połowy dziewiętnastego wieku, jak w „Krwawym południku”, sieroty i banici imający się bandyckiego fachu, czy najemnicy szukający jakiegokolwiek zajęcia, a w desperacji sięgający po szmugiel i kradzieże, jak w „Strażniku sadu”, czy też białe śmiecie z przyczep i meksykańscy emigranci opisani w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, to jest to zawsze jedna i ta sama grupa obywateli, najniższa kasta, nieumocowana, dryfująca, wprzęgnięta w kierat następujących po sobie mechanicznie pór roku, wydana na pokusę zbrodni i patologii.

Nie inaczej jest w „W ciemność” – opowieści o żyjącym w nędzy rodzeństwie, które błąka się po krainie, w której nie funkcjonują żadne trwałe instancje, ośrodki oficjalnej władzy, ostoje sprawiedliwości. Miejsce bez państwa i boga, gdzie znakomicie za to prosperują fałszywi namiestnicy wszelkiej maści, samozwańczy kapłani, organizatorzy nielegalnych obrządków, mściciele z własnego nadania.

Ta powieść jest także świetną okazją, by zaobserwować jak krystalizowała się poetyka Cormaca McCarthy’ego. Jak w przeciągu wielu lat pisania rodził się jego niepowtarzalny styl, łuszczył się, kondensował i gubił zbędne elementy – a tych jeszcze niemało w „Strażniku sadu” i w „W ciemność” właśnie – by osiągnąć laserową precyzję języka „Drogi”.   

„W ciemność” to rzecz piękna i mądra. Piękna, bo w piękny sposób ukazuje naturę w stanie dzikim, czystym i nieskalanym budującymi przeestetyzowanymi kliszami – w ujęciu McCarthy’ego to ogromna fabryka, w której powstają najbardziej dziwne i urzekające stworzenia, a zarazem pracująca pełną parą przetwórnia, bez mrugnięcia mieląca swoje potomstwo. Całodobowa stacja utylizująca ludzi, zwierzęta, rośliny. Mądra zaś dlatego, że bez moralizowania i tanich ckliwych sztuczek ujmuje się za tymi, których pozbawiono głosu, upomina się o to zapomniane plemię bękartów, niechcianych, odludków, łajz, tułaczy. O tych, co nie maja nic. Którym została jedynie ciągła dyslokacja znikąd do nikąd.    

  1. Gabe says:

    Nic dodać, nic ująć – absolutnie zgadzam się z tym peanem. Powieść jest fantastyczna, porażająca do szpiku – nie ma szans na to, aby spokojnie zasnąć po jej przeczytaniu. Jak zawsze McCarthy wysmakowany stylistycznie, fabularnie prościutko, ale nie o to przecież chodzi, liczy się przede wszystkim nastrój, obserwacje i ta mrożąca nieuchronność, która wisi nad bohaterami.

    Szczególnie porażał mnie herszt bandy trojga, jest jakby protoplastą Holdena – wygadany, ciekawski, inteligentny. Sceny z nim to mistrzostwo świata, szczególnie ta finałowa.

    Kawał genialnej literatury!

      

  2. Łukasz says:

    @ Gabe

    Nie inaczej, man. Nie inaczej. Już przebieram nogami w oczekiwaniu na “Suttree”. :)

      

  3. arte says:

    >>Ta powieść jest także świetną okazją, by zaob­ser­wować jak krys­tal­i­zowała się poe­t­yka Cor­maca McCarthy’ego. Jak w prze­ciągu wielu lat pisa­nia rodził się jego niepow­tarzalny styl, łuszczył się, kon­den­sował i gubił zbędne ele­menty – a tych jeszcze niemało w „Strażniku sadu” i w „W ciem­ność” właśnie – by osiągnąć laserową pre­cyzję języka „Drogi”.

    No właśnie pytanie: czy to muszą być “zbędne elementy”? Bo mnie np. “Strażnik sadu” wkręcił znacznie bardziej niż “Droga”, także na poziomie pojedynczych akapitów, fraz, tego, jak akcja i kolejne zagadki budują się w statycznym, gęstym opisie (gęstym w porównaniu do takiej “Drogi” oczywiście, czy nawet kilka lat od “Strażnika” młodszego “Dziecięcia bożego”; wiadomo, że to nie jest gęstość Guntera Grassa). Ja zresztą miałam wrażenie, że “Strażnik” był znacznie bardziej skondensowany niż “Droga”, jedno i drugie jest rzecz jasna “literaturą skupienia” (wiem, brzmi strasznie :D), ale w “Strażniku” po opuszczeniu jednego zdania można zupełnie “wylecieć” poza historię i świat przedstawiony. Tzn. rozumiem, że można inaczej, w drugą stronę, i że idzie za tym pokusa takiego “ewolucjonistycznego” spojrzenia na styl, ale akurat mnie chwyciło inaczej. Dla jasności: dopiero sięgnęłam po “Krwawy południk”, wstyd przyznać, ale kurzył się na półce od kilku miesięcy. Ale właśnie – dopiero święta ze “Strażnikiem” zmobilizowały :)

    A tak poza tym, to strasznie fajny tekst. pzdr

      

  4. Łukasz says:

    @ arte

    Mnie jednak w “Strazniku sadu” i w “W ciemność” nieco raziło przeładowanie frazy i nagromadzenie efektów specjalnych. W rodzaju – “upiorna pustynia”, “bezlistne drzewa w agonalnych pozach”, “wygnańcy, którzy porzuciwszy swą powłokę cielesną i dostapiwsze niebiańskiego bądź piekielnego ingresu”, etc. W “Krwawym południku” to juz jest idealnie wyważone, akurat, ani mniej, ani więcej. W “Drodze” – sam przekaz, bez ozdobników.

    “Dziecię boże” nie jest młodsze od “Strażnika sadu”. “Strażnik sadu” to debiut Cormaca, który wyszedł w 1965, “Dziecię boże” pojawiło się w 74.

    Jak skończysz “Krwawy południk” to koniecznie daj znać. Pogadam z chęcią. :)

      

  5. arte says:

    “wygnańcy…” rzeczywiście straszni :D, ale z drugiej strony, w Drodze miałam wielokrotnie wrażenie nienaturalności – właśnie w tym zdystansowaniu i “braku ozdobników”. czego nie było w oszczędnym przecież Dziecięciu. (mówię o zapamiętanych wrażeniach, bo jednak czytałam Dziecię znacznie później, a Drogi nie mam na półce, aby porównać; ale czytałam Drogę mniej więcej w czasie, w którym świrowałam na pkt. Carvera i lakoniczności przekazu, i właściwie to byłam trochę rozczarowana, może kwestia przekładu? język Strażnika czy Dziecięcia jest “okrutniejszy”, bardziej szorstki).

    >>>“Dziecię boże” nie jest młod­sze od “Strażnika sadu”. “Strażnik sadu” to debiut Cor­maca, który wyszedł w 1965, “Dziecię boże” pojaw­iło się w 74.

    no to Dziecię ewidentnie młodsze, prawda? ;)

    >>>Jak skończysz “Krwawy połud­nik” to koniecznie daj znać. Pogadam z chę­cią.

    tak jest

      

  6. Łukasz says:

    @ arte

    Jesli chodzi o “nienaturalność” przekładu “Drogi” to polecam wywiad z Robertem Sudołem, tłumaczem i “Drogi”, i “Krwawego południka”. On tam sporo wyjaśnia, czemu, jak i po co. W ogóle – to jeden z najlepszych mieszaczy, jegomość, który ponadto zrobił “Tęczę grawitacji”, kilka sztuk DeLillo, Henry Millera, Bainksa, etc.

    http://www.cormacmccarthy.pl/wywiady/wywiad-z-roberte-sudolem.html

      

  7. terebka says:

    Jestem świeżym czytelnikiem McCarthy’ego. Nie mnie oceniać całokształt Jego twórczości. Za sobą mam jedynie tę opiewaną wszędzie kulminację talentu pisarza, czyli “Drogę”. Jakie wywarła na mnie wrażenie? Śmiało można powiedzieć, że trzepnęła mnie w łeb niczym kafarem do wbijania mostowych dyli. Urzekła mnie skromna, skondensowana forma, jaką ta opowieść przybrała. W tak niewielkiej puszce, McCarthy upchał pełnowartościowy duchowy pokarm. W tej chwili czytam “Krwawy południk” i już mogę zapewnić, że na tym nie poprzestanę.

    Gratuluję świetnego wpisu. Lepiej nie można było mnie zachęcić do kolejnego zakupu.

      

  8. Łukasz says:

    @ terebka

    Nie poprzestawaj, powiadam ci. Niech cię Cormac wiedzie. :)

      

  9. red. says:

    McCarty pisze historie społeczną Stanów Zjednoczonych? To chyba jakiś żart. W ciemność nie ma nic wspólnego z realizmem, a to co bierze z amerykańskiej rzeczywistości to są jakieś statyczne obrazki. To co się rusza – czyli kukiełki są postaciami baśniowymi. Pod ludzką postacią kryje się wola która ma nie jest ludzka. I bynajmniej nie pieję tutaj z zachwytu. McCarthy tylko tradycyjną amerykańską powieść uczynił płaską. Satysfakcja z lektury jest żadna a książka zwyczajnie słaba. Zapraszam do dyskusji: http://podtytulem.blogspot.com/2011/02/w-ciemnosc-cormac-mccarthy.html

      

  10. Łukasz says:

    @ red.

    Jak rozumiem, ty dysponujesz pełnią wiedzy o nizinach społecznych w latach 20-30 minionego wieku w Ameryce, tak? To podaj – dla kontrastu – jak naprawdę wygladały te realia. Nie każdy pisarz musi cytować przydrożne tabliczki, podawać liczby i rejestrowac przedmioty a’la Balzak, żeby oddawać realne sytuacje i napięcia.

    Czy oprócz tego, żeby za wszelką cenę pokazać, że nie będziesz się mieszał z ciemną masą, która McCarthy’ego chwali masz tak naprawdę coś ciekawego o tej ksiażce do powiedzenia?

    Capote pisał “zimną frazą”? U niego “nie można było usłyszeć o czym myślą postacie”? Czytałeś jego coś poza “Z zimną krwią”?

      

  11. red. says:

    To ciemna masa chwali McCarthy’ego? Raczej powiedziałbym, że żeby docenić W ciemność, trzeba mieć chyba wgląd w tajemną wiedzę, której mi brakuje.

    A skąd wiesz, że akcja rozgrywa się w latach 20-30? Coś na to wskazuje? Bo dla mnie to mógłby być równie dobrze świat po zagładzie atomowej w odległej przyszłości.

      

  12. Łukasz says:

    @ red.

    A stąd, między innymi, że rozmawiałem o “W ciemność” z Maciejem Świerkockim, tłumaczem tej książki, który musiał w swoim przekładzie szukać polskich ekwiwalentów dla dziwacznej, niegramatycznej, połamanej angielszczyzny, jaką posługiwano się w pierwszych dekadach XX na południowych zadupiach Stanów. Możesz także dotrzeć do wielu specjalistycznych opracowań, w których badacze i znawcy McCarthy’ego zgodnie lokują właśnie w tym okresie akcję “W ciemność”.

    No tak wynika z twojej recenzji. Ciemna masa, na kolanach i bezkrytycznie, wyje w zgodnym chórze na nutę rzuconą przez kilku fanatyków Cormaca. Na szczescie zjawiasz się ty – impregnowany, krytyczny, nieprzejednany. Jesteś jak motyl pośród loch.

      

  13. red. says:

    Po pierwsze, Appalachy to nie są południowe Stany. Czasy wielkiego kryzysu z lat 20-30 opisane są na przykład w Gronach gniewu. Bohaterowie trochę podobni do tych z McCarty’ego, ale realia jednak inne – rozpadające się samochody, zapyziałe stacje benzynowe. Outer Dark to świat który przypomina wieki naprawdę zamierzchłe – tylko wozy,bezprawie, druciarze, innymi słowy – nieledwie średniowiecze.
    Czy tak mogło było gdzieś w okolicach roku 1930? Być może. Nie jestem z pewnością specjalistą od McCarthy’ego. Ale dobrego pisarza poznaje się po tym, że nie każe czytelnikom wyprawiać do specjalistycznych opracowań, żeby mogli się zorientować co do podstawowych realiów powieści.
    Język? Może jakiś lingwista mógłby to odkryć.

    Ale bez nerwów, naprawdę daleki jestem od jakiejś pogardy którą mi imputujesz – starałem się być nieco dowcipny i nikogo nie zamierzałem urazić.

    Zacząłem własnie czytać Rącze konie – i powieść ta już od pierwszych stron wydaje mi górować nad Outer Dark. Napiszę o niej parę słów i odniosę się raz jeszcze do moich zarzutów wobec powieści.

    Pozdrawiam

      

  14. Łukasz says:

    @ red.

    Nikogo, moim zdaniem, nie uraziłeś. Luz. Nie rozmawiamy ze sobą po to, by spijać sobie z dziubków, ale żeby dzielić się wrażeniami i przemyśleniami. A te nie muszą być jednakowe.

    Ale, powiedz mi, czy “Grona gniewu” to jakaś uberpowieść, która traktuje o wszystkich Amerykanach i wszystkich zakątkach Stanów nawiedzonych przez kryzys w latach 20-30 minionego wieku? To nie jest ostateczna Czarna Księga, w której zebrano wszelkie świadectwa i relacje. Naprawde uważasz, że w takim wielki kraju i na przestrzeni tysięcy mil wystepowały wszędzie te same budynki, instytucje i instalacje? I że ich brak w innej powieści cokolwiek rozstrzyga?

    Gdybyś chciał znaleźć literackie czy dziennikarskie świadectwa podobnego kryzysu w międzywojennej Polsce, to, według ciebie, materialne objawy takiego procesu będą jednakowe w Galicji, na Podolu i w podwarszawskich miasteczkach? Ejże.

    Uważam, że McCarthy świadomie rozmył pewne detale i tropy, żeby nadać swojej powieści nieco wiekszą dozę uniwersalności. Żeby była, jak na własny użytek odczytuję jego intencje, relacją o niedoli ludzi na zadupiach Stanów, ale i niedoli podobnych im ludzi w ogóle i wszędzie. Ponadto on nakłada na to wszystko kolejną warstwę w postaci biblijno-literackich odniesień, żeby otworzyć jeszcze jeden poziom interpretacji. Wędrówka jako model ludzkiego życia, wieloznaczna istota zła, obojętna i piękna natura, którą pokazuje jako pracujący non stop mechanizm, niszczycielski i płodny.