Doom nadchodzi

Posted: 6th Czerwiec 2010 by Łukasz in beatyfik(a)cje
Możliwość komentowania Doom nadchodzi została wyłączona

To bez wątpienia największa rewelacja młodej poezji polskiej. Objawienie. Cud, który się ziścił w druku. Takich jak On zapowiadają Pisma. Kolorowe też. Tacy jak on idą na czele, przesiadują w klubach, stoją na cokole, leżą na Skałce. W tej postaci wraca zapomniany gatunek człowieka, rodzaj człowieczeństwa będący w dzisiejszych czasach na wymarciu, osobna rasa. A to oni właśnie, ludzie wzniośli, geniusze, oponenci bogów, nasi mrukliwi sąsiedzi, hardzi nieznajomi, niemodnie ubrane dziwadła, zalani poeci, ćmy zużywające się w ogniu biurkowej lampy, są paliwem tego wehikułu zwanego kulturą, szpikiem w kościach tego świata. Takim jest i on. Dawno nie pojawiło się u nas zjawisko tak fascynujące i dziwaczne. Dawno, o ile w ogóle, nie zorganizowano tak pustoszącego najazdu na sielski i zasobny kraik polskojęzycznej liryki. Raj przemienił się w pola Iaru. O kim mowa?

black_square_lg[1]

W sumie, tajemnicza persona. Outis. Everyman. Zalogowany Proteusz. Często posługuje się pseudonimem. Jawi się wtedy jako „Fucking Lou”, „Mery”, „dum-dum”. W dopasowanym kostiumie i maseczce hasa po internetowych forach, jątrzy, insynuuje, puszy się.  Zostaje po nim ból, stożki materiału radioaktywnego, miny odpalane komórką, piekące komentarze, obrazoburcze analizy, ogłoszenia matrymonialne, szlam. Lecz do historii literatury przejdzie pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Ludwik Dum. Trzy sylaby. Stopa, która zetrze koła starców.

Jego materialny dorobek jest skromny. Za to energia, termin przydatności do spożycia tej schedy, wydają się nieskończone. Dzieło Ludwika otwiera olśniewający arkusz „Chłopiec z trawką w ustach”. Debiut, po którym Ludwik winien umrzeć jakąś nagłą i odrażającą śmiercią. Bo trudno sobie wyobrazić rzecz lepiej napisaną, niż ta synkopowana historia o udrękach pueritia jaką jest „Chłopiec…”. Niepodobieństwem było zakładać, że Dum stworzy coś równie mocnego, dzikiego w treści, zdyscyplinowanego formalnie. A jednak. Poemat „Horror melancholicus” to właśnie to, czego miało nie być, potoczysta i zuchwała realizacja niemożliwego. W tej natchnionej eksklamacji, monstrualnej pieśni, napisanej kupletem heroicznym, liczącej równe 999 wersów, mieszają się pewne osobliwe płyny, saturniczne nastroje, wyszukane słowa i podstawowe tematy. A wszystko w otoczce zaawansowanych efektów specjalnych i wypróbowanych starych trików, takich jak zwłoki wielorazowego użytku, takich jak mgła i przerażone ssaki.

Wreszcie – „Rapy”. Pierwszy, i jak na razie jedyny, pełnowymiarowy tom poetycki Ludwika Duma. Czarne okładki. Żadnych personaliów, zdjęć, blurbów wyjednanych u zaprzyjaźnionych stylistów. Nic. Liberatura w najczystszym wydaniu. Przekaz. Dwie napierające nicości, mrok „przed” i mrok „po”. Między nimi – 44 strony. Na nich – 44 wiersze. Pauza w nie-byciu. CV jego wnętrza. Ekstrakt z dwudziestu czterech lat życia Ludwika. Idealna wręcz kombinacja liter i tez. Trampolina, poprzez którą Dum dokona swej apoteozy.

 

 [youtube]http://www.youtube.com/watch?v=7C5qfMfhjZk[/youtube]

        

Tagami tej poezji są: ruch, piekło, otwory, ekstraordynaryjne, ślisko, martwe. Przewodnią zasadą – coincidentia oppositorum. Łącząc przeciwieństwa, autor osiąga efekt zaskoczenia, wzmaga ciekawość, masuje gruczoł, który w ciele odbiorcy zawiaduje procesami intelektualnymi, igraniem i złością. Przez co wiersze Duma stają się punktami, w których na powrót splatają się rozszczepione włókna rzeczywistości. Funkcjonują teraz w nowej roli – jako węzły, części większej całości, elementy sieci, składowe działającego non stop systemu. 

 Jaką strategię estetyczną obiera Ludwik Dum? Okrucieństwa i litości. W każdym ze swoich utworów doprowadza do sytuacji, w której na neutralne terytorium wpuszcza się obcego, intruza, wygłodniałego najeźdźcę. Strofa zmienia się w arenę, zawilgocony garaż na obrzeżach miasta, w którym organizuje się nielegalne walki psów. Dzięki temu dochodzi do bezpośredniego kontaktów, odmiany współzawodniczą, poruszają się, wczepiają, trwają w klinczu aż po rozstrzygającą i zabójczą puentę. Ludwik stoi i patrzy. Eksperymentator. Sponsor. Usatysfakcjonowany kreator. A gdzie w tym znajduję litość, zapyta ten i ów? Uwierzcie, ona tam jest. 

„Rapy”, nie lękam się tego powiedzieć, to „Statek pijany” naszej epoki, „Luiza” doby stałego łącza i postpolityki. Zbiór zdań, które wkręcają się w dusze jak wiertła. Utrzymane w manierze już to onirycznego popu, już to neopostu, już to metafizycznego industry. Choć poezja zawarta w „Rapach” jest prekursorska i świeża, to jednak da się w niej zauważyć wiele spektakularnych polemik i korespondencji. Świadczą one z jednej strony o iście aleksandryjskim oczytaniu Duma, a z drugiej o pełnej świadomości tego w jakim eonie czasu przyszło mu być i składać wersy. Jak w tym przejmującym liryku „List do P.”, gdzie pada znamienne: u mnie jest inaczej: listopad, pawie, konie, światła.

Zastanawiająca jest również recepcja tego tomu. Wielu krytyków, czytelniczek, osób zatrudnionych w kulturze doszukiwało się w nim nawiązań do hip-hopu. Doszukiwało się i, o, zgrozo!, znajdowało. W swej heurezie podążali za brzmieniem tytułu. I dlatego z taką łatwością rojono sobie obraz podmiotu lirycznego w kapturze, w zwojach blingu, łysego, wrednego, z ubytkami w szkliwie, otoczonego przez baunsujące muzy, fristajlującego o egzystencjalnych bolączkach na swojej dzielnicy. Nic bardziej mylnego. Sam Ludwik Dum wyjaśnił to nieporozumienie w wywiadzie, którego udzielił piszącemu te słowa. Zapytany przez mnie o „Rapy” i ich interpretacje, powiedział: Uważam, że świat to bałagan. Przestrzeń, w której miksuje się wszystko ze wszystkim. Mieszanina ścięgien, cieczy i roślin. W akcie percepcji ten parujący chaos na chwilę tężeje, stygnie, udaje ład. Drży niczym zimne nóżki w lodówce. Lecz potem i tak staje się znów żelatynową mazią. A ja chciałem dotrzeć do czegoś twardego, różowego, z paznokciami, odseparowanego od reszty. Stąd  „Rapy”.

 Niniejszy tekst traktuję jako wstęp,  zajawkę na kilka tysięcy znaków, która ma na celu uzmysłowienie tego, że na mapie współczesnej twórczości poetyckiej nie funkcjonują wyłącznie zamożne centra, drożne szlaki, rozległe dziedziny i oswojone rubieże. Są też i rejony mniej znane, niebezpieczne, osnute smogiem, dalekie. Przywodzą one na myśl bezkształtne plamy w przeszłości zwane terra incognita, na których średniowieczni kartografowie lokowali głębinowe bestie, jednorożce, bazy Księcia Ciemności. To ojczyzna Duma, jego matecznik.   

 Jak już pisałem, o Ludwiku nie wiadomo zbyt wiele. O Ludwiku Marii Dumie jako podatniku, wyborcy, konsumencie. Podobno jest blondynem. Nie ma tatuaży. Ma psa. Podobno lubi Nabokova i żeńskie bursy. Obecnie pracuje nad powieścią „Santa Rampage”, ultrapornograficzną baśnią o walce dobra i zła. Wygra zło.

Comments are closed.