dzienniki andaluzyjskie, vol. 2

Posted: 13th Sierpień 2011 by Łukasz in demo emo, dzienniki andaluzyjskie

12 lipca

poranek

Mamy 5 Gorących Kubków Borowikowa, 5 Gulaszowa, 5 Rosół z Kury, 2 kisiele cytrynowe, 3 owoce leśne, 6 budyniów (śmietankowe i waniliowe), 10 chińskich zupek yumyum o smaku kurczak ostry, 50 herbat expressowych i całą galaktykę mini-dżemów,  lilipucich miodów, czekolad w proszku i łakoci w granulacie… a także 3 opakowania żółtego sera, autentyczne salami w plasterkach, wór makaronu, 10 lasek kabanosów Jedynaków i jedną wędzonkę staropolską, która swoimi gabarytami i kształtem imituje pocisk do moździerza 81 mm. Wszystko to załatwiliśmy sobie na dzień przed wylotem w naszym ulubionym TESCO, jeżdżąc od działu do działu i zgarniając więcej niż było nam tak naprawdę potrzeba. Ale tak to jest – jeśli się dobrze nakręcisz, nie sposób tego przerwać.

Na śniadanie dokupujemy więc jedynie świeże bagietki w najbliższym markecie i już możemy zadawać na maksa szyku w przytulnej kuchni naszego hotelu. Zadajemy zatem aż chrupie. Inni goście łypią ku nam zazdrośnie i z pogardą sponad swoich wymizerowanych tostów, czarek z brzoskwiniowym jogurtem lajt i połówek melonów, z których ostentacyjnie abortują łyżkami biały soczysty miąższ. Ze świetlika w suficie leje się łagodne andaluzyjskie światło godziny 10 rano.

Syci ustalamy plan dnia i powtarzamy na głos generalia wyprawy.

Przybyliśmy tutaj, żeby wygrzać sobie grzbiety na słońcu, wymoczyć ogony w oceanie, powymieniać się substancją intelektualną, jak i innego rodzaju płynami, złazić na własnych nogach ile się da i focić ile wlezie. To Gosia – bo Gosia zamierza zostać nową Diane Arbus. Mnie starczy kilka postojów w długopisem w łapie i odstawianie Huntera S. Thompsona w wersji „Tania Europa Środkowa”. Ale to są bonusy, pianki i wisienki. Nade wszystko idzie nam o dwutygodniową secesję od polskości, odseparowanie się od Polski i Polaków buforem trzech tysięcy kilometrów. By choć przez chwilę nie oglądać tamtych gąb, nie obrywać polskojęzycznym jazgotem, nie zaciągać się swądem Smoleńska i nie funkcjonować w mieście, które wygląda jak Stalingrad w sierpniu 42 roku. Nastukać się gronowymi procentami, zwinąć w kulkę na plaży i udawać, że nie istnieje Hołdys, Ziemkiewicz, Lis, Marcin Meller, że wymarli seniorzy rodzimej kinematografii, że Terlikowski został członkiem Wu-Tang-Clan. Sztachnąć się marokańskim haszem i wyjebać z zaścianka w kosmos. Na pytanie, skąd jesteście?, odpowiadać „from Graceland”.

Przed wyjściem wprowadzamy niezbędne zmiany w obrębie swoich fizjonomii – ja zapuszczam brodę, Gosia toczy sobie na głowie kolorowy turban. Łapiemy po półtoralitrowej mineralnej bez gazu i spadamy.

południe 

Siedzę na czubku Gibralfaro (góry, na której rozsiadł się postmauretański zamek) i piszę do was, dla was, o sobie. Ptaszki dyszą w gałęziach gigantycznego fikusa, który i mnie odżałował sporo kojącego cienia. Na szczęście, bo dookolna rzeczywistość płonie i drga w nagrzanym jak Charles Bukowski powietrzu. Lecz to nie jest zwykły upał, że, och!, spociłem się pod majtkami. To spust surówki. To nieomal stuprocentowe przekonanie, że obcy z planety LXC2034 właśnie rozpoczęli inwazję, ale nie od efekciarskich destrukcji, lecz podstępnego odessania całego tlenu z otoczenia. Nawet Chińczycy milkną i bez słowa wskazują palcem godne uwagi obiekty – strażnice, starą prochownię, czynną toaletę. Tylko Gosia  nie pęka i w mgnieniu oka staje się SuperGosią, która z gracją kręci się po piekle, robiąc mu pstryk, pstryk, pstryk.

Wdrapaliśmy się tutaj, by ogarnąć z czym tak naprawdę mamy do czynienia. No i ogarnęliśmy, nie można powiedzieć. Z tego miejsca bowiem Malaga wygląda zdrowo, z klasą, wręcz, kurwa, epicko. Dając lukającemu do wyboru: albo port z przyległościami w postaci wieżowców i plam z palm, albo mleczne osiedla na wypłowiałych od słońca wzgórzach. Kapitalna sprawa.

obiad

ja, gazpacho, tuńczyk, małe piwo
Gosia, 4 x tapas, sok z ananasa

popołudnie

Piękne Hiszpanki są piękne. Są czarnowłose, czarnookie, pięknotyłe i mają karnację z karmelu. Mają ścięgna z tytanu. Mają tak delikatne stopy, że z miejsca nabierasz ochoty, by obrać je ze skóry niczym ogórka. Niezwykłe zjawiska. Żadne inne im nie podskoczą – z wielojęzycznego tłumu na malagijskiej starówce raz po raz wyłaniają się przecież spektakularne Amerykanki, Azjatki będące żywym wcieleniem tych wszystkich tubek, którymi pasą się smutni jednoręcy chłopcy, blondynki z chłodnych rejonów Europy, hebanowe Francuzki, wytatuowane dziewczyny spoza strefy Schengen, ale to wciąż nie jest to. Gosia też jest niczego sobie, ale to też nie jest to. Trudno zdefiniować energię jaką wydzielają Hiszpanki. One jarzą się, jakby regularnie brały kąpiele w uranie. Jeszcze trudniej przełożyć ten blask na koślawe litery i  zdania. Starasz się, starasz i starasz, ale w efekcie i tak nie uzyskasz więcej niż serię lubieżnych sapnięć i stek kiczowatych metafor. Może jednak i lepiej? Niech każdy tam pojedzie i na własne czułki się przekona, jak w naturze wygląda ów gatunek. Który udowadnia, że rasowej urodzie nie potrzeba wcale protez i demonicznej charakteryzacji. Żadnych więc dziesięciocentymetrowych szpilek, dekoltów po pas, czy spódniczek kończących się na kości ogonowej. Nic z tych rzeczy – minimalistyczna elegancja, buty na płaskim, proste letnie sukienki, makijaż będący aluzją, a nie treścią. Przez co – miażdżą. Od niechcenia robią facesitting obserwującemu i demolują mu układ krwionośny. Sam znalazłem się pod taki wpływem. Nie raz i nie dwa. Wystarczyło, że któraś z nich zapętliła ze mną spojrzenie – niekiedy zerkały w moją stronę, chcąc się przekonać, czy to już należy wykręcić 112 – a ja od razu czułem się tak samo, jak wtedy, 17 lat temu, gdy w kulminacyjnym momencie komisji wojskowej poproszono bym udał się za parawan, gdzie czekał już na mnie szpakowaty jegomość z prawą dłonią w gumowej rękawiczce i zagasłym uśmiechem.

Za to niepiękne Hiszpanki przypominają moją ciotkę Janinę – zorze wokół oczu i tandetna biżuteria w ilościach sugerujących, że w skupie metali kolorowych ogłoszono dzień otwarty.

wieczór

Jeszcze mnie i taka konstatacja naszła, gdyśmy dzisiaj z Gosią buszowali przez zmrokiem w centrum: Hiszpanie to nie Polacy. O tych ze starszego pokolenia teraz mówię. Tyle budujących scen mijaliśmy. Serce nam rosło w piersiach jak zbombażowana mielonka w puszce. Pęczniało tak na widok dojrzałych wiekowo Hiszpanów i Hiszpanek, którzy po godzinie 20 wylewają się z domów w galowych ciuchach i anektują bary. Wcinają tam wysokolaroczne kolacje, ćmią lulki, chylą szklanki i obgadują zeszły właśnie dzien. Tak, tak. Nie przypinają się do krzyża, nie wklejają w serial, nie dostrajają się do częstotliwości, którą płyną rozkazy z toruńskiej centrali, ale wypuszczają się na miasto, żeby poużywać. Szliśmy ulicami, na którzy wrzeszczeli reprezentanci pokolenia 60+. Tego chcę i u nas! Niech ruszy w Polsce potężna kampania społeczna, która przekona naszych emerytów do hedonizmu. Zastopujmy sponsorowanie puszystych z episkopatu, budowanie wypasionych aren dla ziomali Starucha i napinanie chudych łydek w Afganistanie. Koniec z marnowaniem kasy. Lepiej dofinansować litr dobrego wina seniorom niż lać hektolitry wachy do baku parlamentarzysty Kalisza. Czy takiemu panu Stanisławowi i pani Irenie nie należy się po dekadach znoju coś więcej niż rejonowy lekarz i Kożuchowska w telewizorze? A gdzie filuterne dialogi z nieznajomym, teatralna adoracja, pól promila przed snem i macanko pod stołem?

noc

Przed północą oglądam w hotelowym pokoju niesamowity film – nie dość, że stara wersja „Przylądka strachu”, to na dodatek z hiszpańskim dubbingiem. Wytworne duchy, Robert Mitchum i Gregory Peck, którym do ust włożono Julio Iglesiasa i latynoskie telenowele. Hipnotyzujące.

Jutro jedziemy do Rondy.

  1. mrw pisze:

    Nadal pana kocham.

  2. ka pisze:

    O Wspaniały Seniorolubny Najderze! Jak tu Cię nie kochać! Niestety, obawiam się, że hedonizm polskich emerytów ujawnia się wyłącznie poza krajem. Zamiast dopłat do wina ZUS powinien zsyłać na przymusowe wczasy np. na Teneryfę. Odstawka od TVP i Rydzyka to jedno, ale trzeba też pokazać jak można żyć. Bo przeciez na pielgrzymce do Fatimy tego nie zobaczą.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Odrywanie się od Polski poprzez 15 strzałów z gorącego kubka – W MALADZE, omigod, W MALADZE, tam wiedzą, czym się różni jedzenie od wyrobów strawopodobnych – równa się fi donc, kurwa.
    Aczkolwiek narzekam głównie dlatego, że obiecałem – pochwalę po trzecim odcinku.

  4. Łukasz pisze:

    @ mrw

    Dziekuję, postaram się nie zawieść uczuć.

    @ ka

    To powinno być hasło całej kampanii: ZUS stawia!

    @ kolega Tetrix

    Panie, przecież pierwszy akapit występuje tutaj w charakterze parafrazy arcydzieła i hołdu wobec dokonań naszego wspólnego kolegi, a nie że literalnie co tam w jukach mieliśmy. No i od Polski to się odrywamy za pomoca innych kopów niż kubki.

  5. romero pisze:

    No tak, nie ma jak pojechać do Hiszpanii, żyć na słodkich chwilach, gorących kubkach, dodatkowo pogardzać Polakami jak członek KKK czarnuchem, a na końcu sadzić się, że jest się z efemerycznej „Graceland”. Gorący kubek na zagranicznych wakacjach wcinany przez Polaka, to synonim białych skarpetek i sandałów.

    Ale niektóre fragmenty zabawne.

  6. Łukasz pisze:

    @ all

    Jakby się ktoś nie zorientował, to pan „romero” to nie kto inny tylko „tercjusz”, ten idiota spod notki o „Zgredzie” Ziemkiewicza.

    @ romero

    Chyba jak twoja stara wcina. Nie rozumiesz tego co czytasz i nie znasz klasyki. Zobacz sobie mój komentarz do kolegi Tetrixa. Nie sądzę, wprawdzie, żeby w twoim stanie to coś pomogło, ale może chociaż zamilkniesz.

  7. RookieRocky pisze:

    Jestem tu przypadkiem – bardzo zacny kawał lektury.
    Jedna rzecz mnie zastanawia, czy Gosia czyta Twojego bloga? Na jej miejscu byłabym zazdrosna o ten wpis o Hiszpankach i dała to po sobie poznać ;)

  8. Łukasz pisze:

    @ RookieRocky

    Czyta. Liczę na jej wyrozumiałość i na to, że jako absolwentka polonistyki wie, że ja się w ten sposób poświęcam dla sztuki. I daję swiadectwo.

  9. Łukasz Najder naćpany Gorącym Kubkiem halucynuje i widzi wesołych staruszków.
    „Byliśmy gdzieś w Maladze, gdy poczułem pierwszego kopa”, hrhr.

  10. romero pisze:

    Cóż to za klasyka parafrazowana przez waćpana ?

  11. Łukasz pisze:

    @ Jack_the_Lurker

    Touche!

    @ romero

    Tercjusz, już za poźno na naukę – z ciebie i tak nic nie będzie. I bez „waćpanów” tutaj, bo wyproszę i kijem dołożę.

  12. peek-a-boo pisze:

    co za straszliwy brak konsekwencji wykazuje autor. Zamiast zajadac sie zurkiem na kabanosach chlipie gazpacho, majac przy boku piekna Polke zagląda w …oczy Hiszpankom, Cioci serce szczerozłote przysłania mu sztuczny biżur i starszyzne narodu chce winem przemienic w cmy barowe. Dobrze że chociaz zakupy w Tesco zrobił :)

  13. Łukasz pisze:

    @ peek-a-boo

    Wszystko ma swój czas i miejsce. I nie w ćmy barowe, ale w harcujące motyle.