Otkrytka z Warsaw

Posted: 15th maj 2011 by Łukasz in demo emo, socjeta

Warszawa to takie miasto, że idziesz sobie o poranku którąś z bocznych środmiejskich uliczek a tu, bach!, z naprzeciwka wyłania się Marek Sierocki. Obrzmiałe wargi, obrzmiały brzuch, czarna koszula z olbrzymim chińskim smokiem na klacie. Robisz wieczorem obchód Krakowskiego Przedmieścia i w jednej z restauracyjek zauważasz Żakowskiego knującego z Krzysztofem Materną nad talerzem czegoś co wygląda jakby kosztowało więcej niż buty, które masz na nogach. Tutaj na jednym chodniku stoją ci, którzy za pomocą wystawionych krzyży ściągają energię kosmiczną i żywi przedstawiciele permisywnej cywilizacji śmierci, wrzeszczący, żłopiący ukradkiem Desperados, sztachający się waniliowymi lulkami. Sporo cudzoziemców i policji. Nie to co w Łodzi, gdzie po zmroku występują tylko rdzenni łodzianie w tradycyjnych łódzkich odzieniach sportowych.


Miałem pokoik na Mazowieckiej – z oknami, które na Mazowiecką wychodziły. Dzięki czemu poniekąd uczestniczyłem w nocnych ucztach metropolii. Już w czwartek zwróciłem uwagę, że opodal, przed klubem „Party and Music”, dwóch złachanych jegomości układa na trotuarze autentyczny sztuczny czerwony dywan. Jak dźwignęli się z kolan, otarli pot ze skroni i wypuścili po obowiązkowej kurwie, to zaczęli rozstawiać złote słupki i scalać je za pomocą ozdobnego sznura grubego jak penis osła. Plecionego ozdobnego sznura o bordowej barwie. „O!” – pomyślałem sobie, mijając te przygotowania. W 305 zdążyłem wziąć kąpiel, skonsumować kolację i rozdzielić drugą i trzecią kolejkę kwadransem ciężkiego od znaczących sensów milczenia, kiedy się zaczęło. Najpierw usłyszałem, a potem zobaczyłem. Po raz pierwszy w życiu miałem do czynienia z tym zjawiskiem, więc zainstalowałem się na parapecie i chłonąłem. Przed ugarnirowane wejście zajeżdżali celebryci, na których czyhała zgraja czujnych paparazzi. Przybywał raczej garnitur gorszego sortu, gdyż w przeważającej mierze taksówkami lub też – co było ewidentnie widać z mojej komentatorskiej loży – wykorzystujący znajomych jako podwodę. Lśniły flesze i blade światło tłukło się między murami jakby to wiosenna burza stroboskopem anonsowała swoja rychłą wizytę. Ulicę wypełniały głosy fotografów, w których błagalny ton mieszał się w idealnych proporcjach z agresywną poufałością. „Tutaj, spójrz tutaj, jeszcze tutaj, nie rób nam tego, jeszcze, proszę!” I tak co pięć minut – auto, błyski, eksklamacje. Osobną nutę swoimi klaksonami wnosili rozsierdzeni kierowcy, którzy usiłowali przecisnąć się obok tej całej ceremonii. Któryś z nich w końcu krzyknął do jednej z ociągających się diw: „wypierdalaj do telewizora!”. Co było piękne i podsumowywało nie tylko jego rzeczywistość, w której materialna obecność trzeciorzędnych bóstw z ekranu stwarza wrażenie aberracji i wywołuje potrzebę ich natychmiastowej pacyfikacji i zredukowania do zapisu cyfrowego. Właśnie – wypierdalaj do telewizora!

Z piątku na sobotę nie uświadczyłeś co prawda na Mazowieckiej lokalnych sław, ale miałeś za to do czynienia z tym, co uchodzi za stołeczny lans. A przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Otóż wracając w okolicach 23 ze spotkania z przyjacielem wbiłem się w wiec plemienia, które szykuje się do rozpoczęcia jakiegoś dzikiego rytuału podtrzymującego ogólną witalność. Dziesiątki umalowanych ciał, otoczonych najróżniejszymi wyziewami, okolczykowanych, wytatuowanych, odurzonych, wnoszących w ofierze wino, opiekane mięso wieprzowe, tytoń i substancje psychoaktywne. Sami młodzi – starcy, czyli, jak sobie konstatowałem, każdy kto ukończył trzydzieści lat, zostali w lepiankach, żeby przeżuwać maniok na papkę i cerować juki. Fascynowało to, że oni tak naprawdę nic nie robili. Po prostu byli w umówionym miejscu i o ustalonej porze. Przez co otwarte lokale, ponad którymi żarzyły się inwitujące neony, automatycznie degradowały się do poziomu lichego pretekst, który ma tylko zatuszować ideę główną: to była ostentacyjna demonstracja młodości w każdej z jej fascynujących wymiarów – pochopnych sądów, nieobyczajnych zachowań, ryzykownego stroju. Wrzało jak w ulu. W oczy rzucały się zwłaszcza dziewczęta – istny wyrój nastoletnich piękności, które hipnotycznie kołysały się na ośmiocentymetrowych szpilkach, błyskały szkłami przerośniętych okularów, a na ich ustach utleniał się jaskrawy karmin. Chłopcy, młodziankowie, studenci pierwszego roku wyglądali pośród nich jak statyści – figuranci o chudych tyłkach, których wpuszczono na plan, żeby tworzyli żenujący kontrast. Ich bluzgi, luzackie pozy i srogie miny wypadały słabo i komicznie – Papa Dance próbujący swoich sił w death metalu. Kobiety rządzą, nie ma dwóch zdań.

W sobotę miałem chwilkę spokoju, żeby obejrzeć sobie PKiN, który z bocznej perspektywy, na tle dziewiczych błękitów godziny 9 rano, jawi się znakomicie i o niebo lepiej niż ten dookolny szklący się Hong-Kong dla ubogich. Jest nieziemski, teatralny, księżycowy. W jego pobliżu zauważyłem dziwną odmianę ptaków – mutanty o dziobie kruka, umaszczeniu gawrona i gabarytach brojlera, ani chybi jakaś tajna rządowa hodowla, którą w odpowiednim momencie rzucimy na Ruskich.

O targach mam w sumie niewiele do powiedzenia. Nie udziela mi się bowiem „specyficznym klimacie”, o którym co i rusz napomykali moi wczorajsi interlokutorzy, a że intensywnie i regularnie obcują z wydawcami, przez co mam dostęp do premier na miesiąc, półtora przed dniem zero, to i nad wyłożonymi na ladach tomami nie lewituje już roziskrzona aura tajemniczości, novum, dostępnej ekstazy. Tegoroczna edycja to dla mnie masa ruchomych tekstyliów, żrące wonie potu, zatkane trasy komunikacyjne, spiker mający problemy z poprawną wymową nazwisk, brak jakichkolwiek zacnych obcojęzycznych literatów, tradycyjnie ospały Głowacki w rozchełstanej białej koszuli, jakby przed sekundą opuścił party w Miami, osowiały Ziemkiewicz, Wolski o nieprzyjemnej napiętej twarzy, Kamil Sipowicz w przebraniu pajaca, ciągle żywy Papcio Chmiel. Ale wszystko to unormowane, mieszczańskie, pokojowe, bez zaskakujących zwrotów akcji i spektakularnych burd między artystami. Nic, kompletnie nic. Poza jednym skandalem – ciastko marchewkowe wielkości łapki trzymiesięcznego orangutana kosztowało 10 pln.

  1. nameste pisze:

    Pozory dystansu, kreowane przez Sprawozdawcę, nie przesłaniają jednak oznak szoku, rodzącego się gdzieś z kontrastu między lans-teatrzykiem a ziemniaczanym oparem gleby. Jak inaczej da się wytłumaczyć zwrot „aura lewituje”? (Ale cośmy się uchichali, to nasze.)

  2. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Och, panie kolego, ja zazwyczaj funkcjonuję między martwymi artefaktami i we własnym pokoju, więc tyle żywych wrażeń, ciał i nazwisk jednocześnie musiało zrobić swoje. A aura, no cóż.