Unasienniacz

Posted: 11th marzec 2011 by Łukasz in biblioteka

Więc mnie kolega mój serdeczny poinstruował na skajpie, bym w trybie pilnym i nieodwołalnym wszedł w posiadanie pewnej tajemniczej książki o wielce obiecującym, acz chutliwym tytule, o której to nic a nic wcześniej nie wiedziałem. Jak to, kurwa, nic a nic nie wiesz o pewnej tajemniczej książce, którą ja ci, kolego, właśnie tutaj na skajpie polecam i instruuję, byś zdobył? – żachnął się, aż mu zachrzęściło w mikrofoniku, o 300 kilosów dalej ode mnie będąc. Nie w Polsce, a w Chorzowie. No nie wiedziałem. A kto napisał? Juz. Już? Juz, kurwa. Kurwa, taki Tatar. Juz Aleszkowski. A, już rozumiem, kurwa. Chuja, jak mniemam, rozumiesz, ale weź, nie czekaj, dupę w troki, dziś, jutro, koniecznie zbierz i się udaj gdzie potrzeba, a bez „Uwaga-orgazm!” nie wracaj, bo wstyd jedynie będzie i krzywo. Akurat, kurwa! Powiedzieć jedno, a zdobyć drugie. Bo dziesięć lat temu wyszła i teraz już za białego kruka, kurwa, kondora, czy dodo może chyba, kurwa, nawet, robi. Znikąd pomocy. Krzycz, krzycz, człowieku, wołaj o pomoc, to ci echo chujem wróci i jeszcze w plecy. Na allegro pusto, w antykwariatach pełno, lecz nie tego, co mi potrzeba. Oczywiście – najciemniej pod latarnią. Kolega, ten sam, ten sam, kurwa, co na Śląsku, w tym czarnym płucu Europy, zalega, on dzierży egzemplarz, ale wiem, przecież, że nie odstąpi, nawet na kilka dni chociaż, a i skanu nie wykona, bo, proszę panią, nie wstanę teraz i stał nie będę, naświetlał kartka po kartce. Nie, nie odstąpię, kurwa, na dni kilka choćby, wtóruje mi kolega w słuchawkach. I zaraz dodaje, na tym samym świszczącym nikotynowym dechu, że skanu też nie uczynię, bo, proszę panią, ja nie od tego, by wstawać i stać, podsuwać. Bardzo proszę próśb nie powielać i spierdalać, gdyż Marię uskuteczniam. Leżąc.

Licz na bliźniego, to nie pocałujesz nawet swego. Takim oto aforyzmem podsumowałem tę część mojej biografii i zastygłem w oczekiwaniu. Wreszcie – dopadłem. Nie wiem skąd i jakim cudem zjawiło się na aukcji, ale wnikał nie będę, bo jak żem obaczył, tak kliknąłem i wprowadziłem kod. Przyszło, przeczytałem. A potem przeczytałem raz jeszcze. Repetowałem, bo takie dobre i tak po zwojach trzaska. No i w końcu ogarnąłem czemu kolega wyzbyć się nie chciał i wolał za farmazona w moich oczach uchodzić, niż za funfla: bo „Uwaga-orgazm!” Juza Aleszkowskiego to ekstraordynaryjna powieść, od której ssawek nie można oderwać. Aleszkowski w pięknym stylu kontynuuje misję takich rozmontowywaczy opresyjnego systemu jak Gogol i Bułchakow. Zatem – seria za serią po bonzach, biurokratach, burakach i bucach. „Uwaga-orgazm!” jest groteską o takim procencie zawartości ironii i absurdu, że skręcają się od niej włosy w nosie. Kiszki też.   

To historia byłego kieszonkowca, kolesia z nizin, gita z łagierną przeszłością, Mikołaja Mikołajewicza, o którego znienacka upomniała się prężna sowiecka nauka w prężnych latach pięćdziesiątych minionego wieku. Owa nauka przeflancowała go ze stanowiska szeregowego pomagiera w tajnym instytucie badawczym na posadę obiektu ważkich doświadczeń. Mikołaj nie był jednakowoż li wyłącznie biernym eksponatem, do którego dołącza się rurki i kabelki, ale wyjątkowo aktywnym uczestnikiem, by nie rzec, członkiem, eksperymentu. Otóż we wzniosłych celach i dla dobra ludzkości, zwłaszcza tej czerwonej, musiał regularnie utaczać z siebie spermę. Co w mikołajewiczowskim słowniku oznacza „małafię”. Wiec małafię Mikołaj Mikołajewicz dostarczał. Na komendę „uwaga-orgazm!”. I zrzut do probówki. Praca lekka, bo wszakże fach w ręku, łatwa i przyjemna. Spirytus z przydziału, by wlać w siebie, a resztą wyjaławiać prącie. Nawet jak się raz i drugi Mikołajowi zdarzyło sflaczeć, a to z racji nadmiernego wyzysku surowca, to mu zafundowano żywy receptor we wdzięcznej postaci Włady Juriewny, która to i radą służy, i wolnym ramieniem nawet. Zresztą – nie ma się co liczyć z koszami, najważniejsze są efekty. Jako że nasienie Mikołaja wykazuje się niecodziennymi parametrami, więc i nie dziwota, że jest cenniejsze niż złoto w płynie. Testuje się je na tysiąc różnych sposobów i na okoliczność tak śmiałych projektów jak wyhodowanie plemników odpornych na wybuch bomby atomowej, zapłodnienie macicy z plastiku, czy też wytwarzania za pomocą masturbacji energii elektrycznej. A i to nie koniec.

„Uwaga-orgazm!” to bluzg na bluzgu, turbobluzg i bluzg do sześcianu. Wulgaryzmy wklejone w ciętą skondensowaną fraz, powleczone ludowym poczuciem humoru i zdynamizowane złodziejską kminą. Sytuacja fabularnie mocno przypomina tę, jaką znaleźć można i w „Omon Ra” Pielewina. Czyli sowieckie ośrodki doświadczalne, sekretne laboratoria, zalegalizowany nonsens i gigantyczne wszechoszustwo władzy. Rubaszna i przekomiczna metafora okrutnych czasów.

A Mikołaj Mikołajewicz jako Unasienniacz to nie tylko kapitalny gieroj wschodniej popkultury, ale i dysponent tak ekstremalnie pysznej nawijki, że z kimś takim u boku w realu można by zaryzykować wyprawę pociągiem osobowym do Krasnojarska. Ni chuja. Pozycja obowiązkowa.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Oj pffff, tropienie po aukcjach…
    http://lib.rus.ec/b/122524/read
    Jakkolwiek, przyznaję, w tym wariancie pojawia się srogi filtr pokoleniowy. Pokolenie nieznających cyrylicy ma przegwizdane.

  2. kolega Tetrix pisze:

    Po zapoznaniu się mam do powyższej noci jedno zastrzeżenie: „powieść”? Dzieje się tyle, że dałoby się powieść obdzielić, ale metrażowo rzecz raczej do „Tuzina z ręki”, gdzie zresztą faktycznie mogłaby godnie reprezentować odpowiedni „sektor rynku”. Chyba nawet lepsze, niż dokonania Zoszczenki.

  3. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    No to może jakaś forma pośrednia między powieścią a opowiadaniem. Dla mnie opowiadanie to jednak kilka czy kilkanaście stron i szlus. Najważniejsze – że się podobało. A za tydzień, dwa, rzucę ci na pożarcie kolejnego znakomitego łajt raszian na pożarcie. Obaczysz pan.

  4. kolega Tetrix pisze:

    Nowela zatem, tee hee.

    Natomiast mam nadzieję, że ten Raszian to nie będzie Zachar Prilepin, bo w jego talent mimo lanserki w GW nie uwierzę. Za dużo wannabe, a i zwykłej bucery.

  5. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Najn, to nie Prilepin. A on rzeczywiście tak słabuje? „Sankję” mam, ale nie czytałem jeszcze.

  6. kolega Tetrix pisze:

    Kiedyś, prawda, była „Młoda gwardia” Fadiejewa, albo Moczarowskie „Barwy walki”. Teraz jest „Sańkja”. Niepojęta, a wymagająca ślepej wiary Rosja, ideologia pret-a-porter, i siła ognia, która rozwieje resztkę wątpliwości. Co z tego, że Fadiejew pisał błagonadiożnie, a Prilepin nie…
    A „Terra Tartarara” (non-fiction w takim sensie, w jakim blogi na Salonie24 są non-fiction) jest dla nie-nacboli niemal nie do przeczytania, i piszę to mimo respektu, jaki żywiłem i wciąż żywię do Anny Politkowskiej.

  7. beatrix pisze:

    Ha, upolowałam! Poczytamy, zobaczymy …