Winterreise

Posted: 24th styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka

Dobra nowina. Wreszcie się skończyła ta niewydarzona aura, ni to maj po chuju, ni to łagodna jesień, która zjawiła się tutaj wraz z początkiem roku i swoimi chimerami – 7 na plusie, tramwaje o czasie, mżawki ewoluujące w ulewę, metrowi ludzie brykający na placu zabaw – destabilizowała przez niemal miesiąc prawidłowy obieg rzeczy. W styczniu musi być srogo. A nie – metroseksualnie i z uśmiechem na nieosłoniętych szalikiem ustach. Wymaga tego nie tylko ten wyższy, kosmiczny rozkład, ale i indywidualna ekonomia żywiołów u każdego zjadacza papieru. Komu teraz mrok i ziąb nie dołoży, ten później nie zaśpiewa. Tak to działa, mniej więcej.

Zima jest porą kumulacji, zasiewu, odkładania się toksyn, urazów, pretensji, wiązania się w jedno kompleksów i megalomanii – dopiero z takiej mieszanki powstają najlepsze kawałki. To okres legalnej melancholii, twórczej apatii, dołu głębszego niż gardło Sashy Grey, w którym jednak nie przepadasz na zawsze, lecz nabierasz mocy, by wrócić na wiosnę i w niepowtarzalnym stylu otworzyć sezon. Nie trafisz lepszej okazji, niż w tym idealnym kwartale między grudniem a lutym, na zwinięcie się w kulkę pod kocem, wytłumienie telefonu, obłożenie łóżka literaturą, miłe oscylowanie między jawą a snem, z fikcji w fikcję, poza zasięgiem. Islandia za oknem, Sigur Ros w pokoju.

Poza walorem stymulującym ma jeszcze zimę i tę zaletę, że za pomocą subwencjonowanej manny z nieba ubogaca rzeczywistość, upoetycznia wręcz, robiąc z trzeciorzędnej okolicy dekoracje wprost z liryków Roberta Frosta. Atoli nie wzmacnia wyłącznie ducha. Bo jej estetyka użytkowa sprawnie kamufluje także wykwity niskiej materii. Myślę tu o autach, architekturze z blachy falistej, awangardowych tablicach reklamowych w rodzaju „ZBYCHMEX. DZIANINY” i Appalachach z kału na trawnikach. Nie wiem, jak u was, kochani, ale u mnie, wnosząc z ilości i gramatury, odbywają się na osiedlu regularne parady kuców.  

Miałem właśnie taki weekend. Urwałem się z doczesności i czytałem Trumana Capote’a. Doświadczenie graniczne. Dwa i pół dnia wsłuchiwania się w głosy z Południa. Słuszne godziny, w trakcie których pobudzałem te ośrodki w mózgu, które odpowiadają za wytwarzanie nostalgii i zwoływanie duchów przeszłości. Bo jego proza zawiera wyjątkowy składnik, unikalną ingrediencję, która w kontakcie z przeczuloną jaźnią doprowadza do tego, że co chwila zawieszasz lekturę i odnajdujesz się we własnej opowieści. Nie dążysz ku finałowi, nie drążysz akapitów, by pozyskać konteksty i kąski. Hamujesz i chłoniesz. Próbujesz jakoś uporządkować wszystko to, co wali ci się na głowę. Utożsamiasz się nie dlatego, że znalazłeś brata-łatę na wyłączność, ziomka z tego samego pokolenia czy mędrca serwującego pożyteczne rady, ale dlatego, że Capote’a opisuje sytuacje i stany, które niegdyś były i twoim udziałem. To nie są jednak symbole – gładkie uogólnienia, w których przeglądać może się każdy. Dostajesz o wiele więcej. Otrzymujesz od niego w bezinteresownym darze sprofilowane pod ciebie przygody, nieszczęścia, losy. Pasujesz do nich jak ulał. Słyszysz głośne klik, gdy mechanizm zaskakuje i rusza. By zabrać cię w rajd nie tyle po utraconym raju, wskrzeszonym dzieciństwie, reanimowanej młodości, muzeum arkadii, lecz w o wiele bardziej ezoteryczne i ciekawe rejony. Poprzez narracje Trumana Capote’a fundujesz sobie regres – emocjonalną cofkę, dzięki której spadają z ciebie wyczynowe sztuczności, cynizm, pancerne łuski, którymi tak szczelnie obłożyłeś swoje ego, że z czasem uznałeś je za naturalną warstwę. Na krótko znów jesteś czysty i można cię zranić.  

Po tomie jego opowiadań – i nie tak dawnej epifanii spowodowanej powieścią „Inne ściany, inne głosy” – ciężko mi jakoś ogarnąć, że był w moim życiu taki moment, a nawet cała era, okrągłe gorsze dziesięciolecia, w trakcie którego nie znałem i nie czytałem Capote’a. Dotkliwa strata. Kupowałem go, co prawda, w ramach mieszczańskiego obowiązku kompletowania klasyki, składowałem pod C, odkurzałem, ale po niego nie sięgałem. Niepojęte, nieodgadnione. To jak nie zareagować na fakt, że ma się za sąsiadkę Monicę Bellucci, samotną, po spektakularnym rozwodzie, która co noc pali w oknie papierosy i nuci kancony o erotycznym niespełnieniu.  

Naprawiam to teraz. Wzniosłem obok swego barłogu stosik książek jego i o nim. Ufundowałem sobie prywatną wieżę Babel, dzięki której pewnego dnia rozgarnę chmury i ujrzę twarz tego przegiętego dziecka-boga, oblicze rozkapryszonego wyrostka przyłapanego na luksusowej pikiecie.  

Możecie mi nie wierzyć. Więc na próbę proponuję wyłuskajcie z „Te ściany są zimne i inne opowiadania” „Wspomnienie świąteczne”. Ręczę, że te niespełna dwadzieścia stron pokroi wam serce na wąskie paseczki i posypie solą.

  1. Barts pisze:

    Nie zgadzam się z teorią, jakoby w styczniu miało być zimno. Hiszpania, Baleary, Rio de Janeiro, Wyspy Kanaryjskie i Malezja mówią „hola! chłopcze!”

  2. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Jesteś azjatyckim Słowianinem, więc nie masz wyboru. Styczeń = Papa Mróz dostarcza.

  3. Barts pisze:

    Ej, ale ja serio nie znoszę zimna, więc dla mnie to były dwa tygodnie wytchnienia.