Fante

Posted: 29th Maj 2011 by Łukasz in biblioteka

Króciutka notka, bo dopiero co wróciłem, a przecież zaraz na powrót wyjeżdżam. Byłem we Wrocławiu. Które to miasto za każdym razem, gdy w nim bawię, wprawia mnie w kurw i pomieszanie. Bo jak nie ma, skoro przybywam do niego z Łodzi, przez co na dzień dobry zaliczam nokdaun, po którym gryzę piastowską glebę i zazdrośnie toczę wzrokiem. Tutaj stado żurawi wieżowych kolących nadodrzańskie niebo, tuzin języków na ulicach i piękne duże dziewczęta z żywymi kwiatami wczepionymi we włosy, a tam, u mnie, marazm i derby. Wcale mi teraz nie gra w duszy lokalny patriotyzm, ale zwykła ludzka potrzeba, żeby nie funkcjonować, nie obracać się i nie marnotrawić życia w lokacji z katastroficznego filmu klasy C. Och, jak dobrze, że za półtora miesiąca ewakuuję się do Andaluzji.

Ale tak nawijam Wrocław, Wrocław, a miałem o czymś innym. Otóż chciałem się zwierzyć z mojej najnowszej sympatii, która nazywa się John Fante. Kolega naraił. Ten co ma zawsze dobre oko i ucho do literackich cacuszek. Marcelku, wyłowiłeś kolejną! Przeczytałem ledwie pierwszy rozdział, a moje serce już się zajęło. Skończyłem „Pył” przedwczoraj, ale wciąż czuję pulsujące ciepło pod mostkiem. To wyjątkowa przyjemność – tak słuchać Fantego. W tramwajach, autach, hotelach. W hotelach, zwłaszcza w tych, za które nie płacę, najbardziej lubię nie barokowe śniadania i nie konfesyjne finały w barze, ale popołudniową martwotę, gdy po znojnym dniu można wreszcie legnąć na łożu, odbezpieczyć mineralizowane „Źródło Marii” i pomalutku wtapiać się w ciszę obiektu. Ja się tak wtapiałem, z Fante na podołku. Za oknem deszcz robił swoje. Na stole lśnił klucz z numerem 145.

Bo mnie w Fante ujmuje wiele. Prostota, klarowność, jasność przekazu i humanistyczne luzackie credo, które w „Pyle” rozpisał na 220 stron. No i główny bohater – kapitalna figura, z którą od razu czujesz głębokie powinowactwo, o ile i twoja dusza także potrzebuje każdego dnia sutej dawki pisania, miłości i nieskomplikowanych rozkoszy z działu spożywczego. Arturo Bandini, protagonista „Pyłu”, jest kochanym frantem, świszczypałą i obibokiem, który nie zamierza podjąć stałej pracy zarobkowej, a jedyne o czym marzy, myśli i do czego obsesyjnie dąży to bycie wziętym pisarzem. Bandini wywodzi się w prostej linii z klubu hedonistycznych konsumentów – jegomości, którzy w poniedziałek przepuszczają całą kasę, a przez resztę tygodnia kombinują, niedojadają, naciągają znajomych na drobne sumy i karmią nałóg kiepami odłowionymi z trotuaru. Fante wrzuca go do Los Angeles przełomu lat trzydziestych i czterdziestych minionego wieku i wkręca w nieuleczalne uczucie do latynoskiej kelnerki i ćpunki Camilli. Problem w tym, że Camilla nie odwzajemnia awansów Bandiniego, gdyż jest zadurzona w niejakim Sammym, koledze z pracy. Sammy z kolei woli od Camilli produkowanie grafomańskich opowiadań o kowbojach. W ten sposób wykroił się klasyczny trójkąt afektu, niespełnienia i zawiści. Nowożytna tragedia, w której pewna jest tylko katastrofa. I masa pierwszorzędnych zdań.

Polskie wydanie „Pyłu” poprzedza wstęp Charlesa Bukowskiego, który wskazuje na Fantego jako na swojego osobistego boga i źródło twórczej energii. Właśnie. Kto ma w pamięci monotonne ranty Bukowskiego od razu poczuje różnicę, gdy zapozna się z tą niezwykłą książką. U Fantego nie ma żulerskiego chuchu, wulgarności i taniej obsceny. Jest za to piękno, dobro i autentyczna niewymuszona radocha ze składania do kupy wyrazów.

  1. meinliebsterfeind pisze:

    a propos Fantego i Łodzi – kupilem Pył z miesiac temu w media markcie w M1 za 4,99, nowka sztuka :)

  2. Łukasz pisze:

    @ meinliebsterfeind

    O, punkt dla ciebie. Bardzo warto – czytaj i się ciesz.