Ciepełko

Posted: 7th maj 2011 by Łukasz in biblioteka

Najnowszą powieść Iana McEwana zacząłem w dniu, w którym niepewny jeszcze swego maj zmienił się raptownie w regularny grudzień. Pierwsze rozdziały „Solar” chłonąłem zatem w stanie głębokiego pomieszania, wywołanego tak pasjonującą zawartością książki, jak i widowiskiem za oknem. Dawno nie było takiego w naturze wzburzenia. Co i rusz odrywałem wzrok od rządków literek zasadzonych wprawną angielską rączką, by się paść. Tłuste płatki śniegu bombardujące bogu ducha winna drzewa i trawniki, dywanowy zrzut czegoś co jest białe i przypomina chipsy, sodoma, gomora i cztery stopnie na plusie w trakcie majówki. Czytałem, zima z wolna odpuszczała. Gdy byłem w połowie, zredukowała się do bardziej pokojowych obrazków i dźwięków – jezdni lśniącej jak posadzka, rozgadanych rynien i pustki, pustki na przystankach, ścieżkach rowerowych, oficjalnych osiedlowych traktach i nielegalnych duktach wydeptanych z chęci sprawniejszego dostania się do wnętrza lasu. Następnego dnia jechałem o poranku do pracy i z tramwaju, gdy ten choć na chwilę przystanął, mogłem oglądać agonię mleczy. Piękna sprawa – wężowisko roślin unieruchomione jednym lodowatym chuchnięciem. We czwartek „Solar” był skończony.

„Solar” Iana McEwana to świetna, znakomicie napisana i po mistrzowsku skonstruowana powieść, którą czyta się z wypiekami na twarzy i dudniącym w głowie pytaniem: co dalej? Coraz rzadziej mi się zdarza bym odbierał książkę na takim poziomie – w rejestrach dzieciństwa, za pomocą nieskażonej chciwej percepcji. Ale „Solar” to właśnie taka rzecz. Przez takie opowieści zarywa się noce i gubi się dni, anuluje umówione od dawna spotkania, zostawia w spokoju filmy, stroni od sieci. Tylko fotel, lampka, płyn w zasięgu ręki i licznik w prawym dolnym rogu.

Jako że maestro McEwan zainstalował w swojej powieści całą masę niespodzianek, twistów i więcej niż nieoczekiwanych zakończeń paru istotnych wątków, to, pozwólcie, że nie będę się wdawał w szczegóły i literalną relację z jej treści, by nie odebrać wam przyjemności wpadania w potrzaski i rozdziawiania ust w wielkie „o”. Napiszę o tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie i wywindowało „Solar” bardzo wysoko w moim prywatnym rankingu.

A mianowicie – kreacja głównego bohatera. Tak, to jest to. McEwan sprawił się tutaj fantastycznie. Nie wykręcił się bowiem sianem i nie dostarczył jeszcze jednego sztucznego protagonisty – kukły wypchanej papierem, mówiącej głosem autora – ale powołał do życia autentyczną postać, kogoś kto ma krew, kości i niepowtarzalne DNA. Przez co „Solar” to 400 stron patrzenia na świat oczami Michaela Bearda, odczuwania i reagowania jego systemem nerwowym, mówienia nim, przeżywania jego kłopotów gastrycznych, miłosnych i wszelakich. McEwan oddał naturę Bearda w najdrobniejszych detalach, uchwycił w jego psyche niuanse cieniutkie jak włos, zarejestrował każde wahnięcie duszy i pozwolił ujadać jego kompleksom, fobiom i erotycznym obsesjom.

Michael Beard jest pięćdziesięcioparoletnim fizykiem, który w momencie rozpoczęcia „Solar” ma już za sobą pięć małżeństw i Nagrodę Nobla. Będziemy mu towarzyszyć przez najbliższą dekadę. Beard to niezwykle utalentowany naukowiec, ale o wiele gorszy człowiek. Jest nienasyconym lubieżnikiem, głodomorem i egoistą, który wszystko – kobiety, dania, alkohole – spożywa w ilościach hurtowych. Jeśli na horyzoncie zamajaczą jakiekolwiek choćby problemy i komplikacje związane z jego aktualnym związkiem, zajęciem czy pasją, natychmiast i bez słowa ulatnia się z takiego układu. To cyniczny pragmatyk i sukinsyn, który każdego traktuje instrumentalnie i używa, póki  ten może mu w czymś pomóc. Nie inaczej jest w przypadku zasadniczej kwestii „Solar”, czyli globalnego ocieplenia. Co do którego Beard odnosi się początkowo z lekceważeniem, uważając je za sensacyjną aferę wywołaną przez grupkę aktywistów i nawiedzonych. Gdy pewien młody naukowiec uświadomi mu jednak, że rozwiązania tyczące się alternatywnych źródeł energii, a takie niezbędne są w obliczu wyczerpywania się tradycyjnych surowców i szkód jakie powoduje ich eksploatacja, to przyszłość nie tylko nauki, ale i biznesu, Beard skwapliwie ogłosi się orędownikiem sprawy dziury ozonowej i topniejących lodowców. Przy okazji, ujmując to oględnie, przystosuje tegoż odkrycia i propozycje do własnych badań. A gdy ów zniknie z powieściowego światka, zadeklaruje się wręcz jako ich inicjator.

Podobne zasady towarzyszą mu w życiu prywatnym. Pięć żon to i tak zbyt mało, by zaspokoić gargantuiczny apetyt Bearda. Podczas każdego z małżeństw ma także po kilkanaście romansów. Po ostatnim z nich, gdy solennie postanawia już nigdy więcej nie legalizować żadnej ze swoich miłości, funduje sobie po prostu trzy kochanki jednocześnie, tyle że rozsiane w różnych miejscach globu. Nie chce mieć dzieci, a jeśli już któraś z jego towarzyszek zachodzi w ciążę, to wszelkimi możliwymi sposobami nakłania ją do aborcji. Gdy jedna z najświeższych zdobyczy przeciwstawia mu się i oświadcza, że bez względu na jego stanowisko i zachowanie, i tak urodzi, Beard wpada w furię. Potomek to dla niego tylko i wyłącznie ciężar, który może mu zaburzać przebieg jego hedonistycznych dni, a także dodatkowa przeszkoda na drodze do osiągnięcia swobody, kiedy już nasyci się i postanowi ruszyć ku następnej kobiecie.

Michael Beard to figura wiarygodna, uczciwa, kompletna. McEwan nie waha sie nawet przez chwilę i wszem i wobec okazuje całą serię jego wad. Beard jest flejtuchem, obżartuchem, kłamcą, tchórzem, bezwzględnym gnojem i małym chujkiem. A mimo to jest typem niezwykle człowieczym – z pewnością sytuuje się bliżej prawdy o ludzkiej istocie niż rzesza niepokalanych herosów, zawołanych wolontariuszy i uczuciowców jakich pełno w literaturze. Właśnie z takimi jak on mamy na co dzień do czynienia, a nie z idealnymi bytami wyciućkanymi z palucha przez pisarza.

W końcu jednak i Beard będzie musiał się zmierzyć z tym kim jest i w jaki sposób do tej pory postępował. W finale „Solar” zbiegną się wszystkie nitki – w niewielkiej miejscowości na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, na pustyni nękanej pięćdziesięciostopniowym upałem, gdzie ma się odbyć najważniejszy w naukowej karierze Bearda eksperyment, zjawią się ci, którym swego czasu zalazł głęboko za skórę. Dzięki nim przeznaczenie da o sobie wreszcie znać.

Zanim jednak do tego dojedzie, czytelnik „Solar” Iana McEwana zazna niesłychanej frajdy meandrując wraz z jego intrygą między melancholijną Anglią, oślepiającym biegunem północnym a rozżarzonym Nowym Meksykiem. Będzie uczestniczył w konferencjach naukowych, brukowych skandalach, zakulisowych igraszkach potężnych interesów, pomniejszych flirtach, rautach i scenach z życia rodzinnego. „Solar” to miażdżąca satyra na pseudonaukową i hipermedialną współczesność. Powieść pod każdy względem wyjątkowa i obłędnie wciągająca.

  1. blaise pisze:

    Właśnie czytam. Czasami boleśnie identyfikuję się z tym nieudacznikiem. Najbardziej z jego dupowatością. Bliskość tematów globalnego ocieplenia i współczesnej fizyki, dodaje soczystości lekturze.
    Jak na razie w histeryczny śmiech wprowadziła mnie scena ze starszą panią, brukowcami, miękkim pomidorem i szyderczym, ‚nazistowskim’ uśmiechem xD
    Rozkręca się wolno, ale kiedy wpada w koleiny, to czysta przyjemność strona za stroną!
    Pozdrowienia.

  2. blaise pisze:

    Plus, Beard mimo, że dupowaty, to nie jest pozbawiony pewnej charyzmy i uporu, która dodaje tylko uroku jego perypetiom.

  3. Łukasz pisze:

    @ blaise

    Cieszę się, że lektura podchodzi. Kracja Bearda jest absolutnie wyjątkowa. Te opisane z pietyzmem sceny pożerania czipsów!

  4. Natalia pisze:

    Nie czytałam jeszcze „Solara”, ale jestem oddaną fanką poprzednich powieści McEwana, ale raczej tych które lokalizują się w „warsztatowej”, nie „skandalizującej” (to moja klasyfikacja, może zaraz rozwinę, ale w sumie jeszcze nie wiem) fazie jego twórczości. Jedynym problemem, jaki miałam z odbiorem pierwszej jego książki, którą przeczytałam, czyli „Saturday”, było to, że postaci były tak banalnie nakreślone, że aż nie wierzyłam, że takie archetypy mogą istnieć. (dlatego na pewno skonfrontuję to doświadczenie z „Solarem”) Służyło to głównie wyeksponowaniu relacji rodzinnych, bo po tej linii biegło napięcie całej powieści, ale błagam – szlachetny lekarz, dobra, miła żona o wzorowym uzębieniu, syn, muzyk rockowy z duszą wrażliwca, córka poetka, gdzieś w tle majaczy zadawniony konflikt z dziadkiem, ale generalnie sielanka, dzieci nie piją alkoholu, rodzice uprawiają regularnie seks po iluśtam latach małżeństwa, ojciec chadza na koncerty rockowe kibicować synowi, a potem gotuje obiad, bo to nowoczesny model rodziny i kobiety są już wyemancypowane. Ale to naprawdę nieważne, a może nawet podkreśla kunszt literacki McEwana, bo to wielka sztuka ożywić ludzi z papieru. Każda scena jest tak dopracowywana, że ma się wrażenie, jakby się wchodziło do zestawu z lego. Flaubert by się nie powstydził. Druga rzecz, nigdy nie czytałam książki, która ma więcej woltów niż 220. Na okładce pewnego (chujowego zresztą, podejrzewam, że to Amber, ale nie chce mi się wstawać) wydania jego proza porównana jest do „pętli, która stopniowo zaciska się na szyi czytelnika”. I znowu pierwszy raz w życiu (McEwan rozdziewiczył mnie najwyraźniej na wielu polach) – tekst z okładki nie kłamie! (największym hitem jest oczywiście „Marquez patrzy na świat oczami zdziwionego dziecka”, czyli dyżurna notka na okładkę wszystkich powieści Marqueza wszystkich wydawnictw). Napięcie rośnie stopniowo, czuję je, chociaż nie wiem, co je powoduje, trudno uwierzyć, że są to opisany z chirurgiczną precyzją drobny incydent na ulicy, emocjonujący mecz w squasha, marginalne refleksje na temat sytuacji politycznej UK, demonstracja przeciwko udziałowi Wielkiej Brytanii w wojnie w Iraku gdzieś na drugim planie, kłótnia teścia i córki z przeszłości… Punkt kulminacyjny nie prowadzi do wybuchu, napięcie trochę się rozluźnia, ale trzyma za szyję aż do końca. I następnego dnia.
    Jest geniuszem budowania atmosfery. To samo zresztą dzieje się w „Atonement” – scena przy fontannie jest jedną z moim ulubionych w dziejach literatury (i znowu – Flaubert by się nie powstydził). Dużo mniej cenię sobie w wykonaniu McEwana opowiadania groteskowo-erotyczne, i to jest właśnie kategoria „skandalizująca”, w cudzysłowie, bo nie wiem, jaki krytyk literacki nie wstydzi się jeszcze używania słowa „skandal” lub „kontrowersja” w odniesieniu do literatury, po Nabokovie chyba trochę wstyd rumienić się nad historią o pedofilu. Czytałam niechronologicznie (i chwała, bo w odwrotnej kolejności nie wiem, czy dobrnęłabym do „Saturday”), więc byłam trochę rozczarowana opowiadaniami z „First love, last rites”, po „Ukojeniu”, chociaż pozostawiło po sobie niepokojący posmak odrealnienia, spodziewałam się czegoś więcej niż zbrodnia na tle seksualnym.
    PS. Może powinnam się przedstawić albo wytłumaczyć potok słów, znalazłam pocztówki z paranoi tydzień temu, przypadkiem, czytam też niechronologicznie, ale czuję, że mi nie opadnie. Łódź to bardzo mroczne miasto, tylko trochę za dużo gołębi.
    Pozdrawiam

  5. Łukasz pisze:

    @ Natalia

    Imponujacy wpis, dzięki. Mnie akurat też „Sobota” bardzo podeszła i nie odbierałem zaludniających ja postaci jako papierowe. Może istotnie McEwan nieco je wyidealizował, ale chyba tylko po to, żeby pokazać to demolujące pierdolnięcie ze strony brudnych, nieogolonych i złych. Że, wiesz, masz swój mały swiatek, w ktorym jesteś bogiem, porobiłeś sobie pola siłowe z drogich marek, dobrego adresu i zacnych logotypów, a tu raptem zjawia sie ktoś, kto ma to w tyłku i po prostu dobiera ci się do skóry. Podobnie robi DeLillo w „Cosmopolis”, gdzie pokazuje wymuskanego multimilionera, który żyje sobie w twierdzy ze szkła i chromu, a pewnego dnia musi się fizycznie skonfrontować z nieciekawymi typami. A „Betonowy ogród” McEwana znasz? O, bo to bardzo dobra literatura.

    A, i jak będziesz chciała tutaj coś skomentować, to absolutnie nie musisz się przedstawiać, ani z niczego tłumaczyć. Pisz co ci serce dyktuje.