Auto da fe

Posted: 3rd marzec 2011 by Łukasz in demo emo

Miłe masakrycznego początki. Byłem wielce rad i w ogóle, gdy w miniony poniedziałek okazało się, że to co pilne, terminowe i zamówione, zostało już obrobione i posłane na serwer. Whoa!, se wrzasnąłem pod nosem. Wrzasnąłem na myśl o tygodniu, może nawet i półtora, luzu. Wreszcie zafunduję sobie obiecywaną od dawna frajdę. Nie, nie, moi kochani grzesznicy, wasza kosmata wyobraźnia myli się i sobie z wami igra. Gdyż nie marzyła mi się wcale schadzka z jakimś skośnookim kociakiem o jednosylabowym imieniu, półtorametrową Azjatką z wytatuowanymi cętkami na plecach i przekłutą wargą, która zjawiła się w mieście nad Łódką wprost z orientalnego smogu, by fotografować dwunożne osobniki o niskim kapitale ekonomicznym i kulturowym. Nie miałem w planach nawet czegoś tak prozaicznego i osiągalnego jak wyczynowe bachanalie z kolegami, czterodniowy ciąg legalnych ekstaz, wspomnienia z liceum, bardzo zła muzyka, wspólna zwałka na otomanie. Absolutnie żadna z tych form zużywania wolnego czasu nie wchodziła w grę i nie była przeze mnie brana pod uwagę. Wnosiłem o innego rodzaju przyjemność. Otóż mogłem wreszcie przeczytać coś dla siebie i przyjemności. Bez napiętej koncentracji, podkreśleń i produkowania notatek. Nie z zamiarem opowiedzenia o tym w radio, wysmażenia recenzji, czy nawilżania mikrofonu w trakcie żywiołowego krytycznoliterackiego panelu. Tak po prostu – jak kiedyś. Usiąść w fotelu i osunąć się w otchłań z liter. No, kurwa, nigdy wam nie wmawiałem, że prowadzę awanturnicze życie.   

Mój wybór padł na „Zabić drozda” Harper Lee. Bo i bo. A ponadto – nie znałem. Odsapnę sobie, poniucham rozżarzonego Południa, będzie dobrze, mniemałem. Niech cię chuj, Łukasz, że tak mniemałeś.

Z każdą kartką i z każdym rozdziałem tej najpiękniejszej prozy świata narastało bowiem we mnie coś dziwacznego i niepokojącego, co w końcu pękło i stało się błyskiem pod czaszką. Lecz nie przepadło w mroku po eksplozji. Wręcz przeciwnie. Iluminacja z czasem wyewoluowała w konstatację. Gorzką konstatację. Kurwa, wychodzi na to, że przeczytałem nie tę połowę literatury co potrzeba.      

Potraktujcie moją dramę poważnie. Nie rżyjcie z uciechy, piewcy postludzkości, trendsetterzy Kindle’a, Herostratesi z paluchem na przycisku RESET. Wytrzymajcie chwilę. Czy wiecie jak to jest mieć 35 lat i dojść do takiego wniosku? Genialne „Zabić drozda” to ledwie kropla, która przechyliła na mnie kadź. Wcześniej Capote, Hrabal, Angela Carter i tylu innych. Jak do tego doszło? Kto zawinił? Czemu kapitał swoich minut wykorzystałem, ślęcząc nad OuLiPo, monologami Bena z „Wściekłości i wrzasku”, eufonicznymi aluzjami w „Lolicie”? Moim świeżutkim siatkówkom wrzucałem „Finnegans Wake”. Sercu kazałem bić szybciej przy kawałkach Stanisława Czycza. Karmiłem zwoje Beckettem. Wykuwałem izmy, trendy, influencje, cały filologiczny Talmud. Z którego mam teraz tyle pożytku, co ze szczura smalcu. Kto mnie tak zaprogramował, że omijałem zacne opowieści, a wchłaniałem tonami te przewyrafinowane, przeestetyzowane, jałowe? Dlaczego swoją młodość przepuściłem w muzeach pustych awangardowych gestów?   

Przeczuwam, że przez lata byłem osią i ofiarą inteligentnie zorganizowanego spisku, w którym maczali swe czułki wykładowcy łódzkiej polonistyki, stołeczni krytycy, pracownicy biblioteki uniwersyteckiej, CIA i moje byłe dziewczyny. Te wyblakłe już miłości oskarżam dlatego, bo nie znalazła się pośród nich żadna na tyle wyszczekana i odważna, by wygarnąć mi, że weź, spierdalaj z tym Dos Passosem i daj coś autentycznego i pięknego, co zmiażdży mi sutki. Żadna.

Co teraz? Aż się boję sięgać po kolejne pozycje, by nie pogłębiać swego tragicznego stanu, swego upadku. Co powinienem zatem uczynić? Stanąć u wejścia na wydział filologiczny z transparentem w garści niczym wydymany przez system mikroprzedsiębiorca-szaleniec i wznosić okrzyki? Podrzyjcie listy lektur! Wywieźcie na taczkach ludzi od poetyki! A może opublikować w sieci żarliwy manifest, w którego podpunktach zawrę Nowy Dekalog Czytelnika? Przykazanie pierwsze: nie czytaj, bo i tak nie przeczytasz. Więc co? Czy nie najlepszym wyjście będzie efektownym akt kapitulacji i powtórzenie czynu profesora Kiena? 2700 książek jest o kilka kroków ode mnie. Prostokąt żywego ognia w czarnej kostce bloku.

  1. nameste pisze:

    Dobić? A co tam, dobiję. Tę połowę, co to jej nie przeczytałeś (że niby zajęty przez OuLiPo czy Becketta), to zwykli ludzie znajdują w menu kolacyjnym z ewentualną przedłużką-via-łóżko do śniadaniowego, stosownie do stopnia zaangażowania w (byłe) dziewczyny i/lub CIA. Szacowne instytucje kultury & edukacji, którym grozisz teraz spaleniem – one serwowały dania stołówkowe po kibucach z przyszłymi profi. Ach Harry Mathews, ach Ronald Firbank, ach Carpenter (czy Beckett) – czytani dla przyjemności. Ach, podwójnie stratny Ł.

    Jeśli przeżyjesz, doradzałbym porzucić i żal, i nadzieję. I czytać sobie.

  2. beatrix pisze:

    Zostałeś dobity, więc ja Cię podtrzymam. Doceń, że mogłeś docenić „Zabić drozda”. Myśle, że to jedna z tych książek, których, jeśli się nie przeczyta w odpowiednim czasie (czytaj: młodości zapalczywej i pochłąniającej) to już się potem nie odbierze tak, jak Ty odebrałeś. Znaczy – moim zdaniem – nie wszystko stracone.

  3. kolega Tetrix pisze:

    „Nie tę połowę”, fffffffffff – „nie ten procent”, raczej, abo i „nie ten promil”, zakładając, że Chandler miał rację i warto czytać WSZYSTKO, bo nawet najbardziej pokurwiony fabrykant słów może mieć przebłysk iluminacji i – co więcej – może zdoła ten przebłysk wrzucić na papier, a redakcja go nieopatrznie nie wytnie.
    Tempo globalnego przyrostu ciągów znaków już dawno przerosło możliwości przerobowe jednostki ludzkiej, a ciebie teraz olśniło? For shame, sir, for shame. Nie zjesz, nie spijesz, nie zbawisz, diabeł przyleci i porwie, emo-drama konsumenta to zespół afektowy rozpoznany już w XVIII wieku…

  4. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Nameste, czytałem komentarze do komentarzy do tekstów Joyce’a. Nie ma dla mnie ratunku.

    @ beatrix

    Dziękuję za wsparcie.

    @ kolega Tetrix

    Nie olśniło. Wiem, że nie zjem wszystkiego. Boleję tylko nad daniami, które trafiły na mój stół. Nad zaburzonym systemem selekcji.

  5. kolega Tetrix pisze:

    Ależ to właśnie tłumaczę – niezależnie od systemu selekcji, i tak miałbyś nad czym ubolewać. Każda dieta prędzej czy później okazałaby się niezrównoważoną, każde menu – ubogim, każdy kucharz wreszcie ukazałby niedogolony ryj Gordona Ramseya i nawrzucał jobów w koszmarnym śnie. Oto wielka tajemnica wiary, chciałoby się zaintonować.

  6. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Chyba kolega owe postulaty o pustym brzuszku pisał. Tyle kuchennego języka. :)

  7. nameste pisze:

    @kuchenny język: to może być moja wina, wybaczcie.

    (PS A wyłączyć żółte mordy dałoby się? Pliz?)

  8. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Zajrzałem w trzewia i nie widze takiej opcji. Posłałem zapytanie do Szpaka. Jak się nie zaczął odurzać, to może jeszcze dzisiaj coś zaradzi.

    Własnie, to ty biednemu Tetrixowi na diecie podsunąłeś słowa-klucze do spiżarki.

  9. kolega Tetrix pisze:

    3 wyrazy (słownie czy) = „tyle kuchennego języka”?
    To nie ja tu jestem głodny, najwyraźniej. Albo rozpowszechnia się MSZtowsko-TVNowski trend do liczenia przez mnożenie albo i silnię, co go tak pięknie Śledziu podsumował.