Zjazd

Posted: 21st Maj 2010 by Łukasz in biblioteka
Możliwość komentowania Zjazd została wyłączona

Tutaj wszystko zaczyna się od plotki. Czytaj – relacji kumpla. Ziom Kaldera oznajmia mu, że pod Moskwą proklamowano nową utopię. Tak, pod Moskwą. Nie – jak to na ogół z utopiami bywa – na tropikalnej wyspie, czy żyznej planecie, ale w trzewiach stołecznego Babilonu. Pod warstwą asfaltu i ziemi zalęgła się jeszcze jedna autarkiczna społeczność. Grupa idealistów rekrutujących się z moskiewskiej klasy średniej pewnego dnia wyrzekła się bonusów i pokus hedonistycznej współczesności – i zstąpiła w głąb. Funkcjonują teraz na anulowanych stacjach metra i w przeciwatomowych bunkrach, zalegają w tunelach i kanałach – w opróżnionych z witalnego szpiku kościach miasta. Ciekawe, prawda? Kalder też dał się nabrać. 

Bo jako poszukiwacz zorganizowanych dziwactw i namiętny fan autsajderów nie mógł przecież nie wchłonąć takiego tematu jak dobrowolny exodus sytych i zabezpieczonych w rejony, w których przemieszkuje słowiański Cthulhu. Ujął go ten piękny gest bojkotu wobec dominującego kanonu zachowań, ta heroiczna prywacja, będąca wyzwaniem ciśniętym w tłustą fizys mieszkań o podwyższonym standardzie i trzydziestoletnich kredytów hipotecznych. Zbiegów nazywano diggersami. Postanowił wkraść się w ich łaski i wniknąć w szeregi grupy. A potem zrobić z tego reportaż. 

Życie boleśnie weryfikuje marzenia i projekty. Przy obróbce materiały okazało się, że druh Kaldera nieco przesadził. Nie było chtonicznej Pandory. Istnieli wyłącznie hobbyści, którzy niekiedy zaglądali do katakumb. Ale raz zainfekowana wyobraźnia przetrzymała terapię realiami. To była zbyt piękna wizja – plemię mieszczuchów wycofujące się na własne życzenie z cywilizacji – żeby dać jej sczeznąć w pliku FAKE. W molochu jak Moskwa ktoś musiał przecież żyć na dole, pod spodem, na poziomie -1. Kalder nie popuścił. Tak długo opukiwał, aż usłyszał odzew z tamtej strony. Odnalazł autentyk. Miał na imię Wadim.

digger_2-600x422[1]

Wadim jest całodobowym superherosem. W przeciwieństwie do swoich amerykańskich braci nie dysponuje, co prawda, pelerynką, ani obcisłym kostiumem z logo na torsie, ale ma swoim mózgu zaimplantowaną mapę moskiewskich podziemi i radiotelefon, na który drynda sam Putin, gdy ważą się losy Matki-Rosji. Kto czuwa nad bezpieczeństwem stolicy? Wadim. Komu z drogi schodzą klany kanibali, zmutowane półtorametrowe szczury, widma w maskach gazowych? Wadimowi. Do kogo udano się po pomoc w trakcie najazdu czeczeńskich terrorystów na teatr na Dubrowce? Do Wadima. Wadim też zostanie – za 200 dolarów – Wergiliuszem Kaldera. Lecz to co wreszcie ujrzy we wnętrzu Moskwy nie będzie prosperującym infernum, cylindrycznym Guantanamo, w którym grzeszników katuje się wrzątkiem i singlami Metallici. Nie będzie wypadkową ulicznych legend i lokacjami rasy przyszłości. Ciągi komunikacyjne, ścieki, plantacje wilgoci, nuda. I nic więcej. Nic więcej ponad banał, który można sobie wyobrazić siedząc w fotelu i nie opuszczając Szkocji. Trudno orzec, kto kogo wkręcił. Czy zrobił to Wadim roztaczając przed Kalderem efektowne miraże ukrytego porządku i prywatnych koneksji, czy sam Kalder był na tyle zafiksowany w przedmiocie diggersów, że za dobra monetę brał cokolwiek. Nawet wyssane z cycka paranoi opowieści Wadima. 

Pierwszą część „Dziwnych teleskopów” wieńczy nokautująca puenta. Ostatnia scena. Kalder opuszczający mieszkanie Wadima w poczuciu klęski i z gorzką świadomością własnej naiwności – Wadim wtulony w matkę, rozbity, żałosny, pokonany mitoman. Obrazek o paradygmatycznej mocy. 

O ile w „Zagubionym kosmonaucie” Kalder tropił i odkrywał zaginione państwa, namierzał niewidzialne nacje, zbierał kolorowe odpady globalizacji i był skrzętnym kronikarzem tajnej historii świata, o tyle „Dziwne teleskopy” są narracjami o indywiduach, a Kalder występuje w nich wyrozumiały kolekcjoner postaci dziwacznych i odklejonych, właściciel cyrku osobliwości, który przemierza Sojuza w pogoni za nowymi groteskowymi okazami. Dzięki czemu układa katalog fantastów, ludzi wylogowanych z rzeczywistości, wykopanych na margines, którzy na własną rękę organizują sobie karmę i u których zdrowa chęć i potrzeba wyodrębnienia się z tłumu przybrała formę tragikomicznej patologii. Dla nich to reszta trwa w niepojętym rozbudowanym obłędzie, chodząc do pracy, wiążąc się w mikrostada, frapując polityką, czy stresując się sutością konta i pozycją społeczną. Bohaterowie Kaldera są już wolni od ziemskich obciążeń. Dokonało się u nich przesunięcie, urwanie, nieodwracalne wychylenie w stronę innych układów i perspektyw. Odnaleźli pin do nowego otwarcia. I mają misję. 

Prócz Wadima, to ekskluzywne grono tworzą: Edward, uznający powszechną obecność demonów za fakt równie naturalny co funkcjonowanie akwizytorów i popów, namiętny użytkownik amatorskiej kamery video, na której uwiecznia opętanych i sesje egzorcyzmów; Wissarion, milicjant z drogówki, który ogłosił się Jezusem i założył Nowe Jeruzalem w środku tajgi; Sutjagin, były biznesmen i budowniczy największego na świecie drapacza chmur z drewna.

„Dziwne teleskopy” są relacjami z gruntownego odlotu czterech rosyjskojęzycznych facetów, którzy wywołują – i u Kaldera, i u czytelnika – zarazem podziw i zgrozę. Choć kwalifikują się, nawet po wstępnej obdukcji, na zamknięty oddział psychiatryczny, to zarazem każdy z nich generuje ten szczególny rodzaj szacunku z jakim patrzy się na Don Kichotów, wynalazców i prekursorów, którzy za cenę osobistej kompromitacji – a nierzadko i apokaliptycznego uszczerbku na ciele i duszy – gotowi są zrealizować w całości swe fantasmagoryczne koncepty. Tylko i wyłącznie dla siebie, bez widoków na konkretny blask i konkretną kasę. Byle działać wbrew nakazom epoki i wyczepić się z ordynku multiplikujących się lemingów w ludzkiej skórze.

Rosja Kaldera to Rosja „Biesów” i młodego Majakowskiego, piszącego: „Lubię patrzeć jak umierają dzieci”. Rosja z grzybobrań Pielewina i Bułhakowa – zwłaszcza ta z 12 rozdziału I części „Mistrza i Małgorzaty”. Kraj ekstremalnych nierówności społecznych, w którym pomiędzy bonzami a bomżami rozciąga się przestrzeń idealna dla najdzikszych idei – od kolejnych inkarnacji Mesjasza przez hajlujących ultranacjonalistów aż po cichych przemiłych obywateli hodujących na domowy użytek najróżniejsze manie i mity. Czytając o Rosji u Kaldera, uczestniczysz w jednym wielkim poziomie Stalkera – lądujesz w zonie, gdzie luzem harcują mutanty, kurioza i bardzo źle ubrani mężczyźni, oglądasz ziemię zoraną takimi kataklizmami jak jelcynowski kapitalizm i estetyka soc-u. Niezgorszy widok. 

SUTYAGIN_TOWER-412x600[1]

Pewnie można igrać z „Dziwnymi teleskopami” za pomocą wyrafinowanych interpretacji i wnikliwych wyszukiwarek kontekstów. Pewnie można je korelować i porównywać z opisami de Custine’a, Hugo-Badera i polskich zesłańców. A nawet dorobić i gnostyckie menu i obsługiwać tę niezwykłą książkę rozpoznaniami w rodzaju walki mroku (demony Edwarda) z jasnością (syberyjski syn boży), czy też migracji człowieka między górą (Wood Tower Sutjagina) a dołem (czeluście Wadima). Ale po co? „Dziwne teleskopy” to najpiękniejszy literacki helter skelter od lat. I tyle.

 

[zdjęcia pochodzą ze strony Daniela Kaldera: http://www.danielkalder.com/STimages1.html]

Comments are closed.