Operacja „Przygarnij Pigmeja”

Posted: 1st maj 2011 by Łukasz in biblioteka

Wolne. Które z przyjemnością zajmuję sobie lekturami, serialem „The Killing”, nagraniami Ancient Astronauts i spekulacjami na temat nicości. Moja dziewczyna wyjechała i wespół z koleżankami eksploruje Beskid Niski. Dzięki czemu miłość na kilka dni odpuszcza i występuje tylko w postaci krótkich wiadomości tekstowych, telepatii i ukłuć tęsknoty. Od przedwczoraj trwa w telewizji jakiś przedziwny tani spektakl, który z zapartym tchem obserwują te biedne istoty zwane ludźmi. Za to w naturze – impreza. Oficjalnie chyba rozpoczęto sezon prokreacji, bo o poranku idzie od lasu szkwał kląskań, syknięć i koloratur. Wszelkiego kalibru robaczki też z pewnością robią swoje, uwijając się tak obłędnie w ciepłym powietrzu. Siedzę przy oknie i piszę. Przede mną kilkanaście gatunków drzew, ponad którymi uformowała się zielona łuna. Za mną – „Pigmej” Chucka Palahniuka.

Do Palahniuka stosunek mam wyjątkowo emocjonalny, bo to jeden z tych szpeniów, których zdania wkręcają mi się w mózg i krążą miesiącami w moim krwioobiegu. Tak, uwielbiam go. Niewielu jest bowiem pisarzy z gatunku „kontrowersyjny biały literat”, u których prowokacja obyczajowa, cynizm i obscena nie funkcjonują jako zestaw efektownych metod podkręcania fabuły, nie są zaprogramowanymi elementami kampanii marketingowej, czy też składowymi niekontrolowanego odautorskiego wycieku prywatnych idiosynkrazji i frustracji, lecz stanowią pieczołowicie wyselekcjonowane środki artystycznego wyrazu, realizowane w beletrystycznej praktyce kolejne podpunkty mrocznej, apokaliptycznej, ironicznej i szokującej poetyki. Co absolutnie nie przeszkadza być Palahniukowi także wyśmienitym promotorem własnej osoby i twórczości – jegomościem robiącym ze swoich spotkań autorskich happeningi przechodzące do legendy, nagrywającym reklamowe tubki, udzielającym się w tok-szołach, korespondującym z fanami na całym świecie i prowadzącym otwarte warsztaty pisarskie.

Palahniuk to pisarz, który nie cofa się przed niczym. Palahniuk nie daje żadnych szans. Działa jak profesjonalny terrorysta. Zna cele i wywołuje katastrofy. Każda z jego książek to precyzyjnie zaplanowany akt destrukcji – pustosząca ingerencja w psyche czytelnika. Po ich lekturze nie można już tak po prostu wrócić do poprzedniego wcielenia, automatycznie konsumować i kompletować znajomych. One wywołują zmiany. I nie mam tu na myśli jakichś lajtowych przewartościowań w sferze estetyki. Lecz głębokie tektoniczne korekty duszy i wymierne przesunięcia na skali pryncypiów. Są to bowiem teksty, które już po serii pierwszych kontaktów nabierają mocy i znaczenia totemicznego. To są właśnie te strony, z których wymontowujesz co bardziej cyniczne frazy i robisz z nich statusy dnia na Facebooku, robisz z nich tymczasowe motta swojego życia. Przynajmniej ja tak mam.

Lecz Palahniuka nie należy, rzecz jasna, postrzegać i traktować jako prekursora, albo wynalazcę, pisarskiej strategii polegającej na wstrząsaniu żołądkiem odbiorcy i wywoływaniu u niego metafizycznych dreszczy za pomocą wyrachowanej kumulacji scen okrucieństwa, brutalizacji języka, ostentacyjnego nihilizmu i naturalistycznych opisów wieloosobowego seksu. Wystarczy przecież krótki spacer po lasach wiedzy, by skonstatować, że Chuck to w prostej duchowej linii prawnuk Boskiego Markiza. Sukcesor libertyńskiej oskomy na powiedzenie całej prawdy o naturze człowieka. Któraś tam z rzędu inkarnacja de Sade’a, obywająca się tym razem bez inkaustu i upudrowanej peruki, ale nie mniej łaknąca krwi drobnomieszczan i obskurantów. By jednak w krzywdzącym sposób nie degradować Palahniuka wyłącznie do roli reproduktora hardkorowych osiemnastowiecznych technik i tez, należy powiedzieć, iż w pierwszym rzędzie zalicza się on do tego wyjątkowego szczepu zajadłych niszczycieli, krytyków i bluźnierców, którzy poprzez negację zastałych treści, nakłuwanie balonu publicznej obłudy i demontaż sielskiego krajobrazu umysłowego – kojących widoczków, łagodnych perspektyw – wprowadzają do obiegu nowe treści, rażą nowymi potężnymi impulsami.

Bo tak jak oni, tak i Palahniuk obraca pióro w narzędzie chirurgiczne i za jego pomocą stara się dostać do miejsc wrażliwych jeszcze i odczuwających ból. Pragnie usunąć martwą tkankę społecznych konwenansów, zabobonów i dogmatów, żeby dowieść, iż to dopiero pod nią buzują autentyczne ludzkie instynkty i potrzeby. Czyni tak nie dla samego wstrząsu, ale z chęci uświadomienia współużytkownikom rzeczywistości ich sytuacji w świecie, odkłamania, zaburzenia iluzji, w której trwają. Palahniuk otwiera klatkę z kompleksami i traumami – i pozwala im hulać na wolności. Nie uznaje indywidualnych świętości i grupowego tabu. Leje napalmem równo.

„Pigmej” to powieść może nie tak wybitna jak „Fight Club” czy „Opętani”, ale z całą pewnością godna zainteresowania i w niejednym momencie dotkliwie drażniąca końcówki nerwowe. Przeczytałem ją ciągiem w sobotę i was też do tego gorąco namawiam.

Protagonistą w „Pigmeju” jest trzynastoletni agent totalitarnego azjatyckiego państwa, który pod przykrywką międzynarodowej wymiany dostaje się do Ameryki, by – wraz ze swoimi równie zakamuflowanymi ziomkami – przeprowadzić terrorystyczną operację CHAOS. Pigmej to maszyna do zabijania, mistrz zadawania śmierci gołymi rękoma, dziecko wprost z metodycznego chowu w laboratoriach nienawiści. Podobnie jak i inni agenci został w dzieciństwie siłą odebrany swoim rodzicom i wytresowany w nienawiści do wszystkiego co amerykańskie.

A nienawidzić jest co. Otóż po bliższej obdukcji rodzina Cedarów okazuje się zdegenerowaną familią, która pod werbalnymi deklaracjami i szerokimi uśmiechami skrywa rasizm, agresję, hipokryzję i obsesje seksualne. Wymownym symbolem tej ostatniej jest pani domu – pasjonatka wszelkiego rodzaju wibratorów i stymulatorów napędzanych energią alkaliczną, która na co dzień paraduje w podkoszulce z hasłem „Należę do Jezusa”. Lecz nie tylko oni są zakłamani i źli. Tyczy się to całego miasta i wszystkich jego mieszkańców. Mamy tutaj i księdza-pedofila, i nastoletnich przestępców, rabujących w biały dzień market, i szkolnych kolegów Pigmeja, którzy lubują się w zadawaniu bólu i upokarzaniu innych.

Pigmej, czyli Tajny Ja, Agent 67, powoli, acz systematycznie wnika w społeczność, zjednuje sobie jej sympatię, a nawet podziw, i przygotowuje się do operacji CHAOS. Pierwszym jej etapem jest zapładnianie Amerykanek przez agentów, drugim – destrukcja na masową skalę. W tym celu Pigmej przygotowuje wynalazek nazwany przez niego „Maszyna Pokoju”, z którym ma zamiar wylądować na wielkiej wystawie naukowej w Waszyngtonie. Oczywiście, nikt poza agentami nie wie, że to w istocie rozpylacz zabójczych toksyn.

Zwłaszcza na dwie kwestie chciałbym zwrócić waszą uwagę i z ich pomocą poduszczyć was do nabycia egzemplarza „Pigmeja”. O ile wciąż nie czujecie się poduszczeni. Pierwszą z nich jest kapitalny pomysł, by narratora wyposażyć w skaner wykrywający niewolące jednostkę grupowe rytuały. Tak, tak. Okazuje się mianowicie, że przy wnikliwej i zorientowanej na konkretne symptomy obserwacji wychodzi na jaw, że amerykańskie życie jest przepełnione narzuconymi z góry ceremoniami, które na pozór maja konsolidować społeczeństwo, a tak naprawdę przymuszają je do wzmożonej konsumpcji, morderczej rywalizacji i rozpłodowego seksu, produkującego kolejnych konsumentów. Ameryka to gigantyczny sklep, w którym na okrągło dudni ten sam przekaz: kup mnie, kup mnie, kup mnie. Gdy Pigmej wspomina swoją totalitarną ojczyznę, to jej karne obrządki prawie w niczym się nie różnią od tych, które widzi w Ameryce. Te w Ameryce są tylko wizualnie bardziej dopracowane.

Druga kwestia to języka Pigmeja w „Pigmeju”. Palahniuk znalazł fenomenalną formułę na to, by oddać wnętrze małego, krwiożerczego terrorysty. Połączył w jedno angielszczyznę użytkowaną przez młodocianego obcokrajowca, tegoż inklinacje do posługiwania się propagandową bombastycznością i patosem oraz komercyjne slogany made in USA. Dzięki temu otrzymaliśmy wybuchową mieszankę, która w praktyce działa tak:

„- Miło cię poznać, Pigmeju. Jestem wielebny Tony.
Usta Tajnego Ja mówią:
– Miło nawiązać kontakt, przebiegły sługusie zabobonu. Jak wasze zdrowie, marionetko szatana?
Przywódcza kultu porusza czołem, by podnieść jedną owłosiona brew w łuk nad okiem. Diabeł Tony zachowuje uśmiech i mówi:
– Ten młodzieniec powinien poćwiczyć angielski.”

Prócz tego w „Pigmeju” także samo dobro – makabryczne poczucie humoru, ironia, od której cierpnie skóra, penetracje analne, bomby domowego wyrobu, masakra w szkole (epicka scena rozgrywająca się w trakcie uczniowskiej symulacji obrad ONZ), amerykańskie świętości zbrukane, sponiewierane i wykoślawione krzywym zwierciadle palahniukowej satyry. Przygarnijcie „Pigmeja”.

  1. matylda_ab pisze:

    Zgadzam się, że po lekturze książek Palahniuka człowiek jest jakiś inny, rozbawiony i pełen jeszcze szoku, który powoduje lektura. Dla mnie to geniusz drwiny. Z jego świata wychodzi się z dodatkowym balastem na ramieniu, z olbrzymią satysfakcją i poczuciem autentycznej radości. Zazdroszczę, że jesteś już po lekturze. Mnie jak najbardziej przekonałeś swoją recenzją do „Pigmeja”. ;)

  2. ka pisze:

    Ja to nazywam czytelniczym timingiem. Podczas, gdy trwa festiwal marek UK i Watykanu, sięgnąć po książkę, która pokazuje właśnie to „czego nie widać”. Świadomie posługuję sie tytułem farsy Frayna, natomiast zdarzyło mi się kilka razy nieświadomie, intuicyjnie, w momentach medialnego wariactwa jak to, które teraz trwa, sięgnąć po książkę, która kilka poprzednich lat stała na półce nie wzbudzając mojego zainteresowania.
    Wobec dzisiejszego sukcesu marki USA, „Pigmej” wydaje mi sie taka właśnie książką.
    Tylko, że za żadnego afgańskiego boga nie potrafię zrozumieć dlaczego sukcesem został ogłoszony fakt, że wielkie państwo, po dziesieciu latach szukania, złapało, zabiło i utopiło JEDNEGO człowieka. Czego tu, kurwa, – myślę sobie , bo damom w moim wieku przeklinać nie wypada – nie widać?

  3. Łukasz pisze:

    @ matylda_ab

    W takim razie czyhaj, wyglądaj, bądź czujna. Za tydzień rusza przepremierowa sprzedaż na stronie wydawnictwa Niebieska Studnia.

    @ ka

    Och, 10 rocznica, wybory w USA za pasem, te sprawy. No i darmowa radość na mieście. Nie żebym tam jakoś specjalnie żałował jegomościa. Ale sama ideja, że nie odpuszczamy, tylko ścigamy do końca jest gut. Tylko nie powinna być utaplana w takim oceanie hipokryzji i wplątana w gierki, że sciągamy gościa tego a tego, kiedy nam pasuje, a nie kiedy jest okazja. Czytam teraz dużo ksiażek i opracowań o holocauście – i no i no way: dojeżdżać potwory nawet jeśli mają po 90 lat.