Autobiogroth

Posted: 11th maj 2011 by Łukasz in biblioteka, rothacje
Możliwość komentowania Autobiogroth została wyłączona

Piszę te słowa, będąc już tak właściwie jedną nogą w rozedrganym od kosmicznej prędkości pociągu na trasie Łódź Fabryczna – Warszawa Centralna. Ruszam wraz ze składem o ósmej dwanaście rano. Po dwóch godzinach jazdy płaskim jak stół polskim interiorem ujrzę iglicę PKiN i wstąpię w rytmiczny szmer, jaki wydają żuwaczki amatorów papieru, gdy ci stłoczą się w tym samym czasie na ograniczonej przestrzeni. Jutro rozpoczynają się targi. Będę zatem niuchał, trzaskał fotki z ukrycia, podsłuchiwał, liczył fałdy na upudrowanych twarzach celebrytów, sprawdzał jacy pisarze generują najdłuższe kolejki i obmyślał chyże frazy, którymi później na blogu oddam swoje wrażenia. Ale to pieśni przyszłości. Teraz pora na recenzenckie sprawozdanie z przedprzedwczoraj, czyli lepkiej od wiosennego światła niedzieli, w trakcie której przeczytałem „Fakty” Philipa Rotha.


Dobrze jest być dzisiaj w Polsce fanem Philipa Rotha. Nie dość, że przekładają go najlepsi specjaliści w translatorskiej alchemii, tacy jak Jarniewicz i Jolanta Kozak, to jeszcze wydawca z roku na rok zwiększa obroty, dzięki czemu w 2011 dostaliśmy już rewelacyjne „Wzburzenie”, właśnie drukarnię opuściły „Fakty”, a w przeciągu miesiąca, półtora, powinniśmy dołożyć sobie na półeczkę jeszcze i „Upokorzenie”. Zatem – miła pogłębiona ekstaza.

„Fakty” to opowieść wyrazista, konkretna i powściągliwa w środkach wyrazu. To książka przeznaczona zarówno dla zapalonych rothystów, jak i tych, którzy pragną w końcu zaznać inicjacji.

Ci drudzy, drżący, czyści, niewtajemniczeni, w postaci „Faktów” otrzymają bardzo dobrze napisaną historię formowania się osobowości i tożsamości młodego człowieka w Ameryce lat czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Szczególnego rodzaju młodego człowieka, dodajmy. Chodzi bowiem o potomka rodziny żydowskiej, wywodzącego się z nieco prowincjonalnego Newark, który pragnie zostać pisarzem i samostanowiącą o sobie jednostkę. Co nie jest łatwe, gdyż duszę nieopierzonego Philipa Rotha chcą zaanektować i jego ortodoksyjni zorientowani ziomkowie, i wszelkiej maści świeckie wspólnoty w rodzaju wojska, bractw studenckich, partii politycznych. Philip jest ateistą, wolnomyślicielem i swobodnym duchem, którego parzą ograniczenia i zasady. Dąży do tego, by wyrażać siebie w nieskrępowany sposób. Wyjątkowo wcześnie ulatnia się z rodzicielskiego domu, zdobywa zawód i kształtuje swoją postawę wobec świata:

„Zamierzałem być ubogi i nieskalany – coś pomiędzy literackim kapłanem a bojownikiem intelektualnego oporu w dostatnim świńskim niebie Eisenhowera.”

Inna kwestią, na którą po częstokroć zwraca uwagę Roth jest ówczesny zakamuflowany, dyplomatyczny i morderczo wydajny antysemityzm, ograniczający udział Żydów w życiu publicznym i strącający ich na niższe szczeble hierarchii. Czegoś takiego zaznał ojciec Rotha – utalentowany agent ubezpieczeniowy, który pomimo indywidualnych predyspozycji i rekordowych osiągnięć musiał godzić się z gorszym stanowiskiem niż jego nie-żydowscy koledzy. Taka postawa gojów powodowała konsolidację społeczności żydowskiej, która wymagała od swoich przedstawicieli nieomal ślepego posłuszeństwa i odpowiadania atakiem na choćby najmniejszą próbę szkalowania i brukania wizerunku. Co z kolei doprowadziło do paradoksalnej sytuacji, gdy na dywaniku przed komisją do spraw zniesławiania wylądował sam Roth, któremu zarzucono, że w swoich debiutanckich opowiadaniach, zebranych w tomie „Goodbye, Columbus”, dopuścił się antysemityzmu i nienawiści do samego siebie jako Żyda. Tak zrozumiano jego krytyczne nastawienie wobec tradycji i dogmatów.

Ważny wątek „Faktów”, a właściwie wątki, tworzą relacje Rotha z jego licznych miłostek, związków i romansów. Poznajemy cała gamę kobiecych charakterów – od eterycznej intelektualistki Polly, przez paranoiczkę Josie, z którą pod wpływem ciążowego szantażu wziął ślub, aż po May Aldrigde, niezależną, wyemancypowaną, niezwykle stymulującą. Już wiadomo czemu fikcyjni bohaterowie Rotha są tak owładnięci seksem i przeciwna płcią. I tutaj jest idealny moment, by wskazać profity, które z lektury „Faktów” mogą wyciągnąć jego stali miłośnicy i zdeklarowani wyznawcy.

Bo po bogactwie, różnorodności i wieloznaczności, jaką niosą ze sobą takie rzeczy Rotha jak „Przeciwżycie”, „Operacja Shylock”, „Teatra Sabata” czy dowolna powieść z jego nieformalnej trylogii amerykańskiej, „Fakty” mogą wydać się niczym więcej ponad prostolinijnie zamyśloną autobiografią, w której autor czule wspomina focze futro matki i rodową klątwę w postaci wyrostka robaczkowego, dającego o sobie znać u męskich przedstawicieli Rothów zawsze w okolicach trzydziestki. Nic bardziej mylnego. W tym wypadku urok i wartość „Faktów” polega na możliwości zaobserwowania skąd się wywodzą i jakimi drogami trafiają do jego twórczości najbardziej dla niej istotne idee, problemy, osoby. Roth to pisarz bardzo mocno egotystyczny, czerpiący bez większego skrępowania surowiec z własnej biografii, by napędzać nim swój przemysł wytwarzający fikcję. W „Faktach” odnajdziemy wiele smaczków i zdarzeń, w tym szturm na żeńskie akademiki, interrogacje rabina, perypetie z Newark, które w mniej lub bardziej przetworzonym kształcie znalazły swoje miejsce na stronicach książek sygnowanych przez beletrystę Philipa Rotha.

A wszystkim, i prawiczkom, i pasjonatom, da do wiwatu niezwykły zabieg tego szczwanego lisa. Otóż „Fakty” otwiera list, który Roth pisze nie mniej ni więcej tylko do Nathana Zuckermana, swojego sztandarowego fikcyjnego bohatera, prosząc go o zdanie na temat „Faktów”, jak i przy okazji wykładając własne credo w przedmiocie tego co fikcyjne i tego co prawdziwe. Co gorsza – otrzymuje nań w finale miażdżąca odpowiedź, rozpoczynająca się od:

„Drogi Rocie, przeczytałem rękopis dwukrotnie. Oto moja szczera odpowiedź, o która prosisz: nie publikuj tego – o wiele lepiej wychodzi ci pisanie o mnie niż <rzetelne> zdawanie sprawy z własnego życia”.

Comments are closed.