Las Vegas-Pietuszki

Posted: 14th styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka

Napisać, że to jest dobra książka, to jak dać lajka pod zdjęciem Jessici Alby. Oczywiste jest oczywiste. A oczywiste jest nietykalne. Są prawdy we wszechświecie, których nie opatruje się tanim komentarzem. Lepiej w usatysfakcjonowaniu milczeć. Lepiej uruchomić w sobie błogość i swój entuzjazm wyrazić cichutkim wirtualnym cmoknięciem, porozumiewawczo kiwnąć koledze, koleżance zostawić egzemplarz pod poduszką – i skasowanym biletem za 2,40 pln zaznaczyć jej stronę numer 63, na której widnieje to najpiękniejsze zdanie na świecie, w którym streszcza się cała pycha, empatia i tragizm Jerofiejewa, ale przecież nie tylko Jerofiejewa, lecz także każdego innego jegomościa naparzającego o mdłym poranku kciukami i wskazującymi w klawisze, każdej pani z piórem w garści, która zarywa noce, by powiedzieć wszystkim to, czego nie powiedziałaby nikomu. „Osobiście uważam, że człowiek jest śmiertelny.”

Albo można też i zwolnić się na sekundę z tych ultymatywnych założeń i wyznać, że są w tej prozie kawałki, grudki, okruchy, które uwięzły mi w krtani, wżarły się pod skórę, dostały do krwiobiegu i kursują, krążą. No są.     

Dlatego dziś nie będę babrał się w tkankach, łamał kręgosłupa i nie będę eksponował wyjętych z Wieniedikta organów. Niech spoczywa w pokoju obok, na półce, trzeciej od góry. Patolog musi ustąpić pola oratorowi. Podzielę się postulatem, który urodził się we mnie w trakcie lektury „Moskwa-Pietuszki”. Jeden, ale konkretny.

To postulat roszczeniowy. Co tam – roszczeniowy. Rewolucyjny, wywrotowy, terrorystyczny. Więc? Odzyskać Jerofiejewa. Niech wreszcie robi u nas za uniwersalnego pisarza, a nie kontekst Pilcha. Wyrwać go z macek mlaszczącej krakowskiej frazy, a przy okazji zatłuc ośmiornicę, której cielsko od lat rzuca cień na to co jasne i dobre. Dość elementu baśniowego, koniec z plastikowymi liryzmami i wadzeniem się z mrukliwym Yodą rezydującym w polskich niebiosach. Niech rozwibrowany od gorzkiej żołądkowej Jureczek sczeźnie. A wraz z nim podniosła dykcja i niska praktyka interesownego eksploatowania schedy po W. J. Zastopujmy tę gospodarkę rabunkową, która polega na jumaniu kruszcu i przerabiania go na felietonistyczne błyskotki i efektowne sentencje rozsiewane hojną mieszczańską łapką nad cytrynową tartą czy calvadosem. O, tak, calvadosem, kurwa, obanderolowaną ciekłą melancholią.

By to zainicjować, dokonam teraz autokompromitacji. Na mocy wypaczonego poczucia humoru i niezbywalnego prawa blogera do konstruowania teorii od czapy ogłaszam, że „Moskwa-Pietuszki” wcale nie jest nasza, nie z nami jej po drodze i ona, ta „Moskwa-Pietuszki”, nie wyraża naszych, ja pierdolę, wyjątkowych boleści i olśnień, nie układa się w białą księgę, w której czarnym drukiem udokumentowano jak ich i nas Kacap niewolił, postponował i doodbytniczo inwigilował, nie była i nie będzie, owa „Moskwa-Pietuszki”, obciążającym fantem w sprawie programowego alkoholizowania przez spin doktorów z Kremla programowo niewinnych i abstynenckich wspólnot Polaków, Rosjan i Mongołów, nie urośnie wam, naiwniacy, mędrkowie z tefał, internowani bardowie, „Moskwa-Pietuszki”, do hymnu zglątwiałych i o statusie poszkodowanego w IPN, nie przetrwa ona w umysłach wnuków i w serduszkach wnuczek jako skurcz wszystkich tych ujarzmionych stepów na wschód od obwodnicy Berlina. Bo nim nie jest. Ogłaszam, że „Moskwa-Pietuszki” należy do odmiennego porządku. To wierzgające i ujadające dziecię z nowego ładu. To gonzo. Tak, tak. Nie ma się co pokładać ze śmiechu i pukać w czoło. Weźcie i spróbujcie. Odinstalujcie w sobie utarte interpretacje i zdrapcie pleśń legendy, zneutralizujcie radioaktywne pierwiastki rosyjskiej duszy, pieśń trzewi, turgieniewszczyznę, ukochaną, chłopca i inne elementy, które nie robią wam bangla w tym tekście. I co zobaczycie? Kogo? Raoula Duke’a pędzącego wprost w objęcia paranoi z walizeczką pełną środków ekstatycznych. Że Wieniczka chowany w dojmującej strefie klimatycznej, pod słowiańskim biegunem, to i nie dziwota, że przedkłada on palto nad koszule w palmy i płyny ponad proszki. Nie powiem, są i kolejne rozziewy. Ale to niuanse, warianty tego samego. Tam krążowniki szos, tutaj krypy na szynach. W USA nieuprzejma obsługa w klubach i wypożyczalniach aut, a na zapuszczonym łonie Mateczki chamstwo w bufetach dworcowych i konduktorzy-psychopaci. Wieniczka na wielopiętrowym rauszu dialoguje z aniołami, a Raul swoim trzecim okiem, źrenicą oszkloną rozrywkową farmakopeą, ogląda laickie monstra i zmutowane nietoperze. Łączy ich jedno. Lecz to co ich łączy, ta sztama, wspólna niewykonalna misja, znosi każdą różnicę i unieważnia wszelkie malkontenctwo, którego spodziewam się po filologach i tym podobnych personach okaleczonych przez los.

Wieniczka i Raul walczą. Nie w imię ojczyzny, Ideałów Sierpnia, wrogów Nixona i Soso, wielbicieli Anny Achmatowej i matek tych, co padli pod Khe Sanh. Obaj toczą bój o to, co ludzkie, czyste i nieoznaczone metką. Mając naprzeciw siebie mafię złych, źle ubranych, tępych i naszpikowanych ideolo. Wiedzą, że w konfrontacji z organizacją o charakterze zbrojnym i powszechnym nie maja większych szans, ale i tak szturmują. Miotają bluzgi, prażą ironią. Nie ma w nich zadatków na triumfatorów. Są tylko parą zdeterminowanych facetów, którzy wykonali dobrą robotę – oznaczyli flarami teren, na który należy zrzucić napalm.

Moja nocia to jeszcze nie rewolucja, ale to już Lenin zalutowany w wagonie.

  1. kolega Tetrix pisze:

    99% racji, panie redaktorze. Ten jeden procent niedoboru to za calvadosa, od którego jednakowoż uprzejmie proszę się odpierdolić. Jak już sobie znalazłem winiak, który mnie nie odrzuca, zaraz ktoś do kieliszka pluje, no.

  2. 20_miles_to_highland pisze:

    no ofkors, że gonzo, jakżeby inaczej, nigdy tego nie odbierałem na innym poziomie [na długo zanim istnienie H Thompsona dotarło do mej świadomości], do głowy by mi nie przyszło. To są takie piwniczno-zaczarowanodorożkowe boleściwe wykładnie? Prostactwo i chamstwo moje ma jednak swoje plusy – brak kontaktu z teoriami rozpoetyzowanych krakusów chodzących z księżycem w butonierce sprawił, że mogę teraz powiedzieć „z ust mi pan to wyjąłeś”

  3. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Masz pan u mię flaszkie tego kwasu. Oby rychło. Ja poprzestanę na drinkach rekomendowanych przez Wieniczkę, ekscelencja zaś może się artystować do woli. :)

    @ 20_miles_to_highland

    No, ba. Nie pamiętasz jak przez kilka lat pod rząd robili w mediach Pilchowi hajpa pod Nike? I on se sam też robił. Co sie wtedy nie działo. Nie dość, że Wieniczkę poniewierali, to jeszcze i Konsula z „Pod wulkanem” wybracali na każdą stronę. Byle tylko udowodnić, że J.P. to ich potomek, a ścislej ujmując – to i ojciec nawet. :)

    A wykładnia, że w „M-P” to nasz wspólny los zapisany, los ujarzmionych, cęgami socjalizmu traktowanych, aczkolwiek niepokornych i wbrew woli rozpijanych, to w ogóle była mi serwowana po wielokroć.

  4. Marcin W pisze:

    dobrej potrawy nie sposób uwarzyć z samych przypraw… i pewnie dlatego jest tak wyjątkowo mdła

  5. Marcin W pisze:

    odnoszę się oczywiście do „noci” nie do Moskwy Pietuszki

  6. Łukasz pisze:

    @ Marcin W

    Dzięki za wyłożenie tajników sztuki kulinarnej. Następną „nocię” przyrządzę na kości. Obiecuję.

  7. Jack the Lurker pisze:

    @Marcin W.

    Raacja, nie ma to jak treściwy (mięsisty?) komeć.

  8. fakeplasticgun pisze:

    wniosek jeden – trzeba bardziej rzucać mięsem

  9. Łukasz pisze:

    @ fakeplasticgun

    Gdyż mięso to podstawowe źródło energii i siły.

  10. peek-a-boo pisze:

    Moze i Wieniczka nie do konca nasz, ale juz ten kabel co go ukladał, a własciwie przekładał, to całkiem nasz. Od Moskwy po Wroclaw ;).

  11. Barts pisze:

    Umm, ale o samej książce to się za wiele z tej recenzji nie dowiedziałem. Wódczany Hunter Thompson w Moskwie, rajt?

  12. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Bilokacja, schizofrenia, harmonia. Dwóch panów z różnych systemów walutowych, ale wyprowadzających proste i obrotówki w tego samego uberbuca.

  13. Barts pisze:

    O, i tego zdania brakło mi w recce. ^^