Są takie gówna, których żreć nie będę

Posted: 31st styczeń 2011 by Łukasz in biblioteka, rothacje

Nowy Roth. Na którego czekałem z utęsknieniem i narastającą niecierpliwością od ładnych kilku miesięcy. Bo odkąd zostałem wyznawcą Philipa Rotha i trendsetterem marki „Roth Super Power”, to spieszno mi do każdej kolejnej premiery jego książki na polskim rynku. By sobie jakoś osłodzić męki oczekiwania, wieczorami wprowadzam się w stan łagodnego otępienia, w czym skutecznie wspomaga mnie szklaneczka tego lub owego, wonna chmurka, lub rodzima sztuka filmowa, a swoje sny nastrajam na fale ultra długie i mroczne. Do innych praktyk, których się w swojej niedoli imam, praktyk nie tyle skracających dystans do momentu zero, co czyniących owe minuty i dnie nieco bardziej znośnymi, należą powtórki z dzieł mistrza i monitowanie pani z wydawnictwa, które Rotha publikuje. 

Naprawdę, jeśli się w końcu uformuje gdzieś kobieca grupa sprzeciwu wobec słów i czynów Łukasza Najdera, to jej członkinie nie będę się wcale rekrutować spośród moich byłych polonistek, wstrząśniętych purystek, które odnalazły mnie w tym nowym wirtualnym świecie i splotły w pięści swoje odwapnione palce, i nie ze skromnego katalogu moich eks, nie z kręgu tych kilku dziewcząt, którym nie sprostałem w dwuosobowej dżungli jaką jest miłość. Z całą pewnością zaś będą to pracownice oficyn wydawniczych. Tak, nie inaczej. Spojone wspólną niechęcią, wycieńczone udzielaniem odpowiedzi na seryjne interpelacje nienasyconego fana, rozeźlone eskalacją roszczeń i próśb – o tekst w pliku, o szczotki, o jeszcze ciepły od drukarskich pras egzemplarz. Smutne, zmordowane, wkurwione, gotowe w jednej chwili skanalizować swoją indywidualną awersję w zorganizowaną rewolucję, która obali i zetnie gościa tyranizującego wszystkie działy promocyjne w tym kraju.

Ale co tam. Od biedy mogą nawet porobić za ostatniego cara, czy wręcz kruchą Marię Antoninę. Byle tylko wejść w posiadanie unikatu i przeczytać go z tą wzruszającą i mobilizującą  świadomością, że pasożytuję sobie do woli na dziewiczych stronach, mam to, czego inni nie mają, jestem pierwszym odbiorcą przekazu z tamtego skraju kosmosu. Nie po to jednak, by zaanektować i dzierżyć pod korcem. Przeciwnie – w intencji późniejszego dzielenia się, namawiania, infekowania, puszczania w kółeczko jak szluga czy flaszkę.   

Niekiedy złe moce i złośliwe przypadki zawiązują sojusz i wówczas ustalona feta zmienia się w ruchome święto – Gwiazdkę co i rusz przesuwaną w kalendarzu. Tak było ze „Wzburzeniem” Philipa Rotha, na którego sposobiłem sie już w listopadzie, w grudniu ostrzyłem zęby, a dopadłem dopiero w styczniu. Warto było czekać. 

Bo to powieść wyjątkowa – napisana po mistrzowsku i robiąca czytelnikowi krzywdę. A to z tego powodu, że „Wzburzenie” nawet na sekundę nie odpuszcza i nie kokietuje stylistycznymi trikami, efektownymi intrygami, czy odautorskimi wlewkami frymuśnego poczucia humoru, lecz od początku do końca jest gorzkie, ironiczne, poważne, wspaniałe. To nowoczesny moralitet, w którym nie ma miejsca na mechaniczne pląsy symbolicznych postaci i demonstracje niewykonalnych w praktyce doktryn, ale w zamian jest sporo wolnej przestrzeni, w której mogą wybrzmieć podstawowe pytania i cisza w odpowiedzi.   

Oto Marcus Messner, dziewiętnastoletni syn koszernego rzeźnika z Newark, młodzieniec miażdżony nadopiekuńczością ojca i obojętnością zniewolonej przez obyczaje matki, pierzcha z rodzinnego domu na studia prawnicze do oddalonego o pięćset mil Ohio, by tam żyć po swojemu, poznawać, uczyć się i formować swoją duszę. To powinowaty Stefana Dedalusa, Holdena Caulfielda, Jamesa Leera i innych, wątłych, niebacznych, rozjebanych w sobie, którzy poszukują constansu w chaosie, autorytetu nie będącego bogiem czy kimś z rodziny, wartości trwałych i uniwersalnych, postaw nieuwikłanych w żenujące kompromisy i kolaboracje. Onieśmieleni i słabi, ale zarazem mocni i przekonani do swoich racji, z których toru nie chcą zstąpić nawet na milimetr, narażając się w ten sposób na pewną katastrofę i zabójczą konfrontację ze ścianą, na której widnieje napis: prawdziwy świat. 

Choć Marcusowi udaje się uciec przed starym porządkiem i jego strażnikami – i na pozór stanąć u wrót nowego i fascynującego – to jednak za sprawą swoich zasad i nieprzejednanego stanowiska wobec takich kwestii jak polityka, religia, wolność, wplątuje się tutaj w o wiele bardziej poważne kłopoty i skomplikowane relacje. Zbuntowany, nielubiany, skłócony z otoczeniem, odmawiający akcesu do jakiegokolwiek z bractw. Zaznaje erotycznej inicjacji z olśniewającą i wyzwoloną Olivią, ale ta więź rychło obraca się w tragiczny toksyczny związek. Odmawia udziału w mszach, które są obowiązkowe na terenie chrześcijańskiego uniwersytetu, przez co naraża się na gniew samego dziekana, piewcy dyscypliny, żarliwego i katońskiego obrońcy wsteczności, tradycji, krzyża i bucerskiego patriotyzmu, któremu – po serii przepięknych i retorycznie kryształowych filipik – rzuca w twarz stare harde amerykańskie: fuck you. Nie bacząc na konsekwencje w postaci karnego wydalenia. Jest rok 1951. Korea wzywa. 

Ale jak głosi motto tej powieści: są takie gówna, których żreć nie będę.

  1. anna pisze:

    boskie motto. jeszcze nie wiem, o co chodzi z tymi kobietami. w kontekście tego bloga.

  2. Łukasz pisze:

    @ anna

    Motto z e.e.cummingsa. A z kobietami to idzie o to, że ja zadręczam panie z wydawnictw, żeby mi udzielały informacji o moich ulubionych pisarzach, podsyłały świeżutkie wersje tłumaczeń etc.. I ów wyklęty lud ziemi któregoś dnia powstanie.

  3. anna pisze:

    akurat to zrozumiałam ;). obecność kobiet w Twoich wpisach jest jednak bardziej zastanawiająca (na razie do tego się ograniczę, bo czytam blog od niedawna). poza tym, dość smutne jest to, że panie zajmują się książkami panów, zamiast same je pisać.

  4. Łukasz pisze:

    @ anna

    A to przepraszam, że tak kawonaławowo zadziałałem.

    O kobietach dużo, bo ja z kobietami się chowałem, z kobietami głównie uczęszczałem do szkół o profilach humanistycznych, erotycznie i uczuciowo tylko z kobietami, zawodowo też z kobietami, że bywało ja jeden + 20 niewiast, teraz też pisarsko-recenzencko z kobietami, bo 95% działów promo to kobiety. I kobiety lubię bardzo czytać, bo inne spojrzenie, ciekawsze. Panowie dużo wydają, ale się to czesto na wartości nie przekłada. W ogóle – po pracy to też wolę z kobietami, bo chłopaki to jednak trzoda. No chyba, że tłumacze. Z tłumaczami lubię. :)

  5. Barts pisze:

    Czy Tobie się podobają książki tylko wtedy, kiedy robią czytelnikowi krzywdę? Bo ja, na ten przykład, bardzo lubię happy endy, taki już mam mieszczański gust.

  6. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Jak nie boli, to to nie jest literatura. To Klub Milośników Ksiażek oraz Spotkanie Z Ciekawym Człowiekiem.

  7. kolega Tetrix pisze:

    Literatura paliatywna – ja to widzę :)
    Also, tłumacze też umieją przytrzodzić. Potem jednak potrafią się z tego wytłumaczyć.