Wuj Luys

Posted: 17th marzec 2011 by Łukasz in biblioteka

Siedziałem sobie po cichutku w domu i niezobowiązująco rozmyślałem, jak to mam wieczorem w zwyczaju, o nicości, kobietach i literaturze w twardej oprawie. Półmrok, pół litra czarnej gorącej herbaty. Pistacjowy fotel z wysuwaną podstawką pod nogi. Lenistwo i powolność jako credo nie tylko moje, ale i całej dookolnej rzeczywistości. Wewnętrzne procesy mielące na jałowym biegu. Bezpiecznie, ciepło. Stan czujnego rozprężenia – rozbiegówka snu, w trakcie trwania której nawiedzają głowę rewolucyjny idee, niezłe pomysły na opowiadanie, chmary kąśliwych wspomnień. Nie inaczej było i dzisiaj. Miałem właśnie spuentować jeden z wątków moich dociekań, gdy w przedpokoju odezwał się gong. Głębokie omdlewające tony. Pięć, sześć sekund melodyjnego alarmu – kulturalnego larum, które oznajmia przybycie intruza. Tak naprawdę owe dystyngowane brzmienia wydawał z siebie nie jakiś zacny odrestaurowany wiktoriański mechanizm, ale zwykły chiński dzwonek, toporne pudełeczko o polifonicznej mocy, które oferowało ponad dwadzieścia różnych odgłosów, w tym ptasie arie i minimalistyczne aranżacje hitów latino. Po trzeciej serii wiedziałem, że ten kto czai się za progiem już nie odpuści. Ale kto to być może? Za późno na listonosza, za wcześnie na sąsiada w potrzebie. Wstałem. Niczym bohater peerelowskiej powieści kryminalnej, zmełłem przekleństwo pod nosem i otworzyłem drzwi. Przede mną stały dwie panie w wieku poprodukcyjnym, uberecone jak się należy i ukozaczone, pomimo temperatury dodatniej i wiosny zimą za oknem. Na obu wisiały beżowe płaszcze wzbogacone u kołnierza szklącymi się skalpami zwierząt futerkowych. Uśmiechały się od ucha do ucha. Tak, tak, znam tę użytkową radość, tą euforię będącą wizytówką zalegalizowanego obłędu, tę wtopioną na stałe w mimikę obecność Pana. Czekałem więc. Doczekałem się zatem.    

 

– Witam! Jak pan sądzi, czy nadszedł już czas? Czy nadeszła wreszcie pora na Królestwo Łaski Na Ziemi? – rzuciła we mnie ta niższa, ani chybi herszt komanda. Wyższa natomiast wyciągnęła przed siebie w zachęcającym geście kolorowy periodyk, na okładce którego ukrzyżowany Jezus wyglądał jak trofeum entomologa – insekt o szczątkowych skrzydłach, otruty eterem, przyszpilony, unieruchomiony, z krótką łacińska definicją zainstalowaną pod odnóżami. Mimo że pod pachą dzierżyła konkretny rulon, to odżałowała mi tylko sztukę. Trudno, moja strata.

– Kto według pana rządzi światem? Komu oddajemy cześć? Dla kogo zginamy kark? Kto nas może wyswobodzić? Do kogo się zwrócić w obliczu triumfu złego? – licytowały się jedna przed drugą, Kilka kropelek natchnionej śliny wylądowało na moich policzkach. Wściekłe Protezy, pod takim szyldem mogłyby ruszyć w trasę. Czuć było od nich naftaliną i umiłowaniem bliźniego. Zapamiętam was, siostry.

– Kto rządzi światem? – wrzasnęły równocześnie, dosadnie, w duecie.

– Nie wiem – odpowiedziałem i wytłumiłem ich kolejne interrogacje pancernymi drzwiami. – Nie wiem, ale przeczytałem ostatnio niezwykłą książkę i chcę o tym pogadać – dodałem do siebie w pustym mieszkaniu. 

Przeczytałem po raz drugi. Po raz pierwszy zrobiłem to latem minionego roku, na fali iberyjskiego entuzjazmu, wywołanego urlopem w Barcelonie. I już wówczas, jeszcze w trakcie wchłaniania tych kapitalnych niepowtarzalnych literek, tego zacieru z komizmu i erotyki,  poczułem, że do niej wrócę. Nie ma to tamto. Bo książka, o której mówię, „Dziewczyna w złotych majtkach” Juana Marse, bez dwóch zdań należy do kategorii książek-rzepów. Czyli takich, które się nie odczepiają i od których odczepić się tak łatwo nie można i nie sposób. One tkwią w mózgu, w specjalnej zakładce. Wżerają się w pamięć i wyglądają swojej okazji. Jak powieść Marse. Gdy sądziłem, że mam już z nią spokój, bo i przeczytana, i zamknięta z mlaśnięciem, i dawno, to nagle, bach!, obrywałem jakimś zdaniem z niej, sceną, dialogiem. Łapałem się na tym, że na własny użytek odtwarzam sobie jej chronologię i znikam w jej labiryntach. Krótko mówiąc – musiałem zaliczyć ją ponownie. Tak dla własnej przyjemności, jak i szczęścia ogółu, który niniejszym namawiam i sugeruję, że te dwieście stron z niewielkim okładem może stać się wam wyjątkową frajdą w porze morderczego polskiego przednówka.    

Treścią, sednem i kołem napędowym „Dziewczyny w złotych majtkach” jest psychomachia między Luysem Forestem, emerytowanym działaczem frankistowskim, byłym kronikarzem reżymu, wyblakłą gwiazdą nacjonalistów i z wolna dezaktualizującym się literatem, który w samotni nad brzegiem morza postanawia napisać swoją autobiografię, a Marianą, córką jego szwagierki. Mariana to dziewczę spowinowacone z takimi postaciami jak Dolores Haze, Holly Golightly i Sally Bowles. Jest dzika, nieujarzmiona, inteligentna i dysponuje językiem ostrym jak maczeta. Uwielbia seks i ducadosy. Przybyła do nadmorskiego domku wuja, by przeprowadzić z nim wywiad i zrobić o nim fotoreportaż. Forest prosi ją także o pomoc w swojej pracy. Mariana ma przepisywać na czysto kolejne rozdziały rozliczeniowej księgi wuja. Nie przeczuwa nawet, biedaczek, że ukręcił sobie tą propozycją bat na własny tyłek.

Właśnie. To jest najważniejsze – to o czym pisze Forest. Forest szczwany lis i były piesek generała Franco postanawia, w obliczu nadciągającej nieubłaganie starości – jak i równie nieubłaganych zmian w klimacie politycznym Hiszpanii – samemu sporządzić sobie laurkę i list pożegnalny do potomności. Wie, że nadchodzi czas ważenia krzywd i brania odpowiedzialności za to, po której stronie opowiedziało się w wojnie domowej i faszystowskiej smucie po jej zakończeniu. Był beneficjentem systemu i nie ma złudzeń, że historia jego życia pozostawiona bez specjalnej opieki i stosownej oprawy padnie łupem szukających odwetu dziennikarzy i badaczy. Boi się prawdy – bo tę prawdę zna.

Dlatego ucieka się do wszelkich możliwych sztuczek, by tylko wybielić mroczne epizody z przeszłości, w których gorliwie brał udział. A jeśli z jakichś powodów jest to niemożliwe – zaczernić je jeszcze bardziej. W swojej autobiografii sadzi napuszone rozpoetyzowane frazy, za pomocą których kreuje się na człowieka niewinnego, ufnego, pragnącego zawsze dobra dla swojego kraju i wyłącznie przez nieroztropność – lub pech – co i rusz wplątywanego w ideologiczne kabały i wątpliwe moralnie alianse. By osiągnąć ów efekt, bez najmniejszej żenady kłamie, konfabuluje, kręci. Przeinacza detale, jeśli to koniecznie, to nawet wymyśla je i uzupełnia nimi napisane wcześniej partie. Postanawia z liter zbudować swój pomnik – ukazać się światu jako ktoś, kto może i przejściowo stał w szeregu z tymi, co bili i hajlowali, ale wyjątkowo szybko – i w przeciwieństwie do innych – nabrał wątpliwości,  przechodził bolesne dylematy, na różne sposoby chciał się wykręcić z błękitnej dyktatury i marzył, by pewnego szczęsnego dnia ogolić wąsik a’la Caudillo. „Mundur na przykład wkładałem najrzadziej jak mogłem.”

Na szczęście na drodze Luysa Foresta stanęła Mariana i dała odpór jego manipulacjom. W znakomicie skomponowanych partiach dialogowych – błyskotliwych, ironicznych, do bólu szczerych – Marse zawarł proces deforestyzacji jego reminiscencji. Mariana ripostuje raz po raz i prostuje to co Forest ponaginał. Bez szczypty litości piętnuje i wylicza biograficzne machlojki wuja: kulał nie od wrażego szrapnela, ale od upadku w latrynie, nie ostrzelał w przypływie kryzysu sumienia frankistowskiego symbolu wymalowanego na swojej posiadłości, nie był obiektem zamachu etc. Okazuje się, że w życiu Foresta nie ma żadnej stałej – nieomal każda przytoczona przez niego w autobiografii sytuacja, fakt, interpretacja okazuje się fałszem. Mariana odziera tę oficjalną wersję z nagromadzonych warstw mniejszych i większych oszustw – i dociera do nagiej prawdy. Przy okazji wychodzi na jaw, że również w sferze ludzkiej i obyczajowej Forest jest mocno nieciekawym typem, który ożenił się dla pieniędzy i pozycji rodziny żony, zdradzał ją w małżeństwie, nie dbał o ich wspólne dzieci.

Resztę doczytajcie sami. Zaręczam, że przed wami jeszcze mnóstwo do odkrycia i niejeden raz ułożycie sobie usteczka w krągłe „o” na widok bezeceństw Mariany i pokazów mitomanii Foresta. Bo taka właśnie jest ta książka. Książka, w której nic nie jest tym, czy wydaje się, że jest. W której płynne są płcie, słowa i imiona. Tutaj zniewieściały facet może w mgnieniu oka stać się silną kobietą o wrażliwych sutkach, tu dzieci wyprowadzają na spacer po plaży niewidzialne psy, tutaj po zmroku ożywa rzeczywistość za oknem i wylegają demony przeszłości. A przede wszystkim w powieści Marse płynna i modyfikowalna jest prawda. To ona podlega najróżniejszym ciśnieniom i torturom – jest przeinaczana, wypaczana, łamana, składana od nowa, koloryzowana, unicestwiana, wskrzeszana w zdeformowanym kształcie. Marse uczy, że nie można ufać oku, uchu, dotykowi. Jak i za żadne skarby nie można wierzyć cudzym i własnym wspomnieniom. Mnemosyne to stara dziwka, którą da się przekonać do siebie bilonem.

Możecie także liczyć na sporą dozę pieprzu kajeńskiego. Bo relacja Forest – Mariana nie ogranicza się wyłącznie do trybu procesowego, to nie tylko wymiana kłopotliwych pytań i obelg. Pomimo konfliktu wartości łączy ich wzajemna fascynacja erotyczna, tym bardziej pasjonująca oboje, że występna – a występna z racji różnicy pokoleniowej i płytek tej samej krwi w żyłach. Ukradkowe macanki, oficjalna miłość oralna, satysfakcja czerpana z obserwowania dokazujących na całego ludzi, biseksualne harce młodzieży. Nie będziecie się nudzić.    

„Dziewczyna w złotych majtkach” to wirtuozerska robota literacka – demonstracja prawdziwego stylistycznego mistrzostwa. Marse to majster nad majstrami, który umie stopić w ultrazajmującą całość kilka skrajnie różnych odmian literatury i rejestrów języka. Przekonacie się, jaką skalą umiejętności dysponuje, gdy w trakcie lektury ujrzycie jak narracja właściwa ustępuje w pewnym momencie pola tekstowi pamiętnika, w którym co i rusz pojawiają się wylewne kontry Mariany, które są z kolei neutralizowane wazeliniarskimi komentarzami wuja. Ach!

Pozostaje jedynie żałować, że w nadwiślańskim narzeczu nie powstała dotąd podobna opowieść – taka, która by wyłoiła zadki zarówno weteranom etosu, jak i wiarusom ze służb. Może w przyszłości jakiś zdeterminowany stołeczny beletrysta weźmie się w garść i objawi się nam jako inkarnacja Marse. Póki co – przeczytajcie koniecznie „Dziewczynę w złotych majtkach”. Koniecznie

  1. kolega Tetrix pisze:

    …i już byłbym sprzedany i kupiony, gdyby nie sokole oko: „Znak”? Kurwości, „Znak”? Po Kubinie i Thorwaldzie jestem niemal pewien, że Kraków wypowiedział wojnę polszczyźnie.

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Panie, nie ma co wydziwiać. No chyba, że zafundujesz sobie jakiś ultraszybki kurs hiiszpańskiego. Warto, powiadam ci, poznać dziewczynę w złotych majtkach.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Tobie łatwo mówić, a ja mam lęki. Nawet jeśli Znakowi daleko jeszcze do dna upadku (to gdzieś tam, gdzie Stawiguda, siedziba Agencji „Solaris” – http://wydawnictwosolaris.pl/), to faule u nich bolą nawet bardziej, właśnie dlatego, że to Znak.