Twierdzi DeLillo

Posted: 19th styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka

Karnawał w pełni, śmierci nie ma. Bawią się, ale nie u nas. U nas – po katolicku, na czarno, z popiołem po Viceroyach na mankiecie. U nich, wręcz przeciwnie. Kobiety w cekinach, kobiety w piórach, flamingi w ludzkiej skórze, ciekłokrystaliczne reklamy radości i grzechu, a wokół muzyka zamiast mowy. Tutaj jest inaczej. W sobotę szedłem Piotrkowską o godzinie dwudziestej drugiej z minutami i miałem się z pyszna. Obumarły sambodrom. Zamknięte banki, nieczynne biura, otwarte budki z kebabem. Przed klubami trwały sejmiki karków. Z etnicznych restauracjach ziało pustką i garam masalą. Szukające uciech dziewczęta truchtały w grupkach po trzy, cztery, i sprawiały wrażenie, że się tak do siebie garną nie tyle dla bezpieczeństwa, ile by zmaksymalizować efektu chichotu, którym traktowały wszystko co się rusza i jest od nich starsze. Aż do Struga nie natknąłem się na nikogo, kto by pląsał lub świadomie redukował swoją garderobę. Albo i jedno i drugie. Piszę „aż”, jakbym chciał zapowiedzieć, że na Struga, w okolicach Saspolu, powiedzmy, wpadłem w objęcia roznegliżowanego tłumu, lepkiej, nawijającej po cudzoziemsku i polsku masy, mieniącej się ławicy, wewnątrz której falowałem do rana. Nic z tego. Wrzucam ten namiar, chcąc tylko zaznaczyć gdzie skończyłem marsz. Odbiłem w prawo i już po minucie tłukłem się kultową 16 do domu. W niej mnie osaczyły ponure myśli. Wpierw o grupowych obyczajach rodaków, potem o własnych przywarach. Bo się przez kilka przystanków zajmowałem szukaniem metafor i wyrazów, za pomocą których można oddać zmienne tętno miasta – współgrające z ilością mroku, zależne od zawartości ludzi – i jak już na jakąś akuratną trafiałem, to w ślad za nią wyłaniała się z odmętu konkretna kwestia z DeLillo.

No tak… w sumie nie ma się czemu dziwić. W opisywaniu nowoczesnego polis Don nie ma sobie równych i to przy jego rantach o rytuałach ssaków żerujących pośród stali, szkła, chromu i betonu nieodmiennie stawiam krzyżyk i wykrzyknik. Co w moim prywatnym systemie metkowania wypowiedzi lirycznych jest ekwiwalentem oficjalnego terminu literaturoznawczego „tak, kurwa”.

Nie dziwiłem się zatem, za to wstyd we mnie urósł. Bo jak to, kolego? – wraziłem w siebie w ramach autointerrogacji. Każdej wiosny skręcasz się z niecierpliwości, wypatrując jego nowego tytułu i do tej pory nie osadziłeś na swoim blogasku żadnego o nim tekstu? W niewybredny sposób nagabujesz panie z wydawnictwa, wydębiasz półtorastronicowe próbki, zaklepujesz sobie pierwszy egzemplarz, nasłuchujesz kroków listonosza, który wcale nie dzwoni dwa razy, bo zostawia awizo – dowodząc tym podłym zagraniem, że ani chybi jest w zmowie z mafią paliwową, Yakuzą i emerytowanymi nazistami z Argentyny – i póki co nie odżałowałeś żadnego ze swoich wieczorów, by poinformować bliźnich i dalekich, że DeLillo wymiata, bezbłędnie definiuje współczesne demony, unaocznia, a nie naucza, wytwarza zdania, od których robi się na brzuszku ciepło? Sromota i jesteś nie nasz, chłopaku. Siądź przy biureczku i nadrób. Więc dzisiaj będzie o DeLillo.

O którym mógłbym naprawdę długo, bo mam na repetytywnej obczajce większość z jego książek, ale w niniejszym wpisie ograniczę się do tej – w moim odczuciu – najbardziej charakterystycznej i uniwersalnej. Bo tak jak „Podziemia” są monumentalne, „Biały szum” do szpiku ironiczny i przewrotny, „Gracze” genialni i boleśnie proroczy, „Libra” nostalgiczna, „Łańcuchowy pies” esencjonalny i niebezpieczny, „Cosmopolis” po cyberpunkowemu przenikliwy, a „Performerka” słaba, tak „Mao II” stanowi najlepsze wprowadzenie i zachętę dla tych, którzy chcą rozpocząć trip z DeLillo. „Mao II” to pozycja idealna dla początkujących i z tego powodu, że oprócz zalet, smaczków i delillowskich tour de force nosi w sobie także i typowe dla niego manieryzmy, które – przy braku z lekka fanatycznego podejścia i wyrozumiałości, która przecież nie jest optymalną strategią czytelniczą – mogą skutecznie zniechęcić do dalszego wgłębiania się w ouevre Dona.

Jak się już zdążyłem zorientować, krajowi recenzenci „Mao II” na ogół pomijają milczeniem prolog tej powieści, zatytułowany „Na stadionie Yankee” i zgrabnie przechodzą do fabularnego sedna. Moim zdaniem, to błąd. Bo właśnie w introdukcji zawarł DeLillo zestaw swoich podstawowych tez, które potem tylko rozwinął na ponad dwustu stronach akcji właściwej, by przetestować je na żywych, działających w utworze ochotnikach i zademonstrować ich demolujące skutki.

Oto Rodge i Maureen, białe zamożne małżeństwo w średnim wieku obserwuje z trybun Karen, swoją córkę, która uczestniczy w przedziwnej masowej uroczystości. Próbują jakoś zrozumieć to co widzą, wpasować ów akt do własnego systemu wartości i doświadczeń, określić jego znaczenie, nadać mu imię, w jakikolwiek sposób zneutralizować paniczny lęk jaki wywołuje w nich trzynaście tysięcy osób pogrążonych w obcym obrządku. Bo w przypadku Karen i jej rodziców mamy do czynienia z czymś o wiele donioślejszym niż banalny konflikt pokoleniowy, którego istotą bywa zazwyczaj ostentacyjne uzewnętrznianie buntu przez latorośl i dezaprobata seniorów. Nie o gotycką odzież, okolczykowaną waginę czy nocny powrót z prywatki tutaj się rozchodzi. Rozziew między nimi jest radykalny i ostateczny. Dzieli ich przepaść nie tyle generacji, co całej ery. To nie stare elegancko usuwane przez nowe, co nieznane miażdżące, likwidujące, utylizujące wszystko co bezpieczne i stałe. Karen bierze ślub. Lecz nie jest to dzień welonu i przejętych druhen. Karen należy do sekty Moona i właśnie dziś, w ciepłe amerykańskie popołudnie, odbywa się jej transformacja – jej i rzeszy podobnych jej kobiet i mężczyzn. Wszyscy oni dobrowolnie, pod wpływem nauk mistrza i głębokiego przekonania, że nareszcie odnaleźli sens, wyzbywają się naturalnego prawa do samostanowieniu o sobie i zdają się na jego łaskę. Przestają być jednostkami i zlewają w jeden organizm. O tym kto będzie ich partnerem przez resztę życia dowiedzieli się dwie doby temu. Wyboru dokonał za nich sam Moon – i sam Moon swoim autorytarnym swataniem przypieczętował ich los jako podporządkowanych, biernych, ubezwłasnowolnionych. Dla Rodge’a i Maureen to szok. Wszystko tutaj jest nienaturalne, na opak. Od ich córki kroczącej ramię w ramię z Koreańczykiem, oblubieńcem, z którym wcześniej rozmawiała kwadrans w pokoju hotelowym, przez miejsce ceremonii, nieckę stadionu baseballowego wypełnianą co weekend przez laicką przyjazną transcendencję, rutynową wrzawę, a zaanektowaną teraz przez emitujący parareligijną energię rój, zunifikowane stado bez osobowości i indywidualnych parametrów – aż po tego przerażającego skośnookiego guru, jawiącego się w centrum idola, oschłego boga o krępej posturze, który z ambony zainstalowanej na murawie rozdaje błogosławieństwa i wnika w DNA swoich świeżych dzieci. Dokoła błyskają flesze. Dokonuje się przechwycenia ekstazy, zminiaturyzowania jej i wtłoczenia w ramki kolejnych reprodukcji, redukowania rzeczywistości do ciemnych plam na jasnym tle, do zer i jedynek. Rodzice Karen nie są gotowi na taką zmianę – jak i nie są świadomi, że na ich oczach począł się inny świat. Wkroczyli w czas niepewności, rozregulowania ładu, braku oparcia, powszechnej negacji dotychczasowych wartości, końca obligatoryjnej wygody. Właśnie rozpuszczono bestie, na które nie działa krzyżyk, karta kredytowa i polisa. „Przyszłość należy do tłumów”, punktuje DeLillo w finale tej niepowtarzalnej sceny otwarcia.     

Reszta książki jest równie niepokojąca i zacna. To wielowarstwowa, skacząca z kontynentu na kontynent narracja o burzliwym schyłku dwudziestego wieku. W „Mao II” centralną postacią jest pisarz Bill Gray, Pynchon 2.0, który od dwudziestu trzech lat cyzeluje w głuszy swoją powieść i od ponad trzech dekad nie dopuszcza do siebie nikogo, poza parą zaufanych akolitów. Nie udziela wywiadów, nie występuje w Oprah Winfrey’s Show, w publicznym obiegu nie funkcjonuje nawet jego zdjęcie. Co paradoksalnie do maksimum podgrzewa zainteresowanie jego osobą – ta absencja uwiera ludzi, czytelników, media. Za głowę Gray’a magnaci prasowi obiecują krocie.

Ekstremalna postawa Billa Grey’a jest konsekwencją jego stanowczej opinii, że w ponowoczesności pozycję powieściopisarzy zajęli terroryści, zdeterminowani faceci z bombą za pazuchą wypchnęli z dyskursu wymoczkowatych beletrystów i obecnie oni formułują nagłówki gazet, organizują leady, na czerwono barwią pasek u dołu ekranu. Bojownicy odebrali moc, którą tryskali kiedyś artyści. A pisarstwo to wyschłe źródło – wsobne hobby, które już nie może liczyć na audytorium, niekończące się nigdy przestawianie literek w pokoju na piętrze.

Don DeLillo, didżej, który ma pod ręką tylko dołujące ciężkie kawałki

  1. arte pisze:

    ojejku, jak się zaczyna od Muna, to ja pędzę przed zakupami do biblioteki :) miałam kiedyś zajęcia z facetem od nich, który nam opowiadał o tym jak został dzięki Munowi „sparowany” ze swoją obecną żoną, i to było, jakby nie patrzeć, fascynujące.

  2. Łukasz pisze:

    @ arte

    Koniecznie dokonaj wypożyczenia. Do kompletu weź sobie „Biały szum” – a twój weekend będzie udany. Zapowiadają powrót zimy, więc tym bardziej po co z domu wychodzić? :)

  3. arte pisze:

    Biały szum został wykradziony!

  4. Łukasz pisze:

    @ arte

    To bez wątpienia robota mafii paliwowej! Można z allegro za 40 pln. A się nie tak dawno pałętało za kilkanaście. :)

  5. Jack the Lurker pisze:

    Moja osobista czołówka DeLillo układa się mniej-więcej tak:
    „Libra” (ojezusku, nic na to nie poradzę, że uwielbiam takie babranie się w charakterystyce; no i oczywiście samo to, że jest o zamachu na JFfK daje jej +10 do wszystkiego)
    potem
    „Gracze” (za znakomicie skonstruowaną fabułę)
    „Cosmopolis”, „Pies Łańcuchowy” i „Podziemia” plasują się gdzieś w środku stawki, a miejsca ostatnie (odpowiednio „posysa” i „posysa okrutnie”) to „Spadając” i „Performerka”

  6. Łukasz pisze:

    @ Jack the Lurker

    Spoko. Ładna drabinka. Ja bym trochę wywindował „Podziemia”, a obniżył pozycję „Libry”, bo wydaje mi się miejscami ciut przegadana. Ale ranty o facetach z klitek, którzy sycą się książkami i marzeniami o akcji bezpośredniej pierwsza klasa. W ogóle – rozpisanie tego spisku robi ciary. „Spadajac” wchłonałem bez bólu – musiała to byc wyjątkowo trudna dla DeLillo książka, biorąc pod uwage jego fanatyczne przywiązanie do NY i obsesyjne umieszczanie w każdej z powieści WTC. Musiał się poczuć jak prorok i sierota. „Performerka” to dziwo, którego wiecej nie chcę tknąć. Ale nie wiem, czy najnowszy (w Polsce w marcu) „Punkt Omega” nie jest z tej samej parafii. Nawet gdyby, to na jesień Robert Sudół wyrychtuje „The Names”, więc może to będzie okazja do kolejnych cmoknięć nad Donem.

    A gdzie w rankingu umieszczasz „Mao II”?

  7. Barts pisze:

    Hmm, a o tym Cosmopolis to byś kiedyś napisał coś więcej? Sounds like my kind of book.

  8. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Postaram się. Lecz z powodzeniem możesz brać w ciemno. Nowy Jork, ciekłokrystaliczne ekrany, rozruchy, postludzie.