dzienniki andaluzyjskie, vol. 1

Posted: 5th Sierpień 2011 by Łukasz in demo emo, dzienniki andaluzyjskie

10 lipca, niedziela

Jest taki piękny polski obyczaj: żeby wylecieć z Polski samolotem, najpierw wypada trochę po Polsce pojeździć. Najlepiej taborem PKP. Nie ma bata. Zwłaszcza gdy żyjesz w polu siłowym Łodzi, która do swojej ogólnej chujowości dokłada i to, że górą można się z niej wydostać tylko w dwóch kierunkach: północna Europa (robota) lub Egipska Riwiera (all inclusive). Więc jeśli na wakacyjne swawole i transgresje upatrzyliście sobie jakąś inną część świata, to musicie zebrać dupę w troki i dzień przed zjawić się na pole position. Nam się zachciał Andaluzji. Lot do Malagi z Copernicus Airport Wroclaw mamy jutro, w poniedziałek, 11 lipca, o 09:00. Dzisiaj zatem wyciągamy po wskazującym na pożegnanie, poprawiamy juki i dziarsko ruszamy ku piastowskiej macierzy nad Odrą.

Wprawdzie od rana hulały po kraju apokaliptyczne burze – i to te w najbogatszej wersji: gromy szacowane w kilotonach, niebo o barwie trzydniowego siniaka – to jednak teraz, w trakcie popołudniowego rejsu koleją żelazną, tyle z nich pożytku co z futra na Jamajce. Jest lepko. Celsjusze wspięły się na +27 i ani drgną. Powietrze stoi jak prącie o świcie. Pociąg jedzie niewiele szybciej. Co i rusz spoglądamy na siebie z Gosią, skonsternowani, zaniepokojeni, podirytowani, i badamy po obu stronach nasze bilety, chcąc się upewnić, czy aby nie załapaliśmy się na bezkrwawe safari dla fotografów-amatorów, spacerowe tempo, wagon widokowy, środkowoeuropejska fauna i flora na wyciągnięcie aparatu. Mnie najbardziej do gustu przypadły niezapowiedziane postoje w szczerym polu, te wibracje owadów w trawach, te odurzające zapachy torowisk, poboczy, zatkanych kanalików melioracyjnych. Naprawdę mocna sytuacja. Gosię z kolei ujęły sztywne od kurzu zasłonki, zacięte okna, wyschnięte krany w toaletach, i ten spośród podróżnych, który w 3 godzinie wspólnej doli wyjął pojemnik próżniowy z sałatką brokułowo-jajeczną i zrobił nam – 8 miejsc w przedziale, zero wolnych – teatr na Dubrowce. Wyjechaliśmy po 15. Po 20 byliśmy na miejscu, we Wrocławiu. Cali, spoceni, uchachani i fanatycznie przekonani, że będzie dobrze.

Wbijamy do Domu Wycieczkowego PIAST na Piłsudskiego i zgarniamy miejscówkę na I piętrze. Tak, brak rzeczownika „hotel” w tej nazwie, nie jest przypadkiem. PIAST wymyka się bowiem jakimkolwiek definicjom. Ni to zapuszczona kamienica  przycięta na potrzeby noclegowe, ni to dekoracje filmu o późnym PRL-u. Lordowska umywalka w pokoju, szafa, której boję się otworzyć. Na korytarzu tubalnie udziela się grupa Amerykanów płci męskiej w rozmiarze 3XL. Skąpe t-shirty, obfite karki. Zastanawiamy się, co oni tutaj robią. Gosia obstawia, że to przegrani zawodnicy MMA na dyscyplinującej zsyłce. Ja za to widzę w nich uczestników tajnego Eroticonu dla pakerów,   orgia kulturystów, tarzanie się w odżywkach białkowych, czułe penetracje batonami energetycznymi, te sprawy. Od razu też inaczej odbieram fakt, że dzielimy z nimi ogólnodostępną łazienkę. Nadchodząca noc staje się znienacka wyzwaniem.

Ale w nocy po naszym łóżku zasuwają tramwaje. Tuż przed północą jeszcze się po nas z chrzęstem, jękiem, zgrzytem i piskiem toczą i nie dają usnąć. Nie zamknęliśmy okna, bo po zmroku temperatura zelżała ledwie o kilka stopni. Przez co od jazgoczącej rzeczywistości odgradza nas jedynie firanka. Gdy metalowe potwory wreszcie ulatniają się na dobre, ich rolę przejmuje ferajna meneli, która zasiada na murku naprzeciwko i zawzięcie gloryfikuje swój los, imprezy u Janusza, absencję umundurowanych służb porządkowych. Toastom nie ma końca.

11 lipca, poniedziałek

Na lotnisko zawozi nas zaprzyjaźniona dusza, koleżanka z Breslau. Breslau w deszczu. Ważymy się, przenikamy przez rentgeny, forsujemy bramki. Na szczęście wszystko gra i o czasie wciskamy się w fotele tanich linii lotniczych. 5 minut do odlotu. Rzucam okiem na sadowiących się nerwowo współteleportantów. Nikogo zaskakującego, raczej norma. Rodziny i rodziny z zaprzyjaźnionymi rodzinami. Dzieci, które wyją na cały regulator. Starsza pani o wypłoszonym spojrzeniu. Milczący kolo w garniturze. Grupa Hiszpanów, u których na ogorzałych facjatach maluje się ulga, że wracają już z chłodnej, niegościnnej, polskojęzycznej Azji na wygrzane łono ojczyzny. Miałem właśnie odemknąć książkę i zająć się lekturą, gdy minęło mnie coś sporego, zatrzymało się tuż i sapnęło. Luknąłem z ciekawości. Polak, po polsku ubrany i po polsku obchodzący się z otoczeniem.

 – Dawaj, kurwa, dawaj! – krzyczał do kogoś za mną.

Biznesmen, z pewnością. Może nie setka Wprost-u, ale na miękko bierze płatności i się rozwija. 15 kg nadwagi, fryzura typu „1 milimetr po całości”, płócienne spodnie ucięte za kolanem, podkoszulka bez rękawów, wyglądająca jak lajtowy husarski kirys w kolorze lila, adidasy wyściełane białą skarpetą, widowiskowa biżuteria ze złota, sprawiająca wrażenie autentycznej. W rubryce „wiek” wpisuję mu 5 krzyżyków. Twarz nalana. Rozkładana Nokia. Mięso białe.

Po chwili u jego boku zjawia się zziajany niczym pies młodzieniec lat około 17, istny pączuś różany, kompletna reklama młodości, że tylko kołdrą nakryć, który między jednym a drugim haustem tlenu oznajmia:

– Ale wuj ma biegi. Nie mogę!

Wuj kraśnieje i kiwa głową na znak, że przybija pionę takiej ocenie swojej osoby. Siadają obaj w rzędzie przed nami. Certolą się wpierw nieco, który z nich ma zająć stanowisko przy bulaju, ale ostatecznie wuj bohatersko odstępuję młodemu tę frajdę w myśl ostentacyjnie wygłoszonej zasady: „weź se patrz, wuj już widział”.

Wskoczyliśmy w chmury.

Sądziłem, że to tyle. Dolecimy, wylądujemy. Ale nie – myliłem się, myliłem się wręcz srodze. Bo mimo że nie zakreśliliśmy ponadprogramowych opcji w rezerwacji i nie wnieśliśmy żadnych ekstra opłat – jak i premedytacją przecież wybraliśmy Ryanaira a nie LOT – to jednak podjęto nas tutaj atrakcją, o której ci na trasach międzykontynentalnych  i z biletami za 7 koła w kieszeni mogą sobie pomarzyć. Nie dajcie się zwieść leżankom z masującymi końcówkami, filmom w hd, ciepłym kompresom i filetom z mikrofali! To oferta dla lamusów. Szukajcie autentyku, samorodka, która olśni was, jak mnie olśnił ów człowiek. Z bólem ale przyznać muszę, że Gosia nie wiedzieć czemu okazała się uodporniona na uroki wuja i miast nagrzewać się od tej natchnionej mowy, wybrała obserwację zjawisk meteorologicznych, które się akurat kluły w atmosferze. Jej strata.

Ja tam chłonąłem. Nie tak od razu, bo najpierw po cichutku nawijał mi Ballard, ale rychło przez jego narrację o zanarchizowanym wieżowcu jął się przegryzać tembr wuja. W rezultacie bez żalu odłożyłem literaturę, zrezygnowałem z papierowych historii na rzecz życia, żywiołu w ludzkiej skórze, który eksplodował przed moim nosem i uraczył mnie szaloną, kurewsko pokręconą, piękną i bluźnierczą baśnią.

Było koło 10, gdy wuj zarządził polish breakfast. Po prostu operowym szeptem rzucił do młodego:

– Zawołaj no tu tę czarnulę!

Szło mu o hiszpańską stewardessę, która mozolnie sunęła z wózkiem pełnym łakoci z trzykrotną przebitką na cenie.  Ding, młody pstryknął lekko przywołanie. Wuj ogarnął ten mechanizm i już, ding, ding, ding, napierdalał jak dziki. Stewardessa objechała wuja wzrokiem, pojęła w mig z kim ma do czynienia i pacyfistycznymi gestami przekazała, że za moment, proszę czekać. Ding, ding, ding, odpowiedział jej wuj. Profesjonalny uśmiech, wyważone ruchy, świadomość, że na pokład wtargnął idiota. Ding.

– Powiedz jej, że 2 piwa. Albo lepiej 4. Wiadomo, kiedy ona znowu tu zawinie? Bierz chipsy, oniony najlepiej.

Młody łamaną angielszczyzną i palcem wędrującym po nabłyszczanych stronicach ryanairowego katalogu złożył zamówienie. Odbezpieczyli browary, zmełli na miazgę po cebulowym komunikancie, zaczęło się.

–   Jak chcesz jako piłkarz cokolwiek osiągnąć, a talent masz, znaczy mieć, kurwa, wygrać i być na topie, to, niestety, rzeczy niektóre idą w odstawkę. Dup nie tykaj, kolegom powiedz spierdalaj, zero hazardu, fajek, chlania. No wiem, kurwa, że boli. Że to nieludzkie jest. Ale co poradzisz? Trening, trening, trening. I napierdalamy. Jak się wdasz w to, co miłe, to chuj, przepadniesz jak chuj w przeręblu i chuja cię będzie stamtąd widać. Nic dziwnego, że się organizm przed taką odstawką broni, reżymem takim, bo jak młodym się jest, to świerzbi kaptur, żeby nawywijać. Ja na przykład jak wywijałem, o ja pierdolę, jak wywijałem, jak kot z pęcherzem postrzelony w łapę. Wiem, wiem, wszystko rozumiem jak to jest. Tobie non stop stoi, a wujowi to już od pogody zależy. Co poradzić, jak się musisz więcej starać? No tak, no więcej. Ty musisz napierdalać więcej, bo jesteś normalny. Normalny zawsze, kurwa, musi napierdalać więcej. Masz gorzej, bo jesteś normalny. W sporcie mistrzami zostają albo autentycy, no tak, kurwa, nie dziw się, zobacz na Andrzeja Gołotę, rysy debila ma. Albo ci co mają zwierzęce geny. Nie-ludzie, kurwa. Pół ludzie, pół zwierzaki. Tyson miał zaczepy szympansa, dlatego tak napierdalał. Michalczewski ma czaszkę dwa razy grubszą niż przeciętny ktoś. Nigdy nie będziesz miał takiego białka w mięśniach jak Messi. Władka Żmudę kojarzysz? Jemu błędnik wycięli i chyba nic na to miejsce nie wstawili, bo mu się nic nie ruszało. No nic. Twarz jak z kamienia. Mózg też. Przez to był najlepszym obrońcą, bo napastnik przed nim tańczył, zwodził, objeżdżał, a on nic, nic tam u niego się nie działo, w nim się nie działo nic, stał i jeb piłkę wygarniał. Nie dał się zwieść, rozumiesz? Uodporniony był.

Nie wiem jak młody, ale ja rozumiałem, ogarnąłem teorię wuja. Wedle tej wykładni geniuszami sportu zostają albo dysfunkcjonalni psychicznie, albo mutanty wyhodowane w specjalistycznych ośrodkach przygotowań, na tajnych farmach zdrowia, które nieoficjalnymi kanałami sponsoruje państwo. Wuj kontynuował.

– O mocną psyche się postaraj. To najważniejsze. Taki Ronaldo, nie ten gruby, ta laleczka, Krystiano, to sam widzisz, pocisną go trochę, tak się zmówią naprzeciw wobec niego i już chuj, tyle z niego pożytku co z żółwia. Zaraz płacze, odpierdala miny, fauluje. No jak, psycha mu siada. Mnie też trochę ostatnio przeorało. Co będę ukrywał, ludzka rzecz, przecież to nie tak, że syfa załapałem od kulawej dziwki ze sztucznym okiem. Byłem u psychologa ze sobą. I u psychiatry byłem. Wiesz co mam? Mam Zespół Dorosłego Dziecka. No tak powiedzieli. To takie emocje są. Huśtawka. Bo ja mogę być najlepszy, tylko najlepszy. A jak nie jestem, nie mogę być najlepszy, to nie ma tak, że jak inni, jakiś jestem pomiędzy. Nie, kurwa, ja się wtedy czuje, jestem najgorszy! O, to problem jest. Nie mam stanów pośrednich. Nie posiadam.

Po śmiałych hipotezach na temat współczesnego przemysłu transplantologiczno-sportowego i wylewce autobiograficznej nadszedł czas na kwestie praktyczne. Wuj przystąpił do wprowadzania młodego w zdradziecką dżunglę ars amandi, udzielania mu w tej materii rad, sprzedawania patentów, wyłuszczania przestróg i oszacowywania soczystych profitów, które staną się jego udziałem, jeśli skorzysta z wujowego doświadczenia. Cały sekret powodzenia – jak przekonywał – tkwił w umiejętnie zaaranżowanym początku, inicjalnym hokus-pokus, po którym dalej już wszystko leci gładko. Wuj zatem nauczał:

– Najpierw palcowanie, pamiętaj.

Był dla tego chłopca cierpliwym Zaratustrą, Panem Na Wysokościach, słowiańskim Yodą hartującym płowowłosego Luke’a niegramatycznymi aforyzmami i obietnicami seksualnej hossy. Słuchałem go i ja, słuchałem. Przylgnąłem policzkiem do oparcia jego fotela i częstowałem się tą spowiedzią dziecięcia w średnim wieku, zmontowanego przez starych w głębokiej Polsce Ludowej, obrywającego od zwierzęcego kapitalizmu lat 90, użerającego się z systemem na styku milleniów, dopiero od niedawna kosztującego słodkich batatów sukcesu, który bez większego skrępowania wylewał z siebie intymne żale, nadzieje, życiowe skuchy. Czym sobie punktował w mojej czarnej duszy. Pomimo całej grozy, jaką wywoływała jego postać, to ta szczerość była urocza, była jak naklejka FRAGILE na dupie nosorożca.

Młody jak zaliczył w przestworzach dwa heinekeny na brzuszek zagruntowany tylko syntetycznymi okruchami i przyjął na bańkę tonę prawd i morałów, tak zwiądł, pożółkł i sflaczała mu fizjonomia. Czego nie widziałem, a jedynie wywnioskowałem, gdy po minutowej pauzie w transferze padło ze strony wuja pytanie:

– Będziesz haftował?

Indagowany jednak z marszu rozwiał podejrzenia.

– Nie

I czym prędzej wyjaśnił dlaczego tak wygląda.

– Myślę.

Jakąś godzinę później rozległy się brawa oznaczające, że plasnęliśmy kołami o pas w Maladze. Wuj z młodym czym prędzej wstali i wymknęli się. Szedłem ich tropem, ale wnet straciłem obu z radaru zajęty swoimi sprawami, epifaniami i lawirowaniem w obłażącym nas tłumie. Przejęliśmy z Gosią walizy i skierowaliśmy do głównego wyjścia. Dopiero na środku gigantycznej hali lotniska imienia Pablo Picassa poczułem, że naprawdę znalazłem się gdzieś indziej. Właśnie to jest to. W trakcie wypadów za granice najintensywniejsze uczucia, te miażdżące emocje, które w pięść zbierają zwieracz, napuszczają motyle do brzucha i wywołują kulturalną erekcję na pół gwizdka dopadają mnie nie na wrzących plażach, nie w tropikalnych parkach i nie w cieniu monumentalnej zabudowy z epoki, ale tam, pod rozżarzonymi tablicami przylotów i odlotów, pośród tabliczek z obcojęzycznymi instrukcjami, w hałasie wytwarzanym przez gongi, rozmowy, okrzyki, zniekształcone zapowiedzi, komunikaty cichsze od własnego echa. Czysta mistyka spławiana żyłami do serca. Gruba piguła.

I to boskie pierdolnięcie, gdy opuszczasz klimatyzowany inkubator, dajesz krok za rozsuwane drzwi i bierzesz na klatę inne powietrze, cudze wonie, mikroby, wilgotność, która wpycha ci knebel w gardło i dostaje w zamian bełkotliwe oświadczenie. Otwarła się przed nami Malaga, jakby napisał Szczepan Twardoch. Malaga peryferyjna, pre-Malaga. Łopocące na wietrze palmy. Wzgórza dotknięte leiszmaniozą. Białe osiedla na horyzoncie. Wydrapana przez słońce ziemia. Pejzaż jak z „Breaking Bad”, strefa kaktusów, infernalnych temperatur i oddychania ciepłym żelem.

Przechodzimy przez ulicę, zjeżdżamy do kolejki podmiejskiej. Na peronie spotykamy naszych starych znajomych: wuj i młody. Uzupełnieni o dojrzałą panią w mini i kapeluszu (żona wuja) i nastoletnią panienkę (córka wuja) w klapkach, która wstrzemięźliwie trzyma się o półtora metra za nimi i naparza w komórkę. A więc rodzina, która zabrała na wojaże krewniaka! Bo jeden z moich demonów syczał przez chwilę w samolocie, że wuj i młody to być może para spiknięta za pomocą sponsorskiego anonsu, która dla lepszego kamuflażu szasta familijną tytulaturą i zgrywa się na tokującego mistrza i skonsternowanego adepta. Ale – wyjaśniło się. Na odchodnym błysnęła jeszcze klinga wujowego poczucia humoru. Wuj zwrócił się do młodego z pytaniem więcej niż głośnym, hiperpoprawnie skandując każdą głoskę:

– Czesałeś dziś włosy? Bo ja czesałem. Dwa razy.

Młody rżał jak odpowiednio wystymulowany źrebak. Wuj roztapiał się w uśmiechach i satysfakcji. Podjechała kolejka. Takimi ich zapamiętałem. Powoli wnikaliśmy w centrum.

Hotel na Hospital Militar, 14.

Po południu wymienialiśmy się z Gosią pocałunkami.

A pod wieczór wypuściliśmy się na miasto. Szliśmy pod okapem z takich rzeczy.

  1. BartyBartyOneManParty pisze:

    Fantastyczne. Coraz fajniej się to czyta. Przy wuju wyłem ze śmiechu.

  2. ka pisze:

    No nareszcie Panie Najder! Ileż można sie obijac po andaluzyjskich zaułkach, kiedy tu rodacy na słowo czekają! Vol nr 1 to za mała rekompensata za miesięczny post. Czekam na wiecej, a narazie zazdroszczę podrózy z wujem, bo ja nie miałam szcześcia ani w ryanarze ani w wizzarze spotkać nikogo godnego uwagi poza nawalonym jak stodoła w obie strony Kazikiem. Pewnie dalej bedzie mniej smiesznie, ale dla mnie to wspaniały kontrapunkt dla Ewangelii wg Saramago, która wałaśnie czytam- z powodu braku tekstów Najdera oczywiście ;)

  3. mrw pisze:

    Kocham pana.

  4. asmoeth pisze:

    MOAR

    Wielki Cthulhu, jakież to przezajebiste było.

  5. Łukasz pisze:

    @ Barty

    Wyobraź sobie, co ja przeżywałem. On (wuj) powinien być podłączony do jakiejś sieci i przez 24h emitować te swoje zdania.

    @ Ka

    Ale to nie tylko moja wina. Blog był chory, miał spamowego syfilisa. Musiał iść do lekarza. Teraz już powinno byc dużo i regularnie.

    @ mrw

    Postaram się, za pomocą kolejnych odcinków, rozwijać w panu to uczucie.

    @ asmoeth

    Bardzo mi miło. Zapraszam do wpadania.

  6. kolega Tetrix pisze:

    Pomny doświadczeń z Łodzią, pochwalę po trzecim odcinku. O.

  7. inz.mruwnica pisze:

    Masz zwierzęcy gen do fraz. Ja ćwiczę, ale jestem normalny. ;_;

  8. Łukasz pisze:

    @ inz.mruwnica

    Masz gorzej, bo jesteś nor­malny.

  9. tym pisze:

    Witka! Znalazłem ciekawy wywiad, jeszcze nie na temat twoich dzienników andaluzyjskich – może kiedyś ;- – tylko o „Faktach” Philipa Rotha. Podaję go tutaj, bo stali czytelnicy mogliby nie zajrzeć pod starsze notki na blogasku. Do odsłuchania rozmowa z Jolantą Kozak: http://www.polskieradio.pl/8/402/Artykul/412626,Co-slychac-w-literaturze

    P.S. Czekam na twoją recenzję negatywną jakiejś powieści. Przyjemnie jest czytać teksty, w których noże myśliwskie i kule armatnie lecą w stronę książki ślepej nadziei literatury.

  10. Powiedz, proszę, że masz w zapasie więcej wujów.

  11. bart pisze:

    Znako i dosko. Jestem dumny, że Pan do mnie linkuje.

  12. Łukasz pisze:

    @ tym

    Będzie, wszystko będzie. Dzięki za linki.

    @ Jack_the_Lurker

    Wujów to może i nie. Bo prawdziwy wuj jest tylko jeden Ale parę sporych rodzynów w cieście zawsze u mnie znajdziesz.

    @ bart

    Dziekuję. Za miłe słowa i za dodanie do blogrollki.

  13. obly pisze:

    taki wuj to skarb! fantastyczne!!!!

  14. dr_judym pisze:

    Wuj jest boski, a nakle­jka FRAGILE na dupie nosorożca będzie mi się śnić po nocach. Aż się prosi, żeby z tego jakiś mem zrobić ;)

  15. Łukasz pisze:

    @ obly

    Panie, mieć takiego na stałe, to jest dopiero skarb i kopalnia kontentu.

    @dr_judym

    Mem zatem. Czy nawet memuj.

  16. ewa.mewa pisze:

    Piekne. Pozwole sobie wpadac i czytac.

  17. Łukasz pisze:

    @ ewa.mewa

    Zapraszam, będzie więcej.

  18. fan-terlika pisze:

    Wcześniej się w tobie po cichu durzyłem, ale teraz chcę mieć z tobą trójkącik

  19. Łukasz pisze:

    @ fan-terlika

    Jeny, jaka miła propozycja. Aż się boję pisać kolejnych części.

  20. padma pisze:

    Ożeszwmorde, rewelacyjny tekst:) Masz fantastyczne pióro, gratulacje!

  21. Łukasz pisze:

    @ padma

    Och, jakie miłe słowa. Bardzo dziekuję. Niebawem kolejne odcinki.