Zgred zszedł

Posted: 22nd Maj 2011 by Łukasz in biblioteka

„Zgred” Rafała Ziemkiewicza to książka wyjątkowa. Absolutnie niepowtarzalna. Jedna z tych pozycji, które powinny znajdować się w biblioteczce każdego inteligentnego człowieka. A najlepiej pod tegoż ręką – u wezgłowia, na biurku, w plecaczku. Jak, nie przymierzając, płatek Apapa. Bo „Zgred” może służyć czytelnikom jeszcze długo długo po pierwszej lekturze. Nie będzie już, co prawda, stymulował ciekawości, ale przyniesie współmierne profity – tym razem lecznicze, doraźne. W chwilach zwątpienia, gdy przez duszę przetaczają się tornada złych energii, glątwa rośnie w ustach, a ja wiotczeje, wystarczy po niego sięgnąć, roztworzyć w dowolnym miejscu, przeczytać stronę, półtorej, i już można huknąć do siebie w akcie autopokrzepienia: o, kurwa, jak dobrze, że przynajmniej nie jestem tobą.

„Zgred” spełnia także i inną pożyteczną funkcję. Mianowicie jest w nim utrwalony w skali 1:1 okaz buca polskiego, najprawdziwszego ćwoka wyposażonego w mentalnego sumiastego wąsa, bęc i parę białych skarpet frotte, które jak ulał pasują w lipcu do sandałów. Nie wątpię, że przyszłe pokolenia, wyemancypowane, uśmiechnięte, europejskie, będą oglądały go z równą dozą zaskoczenia i zgrozy, z jaka my gapiliśmy się podczas szkolnych wycieczek do muzeum anatomii na spaczone płody, kadłubki i fenomeny z dodatkową kończyną pławiące się w sinej zalewie z formaliny. Bo to co reprezentuje sobą narrator tego utworu, o czym mówi otwarcie i napomyka półgębkiem, a co składa się na jego credo, stanowi tak przerażającą summę rodzimego wstecznictwa, srogości i intelektualnej biedy, że co i rusz łapałem się na przekornej myśli, czy aby nie mam w tym przypadku do czynienia z parodią. Albo sabotażem. Bo może jakiś lewicowy śpioch zakonspirowany w redakcji wydawcy zadziałał i w ostatniej chwili podmienił przygotowywany do druku plik? Nie, jednak nie.  Ale wszystko po kolei.

„Zgred” to książka w formie dziennika, który obejmuje okres od połowy lutego do połowy kwietnia 2010 roku, a jego autorem jest pisarz, dziennikarz i mędrzec-amator Rafalski. Nazwisko znaczące. To taki Ziemkiewicz, ale też taki trochę nie-Ziemkiewicz. Nie-Ziemkiewiczem, bo Rafalskim przecież, jest wówczas, gdy praży seriami nieuzasadnionych, a przynajmniej nieudowodnionych, oszczerstw, obelg i pomówień pod adresem konkretnych i żyjących w realu osób. Tutaj Ziemkiewicz zastosował myk w postaci literackiej maski, która ma zapewnić mu bezkarność i w obliczu ewentualnego pozwu sądowego skierować gniew i roszczenia oplutych prosto w fikcyjną pierś fikcyjnego nienawistnika Rafalskiego. Tego samego, który wykluł się z prawdziwego imienia Ziemkiewicza, Ziemkiewicza Właściwego. Bo tak to ma działać – z jednej strony boimy się procesów i wysupływania kabonki na zadośćuczyniające oświadczenia w tygodnikach, ale z drugiej musimy swoich fanów, adoratorów i wychowanków pobudzić i połechtać bodźcem na tyle mocnym, żeby Rodzina Radia RAZ zrozumiała od razu (a nie jest to lotne grono) z kim tak naprawdę ma do czynienia. Stad ta finezyjna charakteryzacja, swoim kunsztem przypominająca peruki, syntetyczne brody i ogromne okulary gości Ewy Drzyzgi, spod której rytmicznie dobywa się nieśmiertelna kwestia: to ja, Leclerc!

Rafalski jest Hiobem. Oprócz tego słowiańskim Katonem, Piotrem Skargą z XXI wieku, Rejtanem wielorazowego użytku, ostatnią nadzieją białych, męskich i normalnych. W kraju trwa apokalipsa i tyrania Mao Tse-Tuska. Co tam w RP – po całym świecie Szatan stąpa jako po swoim i wszędzie czyni psowania. Odpór dają mu nieliczni odważni, świadomi, impregnowani na relatywistyczno-lewacki wąglik tłoczony przez media. Do tego ekskluzywnego grona defensorów należy rzecz jasna Rafalski. On i jego koledzy z redakcji „Rzepy”, tworzący razem coś w rodzaju żywego Alamo, wokół którego systematycznie zacieśnia się krąg degeneratów, dzierżących w garściach maczety, kałasznikowy, blanty i korale do stymulacji analnej. Każda instytucja między Wisłą a Odrą jest zbutwiała, politycy rozdzielili się na Gang i Sektę, posiadacze odmiennego zdania niż obowiązujące i zatwierdzone na Czerskiej są szykanowani, dojeżdżani, pozbawiani pracy. Nawet jeśli zajmują jakieś eksponowane stanowiska w telewizji, radiu, czy prasie, to przecież tylko i wyłącznie w wyniku misternego ukartowania sytuacji przez wraże siły, które cudzymi łapami wpychają nieprzejednanych w blask oglądalności i mamony, żeby zrobić z nich pośmiechowisko i w odpowiednim momencie strącić z piedestału ku uciesze tłuszczy. Nie ma lekko. Źli nikomu nie odpuszczają. Oto tylko jeden z miliona przykładów na codzienną opresję garstki szlachetnych Polaków: córeczka Rafalskiego uczęszcza na zajęcia plastyczne do warszawskiej Zachęty, ale nie jest jej dane w spokoju rozwijać swoich rysunkowych predyspozycji, gdyż na ścianach tej podstępnej instytucji wiszą eksponaty zwyrodniałej sztuki współczesnej, przez co pacholę musi za pomocą zakrywania oczu bronić się przed dostępem do jej nieskalanej jaźni wizerunków genitaliów płci obojga.

Napisałem, że Rafalski to Hiob, gdyż oprócz klęsk o charakterze globalnym i ogólnym doświadcza on także katastrof w życiu prywatnym. Niedawno umarła mu matka, a teraz umierający jest teść, umierający jest także szwagier, połowica miała wypadek samochodowy, a sam Rafalski w kwiecie wieku zapada na cukrzycę. Ten ciąg nieszczęść tylko pogłębia tragizm jego położenia, a zarazem dowodzi heroizmu i nieludzkiej odporności na cierpienie. Wystawcie tylko sobie, ile potrzeba determinacji i hartu ducha, żeby tak każdego wieczoru opuszczać cieplutkie domowe pielesze, żonkę, parę córeczek, i w samotności własnego gabinetu szarżować z gołym laptopem w dłoni na potężne i nieprzyjazne think-tanki.

Rafalski monitoruje rzeczywistość tego nieszczęsnego roku 2010 i w swoim raptularzu zdaje z niej relację, ale przede wszystkim obnaża swoje wnętrze. Jest na co popatrzeć! Rafalski to bigot. Jeśli na najbardziej odrażający w literaturze polskiej, to na pewno jeden z odrażających najbardziej. Człowieczek tak pokornie tkwiący w szponach zabobonu, że nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Przez co garniruje swoją narrację takimi kwiatkami jak: „beznadziejne jak ateistyczny pogrzeb”, „w razie czego wołać ojca proboszcza”, etc. Wychwala katolicyzm odpustowy i gani ten postępowy, wyprodukowany w głowach tajnych agentów i dziennikarzy Wyborczej. Wielbi Wyszyńskiego, nad główkami śpiących córeczek odprawia mambo-dżambo, mające przegonić czerwone licho, i w momentach próby ucieka się do opieki świętej panienki. O, przepraszam, Panienki. To jeden z najbardziej przerażających dowodów na sfanatyzowanie i tępotę tego osobnika: zapisywanie wielkimi literami już nie tylko takich słów jak Kościół, ale i Pan, Hostia, Wiara (!), Opatrzność, Syn Boży. W państwie idealnym Rafalski winien być w trybie natychmiastowym deportowany do Watykanu.

Rafalski to chłopek-roztropek, wiejski mędrek i hreczkosiej wrzucony do stechnicyzowanej współczesności, który wykazuje ponadprzeciętną odporność na wszelkiego rodzaju poglądy i koncepcje inne niż własne, uwarzone na zdrowym kwasie wiejskiego wychowania i polskości. Nie imają się go modni myśliciele, pisarze, filmowcy. On wie swoje. Swoje i to co mu naopowiadał zacny tatko w dziecięctwie. To właśnie ojczulkowe sentencje, wionące sandałem frazeologizmy, regionalizmy i porzekadła są najlepszymi przeciwciałami w boju z prątkami zachodniej zarazy. Scena pierwsza, akt pierwszy, prawicowy Polak kontra filozofowie zgniłego pedalskiego Zachodu.

„Raz jeden, u zarania, wybrałem się na robione przez nich (przez KP, przyp. mój) spotkanie: Houellebecq (wymawiać: łelbEEEk; wszystkie godne wymówienia nazwiska akcentuje się mocno na ostatnia sylabę) jako taki, a jak nie taki, to taki i dlaczego taki genialny. Rozmowa panelistów jak do kabaretu – no wiec ŁelbEEEkm ale z drugiej strony badjUUU, a z kolei bodrijAAArd, a deridAAA; miałem ochotę wziąć mikrofon i spytać, a co by na to Dupain Traix-au-trotuar, ale i tak mnie mają tam za ćwoka, więc znudzony poszedłem”.

Dupain Traix-au-trotuar? O, kurwa, Rafalski, jaki ty jesteś, słaby słaby. Zdumiewa i podnosi włos na karku ta absolutna pogarda z jaką w „Zgredzie” traktuje się każdą wiedzę, która nie wyszła spod pióra braci w słusznej ideologii. Żenuje to tym bardziej, że w zamian Rafalski nie oferuje nic – kompletnie nic, poza podłomżyńską filozofią ludową i adoracją guślarskich atrybutów w postaci krzyża. Ale czyż z jego postawy nie powinniśmy się cieszyć my, właściciele aleksandryjskich biblioteczek, nowocześni, zalogowani, radośni, wyglądający nowych umysłowych doznań i znający się i na Agambenie, i Zaratustrze? Bo Rafalski swoim nieuctwem i arogancją wobec niekonsekrowanych tomów tylko wzmacnia przekaz tego, o czym już i tak od dawna wiemy: nie wygracie.

Mocną stroną „Zgreda” są także wyłożone explicite przez Rafalskiego jego poglądy na małżeństwo i podział ról w domowym łonie. Otóż zadaniem i główną powinnością kobiety na tym padole jest macierzyństwo, poprzedzone skoczną prokreacją z mężem. Kobieta zamężna nie może, nie chce i nie powinna podążać drogą samorealizacji i wykonywania zawodu, bo ta wiedzie wprost we wrzące od ognia czeluście piekielne i jako taka została nam, tradycyjnie prostolinijnym Sarmatom, narzucona via medialne agendy permisywnej cywilizacji śmierci. Rolą mężczyzny jest uświadomienie kobiecie, że życie toczące się w rytmie kopulacji, brzemienności i laktacji to dobre życie. Żona Rafalskiego już o tym wie. I teraz nieomal każdego dnia składa mu podziękowania tak nieme, jak i te bardziej materialne, gdy udostępnia mężowi któryś ze swoich gruczołów do wymiętoszenia, za to, że anulował jej niegodną karierę aktorki, powierzając w zamian jakże odpowiedzialną posadę westalki przy piekarniku, muzy, koordynatorki familijnego chaosu i piastunki mężowskiej pałki. Ponadto, ho, ho, Rafalski wypuszcza ją regularnie na miasto, żeby puściła trochę jego grosza, tej jeszcze lepkiej od bitewnej sadzy krwawicy, poplotkowała z koleżankami i zrobiła sobie „pazurki”. Macie tak dobrze, lesby, lewaczki i freelancerki?

Klejnotami są także opisy seksu państwa Rafalskich. Nie, nie proście mnie, bo i tak niczego nie zdradzę. Nie jestem aż takim okrutnikiem, żeby odbierać choćby łut tej setnej zabawy, jaką jest obcowanie z frazami prawicowego Henry’ego Millera. Gdybym jednak miał dać wam przedsmak tej stylistycznej ambrozji i zasugerować, czego możecie się spodziewać po odpowiednio wygłaskanym Rafalskim vel Ziemkiewiczu, to bym poprosił o wykonanie  prostego ćwiczenia z użyciem wyobraźni. Wyobraźcie sobie, że głosy, które inspirowały Faustynę Kowalską w przedmiocie portretu Jezusa z Laserem na chwilkę się zbiesiły i podsunęły tej cierpliwej, nieutalentowanej kobiece ideę zrzucenia na papier jakiejś rozerotyzowanej narracji. Właśnie tak.

Rafalski na swoich oponentach nie pozostawia suchej nitki. I tutaj znowu – to ja, Leclerc! – ujawnia się jego męskoosobowa macierz czyli Ziemkiewicz. Który nagminnie stosuje tandetny fortel polegający na prymitywnym przekształceniu nazwisk osób prawdziwych w wirtualne byty, na które dzięki temu może bez krępacji wylewać kubły pomyj i bulgoczącej smoły. Z Wołka robimy Ciołka, do Urbańskiego doczepiamy komentarz równie przesadny jak jego waga i już każdy wie o kogo chodzi, z Lisa robimy Liza i piszemy, że gdyby żył w latach nazizmu, to by z pewnością przodował w szczuciu na Żydów. O, tak to wygląda w praktyce. Jeszcze seria cierpkich komentarzy na temat prowadzenia się Czarusia, Wiesia i Sławka – i mamy komplet przykładów strategii pisarskiej tego najodważniejszego z odważnych pisarzy, któremu Rafał na imię.

Przyjaciele, alianci i ziomale Rafalskiego wymieniani są z imienia, dzięki czemu wiemy, kto stoi na pierwszej linii frontu i własną piersią odpiera najeźdźców. Anita z telewizji, Bronek, architekt Czesław, Tomek z „Gazety” (ale nie z tamtej, lecz z tej właściwej), no i Jaś z kamerą, do którego ludzie lgną bezwiednie i ufnie jak  do uzdrawiającego minerału lub bezpłatnego guru. Bezinteresowni, wrażliwi, megapolscy.

Istotną postacią jest w „Zgredzie” także Irek. Były przyjaciel, który przyłączył się do tuskowego gangu i na dodatek kusi Rafalskiego, żeby zrezygnował ze swojego harmonijnego i katolickiego świata na rzecz mięciutkiego stołka, apanaży i bezpiecznej przyszłości. Całe stronice zapełnione są psychomachią, która toczy się w wykonanej z kryształu naturze Rafalskiego. Dzięki Irkowi możemy się dowiedzieć, jaki los czeka tych, co się skurwili i zeszli ze szlaku prawdomówności, świadomego ojcostwa, wysokooktanowego patriotyzmu. Irek ginie w katastrofie smoleńskiej. Emocjonalne opisy dni po 10 kwietnia 2010 roku  wypełniają ostatnie stronice „Zgreda”. Rafalski nie byłby sobą, gdyby na odchodnym nie zostawił kilku parujących porcji jadu i megalomanii. Święta para prezydencka, wszyscy święci, ostatni dawni Polacy gromadzący się na Krakowskim Przedmieściu – a w kontrze do nich zdrajcy, łże-autorytety, warszawski salon i studencka tłuszcza, która nęka oddających hołd, a której prymitywne żarty i wulgarne okrzyki są dla Rafalskiego kontynuacją zbrodniczej działalności najemników Dirlewangera.

Jeszcze jedna kwestia. „Zgred” to pokaz polskiej faceckości, dowód na istnienie samczości znad Wisły. Rafalski często gęsto faszeruje swój tekst jeremiadami nad prawdziwą męskością, która w dzisiejszych podłych czasach została zbrukana, osłabiona i oddana na łaskę i niełaskę przegiętych telewizyjnych ciot. Co stanowi dla niego powód do równie systematycznego wymieniania pryncypiów nadwiślańskiego samca i szermowania takimi środkami perswazji jak „twardy facet”, „mężczyzna tak nie robi”, „po to jest mężczyzna, żeby walczył”. Drugą stronę medalu tego fascynującego zjawiska stanowią z kolei konkretne przykłada z życia Rafalskiego, kiedy w swej doczesności stosuje własne teorie. Na ten przykład, bohatersko odmawia znieczulenia u dentysty, gdyż wiadomo, że każdy hardy i twardy kolo, żeby wciąż pozostać hardym i twardym musi obligatoryjnie rezygnować z pedalskich opiatów, farmakologicznych wymówek dla mięczaków. Lepiej – Rafalski nie przyjmuje zapisanych mu lekarstw na rozwijającą się cukrzycę. Tutaj maczyzm miesza się z mentalem z terenów wiejskich – że, panie, prawda, co mnie tam doktory będą mówiły, ja wiem swoje i jak weszło, to i samo wyjdzie. O!

Przeczytałem „Zgreda” Rafała Ziemkiewicza nie dlatego, że lubuję się w kiepskiej literaturze, napisanych koślawą polszczyzną dziełkach wzmacniających prawackie siusiaki i ego, nie dlatego też, że należę do klubu miłośników docierania do sedna przyjemności skroś kolce, kajdanki i kneble. Bo nie należę. Przeczytałem z powodu lutowej recenzji samego Ziemkiewicza, który uroczej i bezpretensjonalnej książce jaką jest „Good Night, Dżerzi” Janusza Glowackiego wytykał to, że nie zawiera w sobie żadnej godnej zapisania prawdy i że jest banalna, sztampowa i obrazkowa. Postanowiłem wówczas, że na którejś z najświeższych książek Ziemkiewicza sprawdzę, jaka to jest ta godna zapisania prawda i jak wygląda książka nie będąca obrazkiem, banałem i sztampą. Sprawdziłem i przekonałem się, nie można powiedzieć. „Zgred” jest tak zły, prostacki i komiczny w swoim siermiężnym  ideolo, że jedyną praca, którą musimy teraz sumiennie wykonać – my, mośkowe pachołki brukselskiej Centrali, ateistyczna mierzwa, gejowscy lobbyści utuczeni na putinowych petrodolarach i kosmopolityczny pomiot w polskiej gościnie – jest misja wytłumaczenia wyznawcom i czytelnikom Ziemkiewicza, że nie przekabaciliśmy go na naszą stronę, nie zaszantażowaliśmy i nie omamiliśmy milionami w celu napisania przez niego żenującej książki, w której dokładnie i po kolei skompromituje wasze świętości. Nie, naprawdę, dziewczęta i chłopcy, prenumeratorzy Gazety Polskiej i groupie programu „Warto rozmawiać”,  on sam to zrobił, sam z siebie.

  1. saturn noise (eat ask rik bib) napisał(a):

    Łukaszu, piszesz że polska literatura zaczęła się od Gombrowicza- a gdzie Witkacy, wszakże był przed Gombrem, a Micińskiego „Nietota” ?- uraziłeś mnie tym, uraziłeś na wskroś:), ale wybaczam, pewnie to słońce łapką swoją zmrużyło ci oczy i nie dostrzegłeś tych gigantów na których barkach wspierał się Gombrowicz… mówiąc poważnie…tą recenzją burzysz pewne wartości nie dziwota że spotyka cię los obrazoburcy, i wielu Meletosów, Likonów czy Anytosów ruszyło na ciebie, wbijasz banderille, będzie wścieklica..Cenię krytykę, byleby rzetelną , nie na skróty.Najbardziej rozwala mnie tekst w stylu prawdziwy polak, prawdziwy mężczyzna nie robi tego i owego no i mentorskie dopatrywanie się w ludziach o innych skłonnościach ostatnich pizd…Ed Wood skakał na spadochronie podczas drugiej wojny światowej mając pod mundurem koronkową bieliznę i nawet gdzieś tam dostał jakieś odznaczenie. Jedyną rzeczą jaka ratuje w moich oczach Ziemkiewicza jest to ,że starał się (a to ważne) być obiektywny i czytałem jego niepochlebne zdania na temat PIS i prezesa. Recenzja jest dobra i soczysta, zszamałem ją ze smakiem, autorowi ( jeśli mogę i jeśli jeszcze nie czytał) polecam „Kacicę” Kohuta, rzecz o sprawnym i bezbolesnym, bo ta recenzja jak widać zabolała wielu, wykonywaniu egzekucji…

  2. Łukasz napisał(a):

    @ saturn noise

    Dzięki za miłe słowa. Jak Ziemkiewicz źle pisze o PiS-e i PREZESIE, to ja mu nie wierzę. To taki liść figowy, którym stara się ukryć prawicową wenerę. On doskonale wie, z której strony wieje wiatr i w jakiej pozycji się ustawić. Spoko. To taka okazjonalna krytyka z premedytacją. Stary cwaniak, co nawet jak miał kolumnę w Rzepie, program w TVP, felieton w GP i loże komentatorskie na portalach, to jebał, że go salon wycina i blokuje. Oczywiście, inni publicyści robią podobnie, ale u RAZ-a wypada to wszystko wyjątkowo obrzydliwie.

  3. Ireneusz Miler napisał(a):

    Ciesze sie ze lewactwo pokroju – pozal sie Boze – wyzej stękającego recenzenta piekli sie i chędozy pokątnie i szpetpnie. To znaczy ze Pan Ziemkiewicz ma racje opisujac sytuacje tego grajdoła i gangu, ktory to przejał Polske na wlasnosc.

    Dobrze ze euroentuzjasci (o matko, co to za ewkwialent slowa: oportunista?!), zgraja wykolejencow moralnych abnegatow tudziez „oswiecony” tzw. salon ma problem z Panem Ziemkiewiczem. Dobrze, bo przynajmniej w jakims sensie musza uwazac gdy kradna, kołtunią i doją ten kraj na potęgę.

    Musza uwazac ciut bardziej, bo folwark z tego kraju uczynili przedni. Ale sa ludzie, ktorzy z tym nigdy sie nie pogodza i ktorzy pokaza czarno na bialym z jakim bandytyzmem mamy do czynienia.

    Panie Rafale, czyn Pan swoja powinnosc dalej! Jest Pan REWELACYJNY

  4. Łukasz napisał(a):

    @ Ireneusz Miler

    Panie Ireneuszu, z tego miejsca chciałbym pana bardzo serdecznie pozdrowić i życzyć, żeby zdrowie wróciło do domu. Pana domu.

  5. Andrzej napisał(a):

    Popieram słowa Pana Ireneusza!

  6. kolega Tetrix napisał(a):

    @Andrzej
    Ze szczególnym wskazaniem na „słowo” „ewkwialent”? Pan Ireneusz jest równie słaby w scrabble’u, jak we wszystkim innym.

  7. osv napisał(a):

    Nienawiść w czystej formie. Zgniła, zapleśniała, oblepiająca duszę. Recenzenta.
    I samozachwyt nad własnym słowotokiem. Psi skowyt na zamówienie. Ktoś przecież pogłaszcze po główce za ten surrealistycznie podły bełkot, rzuci srebrnym grosikiem. Wyrafinowana, bezsensowna gra słów, których jedynym celem jest unicestwić to, co dla kogoś innego jest święte, piękne, ważne. Rzadki przypadek literackiej depresyjnej autoagresji, która wylewa się cynizmem, jadowitą ironią i nie służy niczemu dobremu. Poza kanalizowaniem tej wewnętrznej podłości i frustracji na potrzeby swojego Mentora. Klasyczny Dorian Gray. Wykreowana ohyda. Mentalność wczepiona szponami w każde zdanie, w każda myśl autora powieści, po to, aby pod pretekstem analizy literackiej, rozerwać go na strzępy za inność, której recenzent nie pojmuje i nie pojmie nigdy. Chory na zawiść, rozpaczliwie usiłuje dorównać autorowi, choćby w udawadnianiu światu, że formułuje swoją jadowitą recenzję w tym samym języku, w którym pisze autor powieści. Jest dokładny. Maniakalnie. Nie zapomni o żadnym szczególe, który mógby zranić. I wbija te gwoździane słowa z sadystyczną lubością. Profesjonalna zabawka, wynajęta do niszczenia ludzi. Tragiczny pajac, zabawny tylko wtedy, kiedy macha na oślep epitetami metafor. Zawieszony na sznurkach zachcianek Mentora. Pocztówka z paranoi.

  8. Łukasz napisał(a):

    @ osv

    Proszę wpadać do mnie jak najczęściej.

  9. 125 napisał(a):

    @osv: Tym swoim skamleniem udowadniasz jak bardzo nie zrozumiałeś nauk misztrza twego raz-a. Skamlenie jest dla lewaków ty powinieneś twardo zawalczyć i pokazać jak dużego masz oraz zabić ostrzem swojej riposty. Chyba że nie potrafisz żadnej z tych rzeczy.
    W Takim Razie Jesteś Niegodny Bycia Prawdziwym Polakiem.
    PS: Ty również prezentujesz zachwyt nad własnym słowotokiem.

  10. Mietek ze Zburcza napisał(a):

    Krotko i prosto. Recenzji „nie zmeczylem” do konca. „Zgreda” przeczytalem z przyjemnoscia – mimo ze znacznie dluzszy. Moze dlatego, ze nie epatuje poczuciem wyzszosci, ktore jest cecha ludzi slabych i zagubionych, tylko mowi jasno i wprost o waznych rzeczach.

  11. Łukasz napisał(a):

    @ Mietek ze Zbrucza

    Pozdrawiam pana serdecznie, panie Mieczysławie.

  12. dink napisał(a):

    znalezienie maila do autora mnie przekroczyło, więc komciuję – po poprawkach komć można zdisposować of properly :-)

    korekta obywatelska:
    wysypływania => wysupływania
    ćwoka , => ćwoka, (aaa… prawicowa ortografia :-)
    do dobre => to dobre
    Rafalski wypuszcza ja => Rafalski wypuszcza ją
    do Urbańskiego doczepami => do Urbańskiego doczepiamy

  13. Łukasz napisał(a):

    @ dink

    Senkju, poprawione.

  14. gremlin085 napisał(a):

    Czołem.
    Z recenzji wnoszę, że „Zgred”, to szczera (a więc ciekawa) opowieść o życiu prawicowca w średnim wieku w Polsce. Czy istnieje taka książka napisana z lewej strony? Byłaby ona dla mnie ciekawa jako, że sam jestem po prawej stronie i strasznie trudno mi zrozumieć lewicowca. Czasami tylko przypominam sobie mój buntowniczy antyklerykalizm z liceum i domyślam się, że może tu chodzić o tego typu uczucia tylko, że dorosłe.

  15. Meeijn napisał(a):

    Tak się głupio zapytam: czy RAZ popełnił był w ogóle cokolwiek, gdzie nie zastosował triku ze swoim alter-ego? Bo z lektury jego twórczości pamiętam tylko właściwie to.

  16. dink napisał(a):

    Liczę na kolejną, mocną recenzję: http://wpolityce.pl/artykuly/26389-polecamy-ksiazke-martyny-ochnik-oszolomy-to-pierwsza-powiesc-ktorej-akcja-zwiazana-jest-z-katastrofa-smolenska
    Jestem w stanie dorzucić się do egzemplarza oraz piwa czy też innego trunku dla Recenzenta :-)

  17. człowiek_myślący napisał(a):

    Boję się demonów polskiego nacjonalizmu i powrotu kaczystów.

  18. człowiek_myślący napisał(a):

    Żal mi że nie urodziłem się jako Żyd a zaledwie jako polak.

  19. Pandesowna napisał(a):

    W dziwnych miejscach stawiasz przecinki

  20. Dominik napisał(a):

    Język piękny. Ironia bolesna. Cudne zabawy słowem. Tylko jakby… treści mało. I za mało o książce a za dużo o samym autorze. Czyżby jakaś fobia, niespełniona miłość? Jakby taka małość, gdy szpileczki idą w kierunku cukrzycy czy życia intymnego… O książce miało być i tam, gdzie było, było interesująco i działało się. A potem wyszło rozdrażnione ego. Rozdmuchane do stopnia, że nawet autoironii nie starczyło, aby zakryć ten balon. Zgred – taki tytuł nosi książka. I o zgredzie traktuje. Recenzja miała być o książce a jest o Ziemkiewiczu. Nie Ziemkiewiczu – felietoniście, ale o ojcu, facecie, człowieku. Nie jest żadną polemiką. I na ironię autor recenzji pisze, że Ziemkiewicz nie ma nic do zaproponowania. Zaś sam w ramach swoich propozycji ewentualnie obraża pod-Łomżan… Skoda takiego potencjału panie autorze szanowny.

  21. Czambi napisał(a):

    @Dominiku zdaje się że nie zrozumiałeś powyższej recki kompletnie. Przecież recenzent wyraźnie napisał już na początku, że bohater książki Rafalski jest tożsamy z Ziemkiewiczem, ot takie alter ego pisarza, z przeszczepionymi jego poglądami. Więc drogi misiu obrońco uciśnionych łomżan, to Ziemkiewicza wina, że recenzja tej książki (tak jak i większości jego książek jak to ktoś powyżej zauważył), musi traktować o nim samym. Osobiście może bym się bardziej popastwił nad nieudolnością językową grafomana Ziemkiewicza, ale i tak uważam że autorowi recenzji należą się wszystkie możliwe ordery zarówno za błyskotliwą, kąśliwą i mądrą recenzję jak za i sam fakt dał radę zmęczyć tego ziemkiewiczowego gniota do samego końca. To się dopiero nazywa poświęcenie i prawdziwa męskość !

    Co do tego gremlinka co by chciał lewicowca zrozumieć a nie potrafi (o zgrozo), powiem tak – nie zrozumiesz, boś tępa dzida. Jeżeli nie potrafisz zrozumieć pojęć takich jak tolerancja, współczucie, humanitaryzm, to nie dziw się że nie rozumiesz innych ludzi.