Marylin Munro

Posted: 8th Styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka

O, takie sytuacje lubię. Planujesz sobie, prawda, lektury na miesiąc, półtora do przodu, układasz harmonogram notek na bloga, ustalasz dziedziny, które w najbliższym tygodniu przeorzesz kwerendą – „wychowanie w III Rzeszy”, „recepcja baśni braci Grimm” – a uzyskany w ten sposób surowiec będziesz się starał przetopić na proporcjonalne sztabki kruszcu, w których odciśniesz własne logo, wszystko zgrywasz, korelujesz, organizujesz, w hipsterskim Moleskinie odhaczasz swoje postępy, napawasz się terminową realizacją i 3 stycznia sobie myślisz, że ho, ho, rok 2011 ogłaszamy rokiem ziszczonych postanowień i +100 na karcie charakteru. Gdy wtem – bach! Otwierasz książkę, której przecież otwierać nie miałeś i twój koronkowy algorytm obraca się w ruinę. Wpadasz po uszy. Już nie myślisz o wypełnianiu kolejnych etapów projektu, już nie czytasz nowego Rotha, nie pamiętasz o Pamuku i Żiżka nie tykasz. Miast giąć się w pałąk nad lapem i nieruchomieć w pozie domorosłego badacza, wieczorami zalegasz na szezlongu i szeleścisz papierem. Ołówek pracuje. „Uciekinierka” Alice Munro. Gorzka przyjemność.

Sam nie wiem, jak mogłem do tej pory nie przeczytać tej znakomitej prozy? Zagadka z rodzaju nierozwiązywalnych. Po prostu – czwarta tajemnica fatimska. „Uciekinierka” stała na półce od ponad roku. Ale jakaś niezidentyfikowana energia odpychała mnie od niej i tak szczwanie tasowała bieżące oskomy, że za każdym razem, gdy byłem tuż, o paznokieć, o przeskok na decyzyjnej synapsie, wybierałem coś innego. A Munro oznaczałem tagiem „na potem”. Mucho błąd. 

„Uciekinierka” Alice Munro to zbiór ośmiu pierwszorzędnych, cierpkich, esencjonalnych opowiadań o kobietach. O kobietach, napisanych przez kobietę i rejestrujących świat z kobiecej perspektywy protagonistek. Ale – przeznaczonych dla obu płci. Po mistrzowsku bowiem rozgrywa Munro kobiecość jako rzecz zwykłą, normalną, będącą składową uniwersalnego ludzkiego losu, jak i zarazem formę wyjątkową, niepowtarzalną w swoich możliwościach, unerwioną w inny sposób, w wielu aspektach wrażliwszą, skanującą rzeczywistość pod kątem odmiennym, niż robią to gburowate ssaki wyposażone w wąsy i jądra. 

W swoich opowiadaniach ukazuje Munro kobiety w sytuacjach na pozór banalnych i wziętych z codziennego życia. Ale to tylko pozór – krucha skorupka fikcji, która pęka od jednego puknięcia autorki, od przeszywającego zdania, akapitu, po którym orientujemy się, że wylądowaliśmy w centrum mrocznego dramatu. Nieszczęścia, które spadają na bohaterki Munro są i typowe, gdy doświadczają one nieuleczalnej choroby, śmierci najbliższej osoby, dewastującego upływu czasu, jak i szczególne, właściwe tylko kobietom. Te z kolei mają zazwyczaj swe źródło w kontaktach ze społeczeństwem. Prymitywny seksizm, wyrafinowane praktyki wspólnoty, która pragnie zamknąć hardą jednostkę w okowach konwenansu, wystawić na publiczną obmowę i ocenę – styranizować religią, obyczajem, dobrym smakiem i zmusić ją do wpasowania się w obowiązujący szablon, w którego ramach nie ma miejsca dla tych, co nie chcą się rozmnażać, wyjść za mąż, hołubić ognisko domowe, zalegalizować sobie szczęście. Carla, Juliet, Grace, Lauren, Robin i Nancy to heroski, które zmagają się z demonami niewidzialnymi i jak najbardziej materialnymi. Ciągnie się za nimi skąpe dossier uciech cielesnych i wyróżnia rozbudowany system potrzeb duchowych. I siła – moc, dzięki której konfrontują się z kolejnymi przeszkodami, powstają z upadków, uczą się, ulepszają wersje siebie, są zdolne przetrwać. Co zazwyczaj nie oznacza wygranej, ale zawsze dowodzi odwagi.

Czytając „Uciekinierkę” wyczuwa się inspiracje, twórcze korespondencje, biegłe korzystanie ze wspólnej schedy literatury. Czechow, Virginia Woolf, Raymond Carver, Martin Cunningham z „Godzin”. Alice Munro z wprawą równą klasykom operuje czasem, dzięki skokom o dwa, trzy dziesięciolecia pokazuje konsekwencje błahych decyzji czy zaniedbań, unaocznia pęd z jakim przetacza się egzystencja. Ponadto sporządza precyzyjne mapy duszy i nawarstwia intrygę jak Chandler. Lepszego otwarcia dekady nie mogłem sobie wymarzyć.

  1. peek-a-boo napisał(a):

    A to wszystko zgrzebne szare beznadziejne. Po przeczytaniu kazda kobieta rozwazac bedzie zmiane plci. Nawet za cene golenia codzien policzkow. i tak by sie opłaciło ;)

  2. Łukasz napisał(a):

    @ peek-a-boo

    Hmm… komentarz z gatunku hermetycznych. Możesz rozwinąć? :)

  3. peek-a-boo napisał(a):

    Moze tak będzie prosciej: Munro przedstawia kobiecosc jako kraine takiej niesprawiedliwości i smuty, że nikt nie miałby ochoty w niej przebywac. Nie sądzisz?

  4. Łukasz napisał(a):

    @ peek-a-boo

    No tak, ale pokazuje też, że są jak motyle pośród loch i mają bardzo bogate życie duchowe, emocjonalne, intelektualne. Dla mnie to po prostu wykładnia życia, bez upiększeń i budujących dodatków. Jak jesteś wrażliwy i nie chcesz pobekiwać w stadle, to dostajesz w pośladki i duszę. U Munro wiarygodniej to wypada, niż na przykład u radykalnych feministek, które robią taki czarno-biały film: kobieta a wokoł niej naziści. Munro pokazuje, że ciśnienia generowane są nie po prostej linii męskie-żeńskie, ale płyną z o wiele bardziej podstępnych i rozbudowanych układów.

  5. Barts napisał(a):

    Smutne i o kobietach. Nie chcę. Jak ostatni raz coś takiego wziąłem do ręki, to była to Sylwia Chutnik która przyjebała mi z bejsbola i potem miałem doła. Doceniam rangę literatury, ale dla rozrywki czytać nie będę.

  6. Łukasz napisał(a):

    @ Barts

    Smutne, o kobietach, ale bardzo dobre. W porównaniu do Chutnik very konserwatywne w formie i języku, ale bardzo dobre.

  7. Sissy napisał(a):

    Smutne to jest wszystko, jak pogrzebać pod politurą:-) Zresztą ja wcale nie odbieram tej prozy jako pesymistycznej. Przenikliwi autorzy zwykle tak mają, że nie są za bardzo rozrywkowi.
    Munro pisze często o starszych ludziach (sama ma dużo lat), parach i przyznaję, tam faktycznie przykre wizje, które mnie nieco zdołowały.

  8. Łukasz napisał(a):

    @ Sissy

    Pani Sissy, głowa do góry!