Angela Carter Power

Posted: 29th styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka

Otóż dostałem wczoraj maila. Pomyślałem – sława wyciąga po ciebie swoje wypielęgnowane dłonie, Łukasz. Nareszcie ziszcza się twój noworoczny sen o wyhodowaniu sobie na własność i wyłączność hufca czułych fanek. Czy nie o takiej opcji marzą blogerzy? Zwłaszcza ci, którym na karku ciąży już odium czwartej dekady i u których symptomy rozkładu coraz częściej biorą górę nad manifestacjami ekstazy. Ale – byśmy się dobrze zrozumieli. Nie pragnę teraz nijak umniejszać frajdy, jaką sprawiają mi fachowe komentarze, tykający licznik udostępnień, linki dyndające na oficjalnych stronach wydawnictw, szczere i rozbudowane dedykacje naniesione przez wzruszonych prozaików w egzemplarzach książek, które komplementowałem i klepnąłem na szczęście. Po prostu – taka wiadomość to coś więcej. Może nawet nie „więcej” – i nie „może”, a na pewno – w sensie „mocniej i milej”, ale w znaczeniu „inaczej”. Przyjemność kanalizująca się w odmienny sposób, brocząca w bardziej intymnych miejscach niż rozochocona satysfakcją twarz. I nie mówię tutaj o polucjach, erekcjach, oglądaniu nabrzmiałych tricepsów w lustrze. Te wyjątkowe sygnały z tamtej strony łącza zatrzymują bowiem serce, krzeszą ciarki na lędźwiach. Nie może być inaczej, skoro na dnie każdego literackiego bloga, którego autorem jest mężczyzna, pod piętrami bezinteresownej empatii, za warstwą karkołomnych fraz, błyskotliwych oracji, nowatorskich wykładni, za filtrami ostentacyjnej szczerości i ziomalskiej sztamy, odgrodzony smogiem z cotygodniowego auto-da-fe czai się nagi mięciutki facecik, który chce, żeby ktoś dla niego zwariował. Tak jest, mówię wam. On nie szuka czytelników, ale czcicieli. Najlepiej płci żeńskiej. Westalek, szahidek, potencjalnych Faustyn, ekstremalnych cór nowego kościoła, które są gotowe zdeformować sobie psyche. By się spełnić i ukończyć misję nie wystarczy mu poklask humanistów, bibliofili, pracowników kultury, rozjuszonych rssem drapieżników z wąsami, które wieczorami snują się po wirtualnej sawannie w poszukiwaniu kalorycznych notek i pyszności z literek. Ów cierpliwy łowca w owczej skórze czeka na prawdziwe zaangażowanie, oddanie, w którym rozpozna religijną żarliwość, potrzebę wyrzeczenia się części siebie, w ogole siebie, w imię nawiązania ekskluzywnego kontaktu ponad głowami szeregowych zjadaczy zer i jedynek, wprzęgnięcia się w fuzję dusz, otwarcia nieustającego transferu z jednej jaźni w drugą.

Więc napisała do mnie kobieta. Która już w pierwszych słowach zdemaskowała się jako stała i wierna subskrybenta Pocztówek z Paranoi. Mało tego – inicjalny akapit zawierał tak zaskakujący ładunek obeznania z wszelkimi kruczkami, tropami i wątkami jakimi dotąd nasyciłem swój sztambuszek, że z powodzeniem mogłem założyć, iż mam tu do czynienia nie z kompulsywną użytkowniczką, która drasnął któryś z moich tekstów, nie z niedzielną miłośniczką sztuki wysokiej, której zachciało się poklikać na temat Capote’a lub Rotha, lecz z wyrafinowaną lektorką, konsekwentną entuzjastką. A jej wiadomość to efekt żmudnych repetycji zawartości PzP, rozszczepiania na czworo nie tylko całych wpisów, ale i poszczególnych wyrazów, przeniknięcia do struktur, zaangażowania na poziomie sekciarskim. Czyli – kandydatka idealna. Znakomicie, wrzasnęła moja próżność. Zaczyna się, dodał po chwili efektownego namysłu ten utajony wewnętrzny organizator i łasuch, który pomiędzy tasiemcowatymi zdaniami rozstawia sidła i na obrzeżach tekstów umieszcza wonne zanęty. A potem wkłada pod język Niquitin Czwórkę i w spokoju dybie.

Oczami wyobraźni ujrzałem ją nie w pojedynczej i ostatecznej postaci, ale multiplikującą się w serię powierzchowności – ożywionych, zmiennych, różnorodnych – dla których wspólną była ochota na korespondencyjną zabawę w guru i grupie o oszklonym wzroku. Wokół tej stałej wizualizowałem sobie niuanse urody i symbole jej społecznego statusu. Czy to rozwinięta ponad wiek nastolatka, szczupła, szczwana i okrutna istota, która zapędza swoich licealnych profesorów w kozi róg za pomocą cytatów z Agembena i wyzywającego piercingu, a rówieśnikom w bokserkach gotuje noce pełne zmór i zmaz? A może mężatka, której dopiekła codzienność z małym fuhrerem, pasjonatem obiadów u mamy, pruskiego chowu i pism Waldemara Łysiaka? Poetka? Inkarnacja Sylwii Plath w systemie wersyfikacji i Dagny Przybyszewskiej w obejściu, czynny przez okrągłą dobę lazaret dla zapijaczonych i wrażliwych krytyków na kilkugodzinnym gigancie z familijnych pieleszy. Obrotna właścicielka firmy medialnej, rasowa czterdziestka +, wciąż owulująca, wciąż skora do harców, wciąż samotna? Nowoczesna dizajnerka ze stolicy nicowana przez staroświecką ennui, na próżno szukająca opoki i sensu w radykalnym wege, internetowym ruchu oporu wobec polityki CHRL, prenumeracie Krytyki Politycznej i felietonach Zbyszka Hołdysa? Któraś z moich sąsiadek? Mila Kunis po nauce polskiego metodą inwazyjną – głęboka hipnoza, Gombrowicz pod poduszką? Twoja mama?

Nie pobujałem sobie jednak zbyt długo na tej wdzięcznej halucynacji, moi kochani, nie pobujałem sobie. Co najgorsze – to mnie nabrano. Bo kolejne partie tej epistoły raptownie zaprzestały wydzielania miłych oparów i konstruktywnych duserów pod moim adresem. Odsunięto mnie od cyca, z którego dziarsko ciągnąłem pochwały, wysokooktanowe paliwo megalomanii. I nie dość, że zastopowano karmienie, to jeszcze wlepiono mi solidną porcję kopów i lewych prostych.

Pozer. Seksista. Tandeciarz. Buc. XXL. Erotoman. Faja. Absolwent polonistyki. Coelho. Faszysta. Oblech.

Więcej tagów nie pamiętam. Gdyby to był tylko ciąg inwektyw, struga moczu z trzewi frustratki… Ale nie – wszystko umotywowane, z literalnymi odniesieniami, poparte wyimkami ze mnie samego. Czarno na białym, krew na laptopie. Moja krew. Endru, już wiem jak się czułeś w 95 sekundzie pojedynku z Lennonxem Lewisem! Oszołomiony, onieśmielony, oprawiony analnie i opuszczony. A wokół wrzawa nieżyczliwego tłumu i fruwające obierki z cytrusów.

Ja byłem sam w pokoju, gdy dobrnąłem do ostatniej linijki tej filipiki. Nie miałem, co prawda, naocznych świadków, kibiców i szyderców, ale i tak opadło mnie wrażenie, że gram główna rolę w jakiejś wielkiej zaaranżowanej z wprawą bece, którą wykręcił mi los i ta kreatura o pseudonimie „ERIS”. Bo taką właśnie sygnaturę zostawiła mi na odchodnym

Który z wiązki zarzutów zranił mnie najbardziej? Każdy. Ale wyjątkowo źle odebrałem oskarżenie, że z braku laku i lepszych konceptów na zainteresowanie publiczności wulgaryzuję przestrzeń netowej wymiany substancji intelektualnych. Pragnę dać temu odpór. Gdyż posiadam wypracowaną i rozległą teorię co do pożytków – samych pożytków – z ubogacenia polszczyzny, tej suchej i niedoprawionej schedy po Janie z Czarnolasu i dziewiętnastowiecznych suchotnikach, bluzgami, inwektywami i związkami frazeologicznymi grubymi jak udo Beth Ditto. Z korzyścią, ku pokrzepieniu. Byle umiejętnie i z umiarem.

Precyzyjnie osadzony „chuj” wywołuje bowiem fale radości, które marszczą toń zadrukowanej strony aż po jej dziewiczy rant, metafora z „pizdą” – „świat smutny jak pizda”, dajmy na to – wylewnie i w lot wyraża to, co przez wieki dukali eremici i MC trip-hopu, nie ma dosadniejszego określenia iluminacji niż „pierdolnięcie”, udatniejszego zdefiniowania stanu melancholii i heideggerowskiej chrapki na bycie-ku-śmierci niż „od czwartku jestem w czarnej dupie”, celniejszej i bardziej kompleksowej charakterystyki bohatera, aniżeli taki początek narracji: „Dariusz był kutasem i kupował <Frondę>.”

Szerzej w tej kwestii wypowiem się kiedy indziej. Na dziś kończę. Bo nie chcę dać tej spowitej chmurą anonimowości maniaczce asumptu do kolejnej napaści. I w konsekwencji borykać się z migreną i sadzić następną kulawą eksplikację. Jestem po to, by siać piękno i dobro. A nie użerać się z zalogowanymi widmami. Trendsetter euforii, sufler o basowym głosie, kolo z blogrollki, brat i siostra w literaturze – oto moje powołanie. Będzie krótko i na kurwie: kurwa, kocham Angelę Carter. „Mądre dzieci” to najlepsza książka jaka przeczytałem w tym roku. Manifest życia, pochwała pisania i gigantyczny fakulec pokazany śmierci.

  1. nameste pisze:

    No, no. No no no. Zostałeś Przeczytany. (Wiesz przecież, jak to się skończy.)

    Angela Carter, tak. Co tu więcej mówić.

  2. kolega Tetrix pisze:

    Więcej, niż Przeczytany – Łukasz został Napisany…
    Furda eristyka, Gospodarzu, czyń dalej swoje, wierni czekają.

  3. […] Categories:  Czytanki, KKPP mojego sąsiada, kolegę Łuka­sza, co to w zboż­nym pla­nie uwo­dze­nia dziew­cząt posłu­guje się wul­gar­nym słow­nic­twem i oczy­ta­niem, któ­rego bym mu zazdro­ścił, gdy­by­śmy sobie wza­jem ksią­żek nie pożyczali: Będzie krótko i na kur­wie: kurwa, kocham Angelę Car­ter. „Mądre dzieci” to najlep­sza k… […]

  4. mrw pisze:

    pic or it didn’t

  5. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Jeszcze skończę jak Lennon. Albo Adrianna Biedrzyńska.

    @ kolega Tetrix

    A zauważyłeś, że skomentowali tylko panowie? Przypadek?

    @ mrw

    Tajemnica korespondencji, mimo wszystko.

  6. bez_portretu pisze:

    potraktuj podarowanie tobie takiego mnostwa uwagi jako komplement i odeslij do stu diablow.

  7. myriady pisze:

    „A zauważyłeś, że sko­men­towali tylko panowie? Przypadek” – po tym winien chyba nastąpić zalew przepełnionych emocjami komentarzy wyznawczyń, chętnych duchem, a i ciałem być może, wesprzeć idola swego, dla zatarcia wrażenia, jakoby tylko wierni płci męskiej pozostali przed ołtarzem…

  8. Łukasz pisze:

    @ bez_portretu

    Mam taki zamiar!

    @ myriady

    Ale nie nastąpił, niestety. Jestem sam w swoim kościele – samotny jak palec w uchu.

  9. peek-a-boo pisze:

    najbardziej podoba mi sie ostanie zdanie. A Wieczory cyrkowe Angeli są moim skromnym zdaniem jeszcze lepsze.
    Tylko proszę mnie do grupies nie grupowac i w szranki wzdychanek nie zaganiac ;)

  10. Łukasz pisze:

    @ peek-a-boo

    Ależ kto by miał to czynić? Nie lękajcie się, dziewczęta, na boga żywego.

    A co do Angeli to „Wieczory cyrkowe” już sobie naszykowałem u wezgłowia. :)

  11. Barts pisze:

    Zamiast okładki książki pani Carter powinno tu być Twoje zdjęcie, bo to przecież notka nie o książce, tylko o Tobie. Egocentryk.

  12. Barts pisze:

    Auch: zmilczę komentarz dotyczący fantazji o analnym sponiewieraniu przez kobietę, bo byłby mało finezyjny. Za to fraza ” wokół wrzawa nieżyczliwego tłumu i fruwające obierki z cytrusów” wchodzi od tej pory do mojego słownika.

  13. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Etam, egocentryk. Po prostu musisz wiedzieć, czy tekst pisał brunet czy blondyn. Tako rzecze Gombro. :)

  14. fan-terlika pisze:

    Odpadłem w trakcie tęczy grawitacji, deadline biblioteczny się kończył, co mam przedłużać, nie będę się oszukiwał, gubiłem się w tym w labiryncie po ciemku, szedł ktoś kiedyś labiryntem po ciemku? bo w normalnym to prosta sprawa, idziesz prawą stroną, dojdziesz, ale po ciemku sekunda nieuwagi, SEKUNDA, i już nie wiesz czy masz dupę tam, gdzie miałeś rękę, bo oczu nie masz, i tylko te błogosławione wysepki jasności, jak ci się trafi, jak ci się uda, no i odpadłem, w każdym razie, ale co teraz, dokąd iść? kim jestem? Muszę się z tego jakoś podnieść. Przyszedłem po poradę więc tu, bo przecież kocham, jak trwoga to do bloga. I znalazłem. Mądre Dzieci, tak. Dziękuje panie Łukaszu, dziękuje i całusy.

  15. Łukasz pisze:

    @ fan-terlika

    Och, ile miłych słów! Zachodź, zachodź jak najczęściej.

  16. ka pisze:

    Przeczytałam własnie nasze polskie „Mądre dzieci”. „Ekscentrycy” Włodzimierza Kowalewskiego wyd. w serii „Archipelagi” WAB w 2007r. Polecam.