Nieustająca szychta entropii

Posted: 10th wrzesień 2011 by Łukasz in biblioteka

Przeczytałem ksiażkę Szczepana Twardocha „Tak jest dobrze” i chcę o tym z kimś porozmawiać. Muszę. Potrzebuję konkretnego wsparcia, kogoś, kto pójdzie ze mną do parku i tam, garnąc swoją dłoń do mojej, tucząc mnie białą czekoladą z Lidla i z lekka podtruwając ramką Laki Strajków Lajtów, łagodnie mi wytłumaczy, że nie ma się co bać demonów z papieru. Sam tego nie umiem sobie zrobić. Więc póki co będę gnił u siebie w pokoju, z ciężarem w sercu obserwował jak noc powoli zastępuje dzień i zajadle stukał w klawisze lapka. Mam nadzieję, że ten hałas potrzyma licho na dystans. 

Jestem przerażony. Przeraża mnie nie tylko sam poziom tekstów Twardocha – z tego rodzaju grozą zdążyłem się już bowiem co nieco oswoić jako wierny czytelnik jego netowego Dziennika i felietonów w Polityce – ale i ich recepcja. Nie wiem, czy ona nie przeraża mnie nawet bardziej. Bliźni, co wam?

Bo jak RP długa i szeroka sypią się pochwały, dudnią oklaski i trwa nieustający festiwal miziania Twardocha za uszkiem. Recenzenci w intencji „Tak jest dobrze” odbijają beczki miodu, a dziegieć serwują w żołędnych miseczkach. Twardoch jawi im się już to jako polski Kafka, już to słowiański Cormac McCarthy. Niektórzy biorą go nawet za ulepszoną wersję Trumana Capote – TC 2.0, model, w którym zrezygnowano z takich zawadzających funkcji jak dobra fraza i homoseksualizm na rzecz udoskonalonego modułu autopromocji: markowa garderoba, kontemplacyjne miny, orientacja prorodzinna.

Lecz z tekstów rozanielonych amatorów szczepanowego dzieła płynie coś więcej niż li tylko fala bezkrytycznych eksklamacji. To dająca się wyraźnie odczuć ufność – a niekiedy wręcz i żarliwe przekonanie – że oto w osobie Szczepana Twardocha pewna specyficzna część czytelniczej wspólnoty zyskuje nowego idola, mistagoga, na którym lśni jeszcze folijka ze sklepu, krzepkiego przewodnika, który wyprowadzi Wybranych i Krystalicznych z domu niewoli, z ziemi wyjałowionej permisywizmem, pedalstwem i pornografią, ku Polskiemu Jeruzalem, gdzie każdy prostolinijny facet dostanie giwerę, dwunożną samicę o ludzkim imieniu i trzy pary wąsów. Tym skwapliwiej zaciągają się do kultu Twardocha, im boleśniej uświadamiają sobie, że ich niegdysiejsi bogowie – Łysiak i Ziemkiewicz – raczej już nie powrócą na literacką niwę, gdyż obu wciągnęły bardziej osobiste pasje. Pierwszy z nich, znany w nomenklaturze naukowej jako Największy Biały Literat po Wergiliuszu, od z górą dekady kontynuuje najdłuższy w historii ludzkości samodzielny lot w kosmosie, z którego dostarcza regularne raporty wydawane potem przez Ziemian w postaci książek, ten drugi zaś, na mieście kojarzony także i ksywy „KRUSYFIKS”, z kiepskiego prozaika przepoczwarzył się w kiepską inkarnację Ilję Erenburga (z okresu wojny ojczyźnianej), słusznie rozkminiając, że machanie przed nosem naganem, opłaci mu się bardziej niż naganianie na swoje poletko prawicowych muz.

Czyż w tej sytuacji może dziwić, że ci młodzi, chłonni, niezakłamani, spowici w przepoconą czarną bawełnę, dumni posiadacze konkwistadorskich zarostów i kompletnych dyskografii progresywnego rocka, z braku laku posilający się dotąd Pilipiukiem, Kosikiem i paroma innymi pomniejszymi Sarmatami, z taką oskomą rzucili się na książkę Twardocha? Po Pilipiuku i Kosiku wszystko przecież wydaje się sztuką. A u Twardocha mają i dziwaczne metafory, i przekarmione epitety, i poetyckie obrazy pociśnięte na grubszym halunie, i zdania na pół strony, i zapętlone refreny, i aktywnych honorowych mężczyzn, i ruchanko jak się patrzy. Nic tylko klasnąć w zrogowaciałe od padów opuszki i puścić po łączu komunikat dla kumatych: „o, sic, jaka, kurwa, uczta, acan!”.

Najpierw może to, co mi się w „Tak jest dobrze” spodobało. Będzie krótko. W pewnym stopniu i do pewnego momentu w porządku jest pierwsze opowiadanie z tego zbioru, a mianowicie „Gerd”. Historia starego Ślązaka, byłego żołnierza SS Nordland, który zaliczył i front wschodni, i wyczynowa snajperkę, i łagier, a którego u kresu życia obłażą skrupuły jest interesująca, dopóki Twardoch nie włącza stylistycznego dopalacza. Jest tam kapitalny kawałek, kiedy Gerd zalicza rozszczepienie jaźni i objawia się pod różnymi postaciami i językami na falach Radia Maryja. To błysk czegoś naprawdę znakomitego – Palahniuk i Chutnik w jednym. Ale daremna nasza uciecha! Bo Twardoch czym prędzej postanawia utopić to pyszne, żywe, rumiane wieprzątko w sztucznych perłach z bazarku. No i leci o tych co są „zgwałceni mrozem”, mamy „smocze orgazmy trotylu”, mamy „czerwono-czarne chrząszcze cmentarne na nieustające szychcie entropii” i śliczne wykrzykniki przejęte od Jana Kasprowicza:

„O, krzyżu trójramienny! O, mesjasze do niego ręką Gerdową przybici!”

Czytająca „Gerda” jeszcze się łudziłem, że mam do czynienia po prostu ze stylizacją, że to świadomy zabieg – ornament na budowli, którą wzniósł Twardoch, a nie jej materiał. Pomyliłem się bardziej niż we 2006, gdy postawiłem dychulca na Orły Janasa w meczu Polska-Ekwador. 

Gdyż po „Gerdzie” jest już tylko gorzej. Ładnie w niektórych partiach promieniuje jeszcze i opowiadanie tytułowe (a ostatnie w tomie), w którym Twardoch, jeśli akurat nie jedzie swoją sutą frazą i nie tyka związków damsko-męskich, zdobywa się na obrazki ze Spitsbergena o wyjątkowo intensywnym pięknie. Ale podobnie jak w przypadku „Gerda”, tak i tę interesująco zapowiadającą się opowieść, traktat o stracie wmontowanym w polarny krajobraz, ostatecznie pogrąży słabość autora do stylistycznego efekciarstwa i wiarygodności psychologicznej równej tej, jaką co poniedziałek, wtorek i środę można zarejestrować w serialu „M jak miłość”.

Pomiędzy „Gerdem” a „Tak jest dobrze” rozciąga się terytorium zła – Korea Północna najnowszej polskiej prozy. Jedno gorsze od drugiego, a wszystkie ciężkostrawne, pretensjonalne do womitu i z glutaminianem sodu w dawkach przemysłowych.

„Ona płynie w moich żyłach” – apokalipsa made in Graham Masterton z użyciem młodopolskiego bestiarium. Do pełni szczęści brakowało mi w tym opowiadaniu tylko borsuków z zapaleniem otrzewnej i pandemii syfilisu wśród kawek i kruków. 
 
„Masara”, kawałek o szkolnej przemocy, alternatywnym muzyku i pomście po latach, w którym nastolatkowi mają twarze „okolone jasnopłowymi puklami” i kiedy się pukają, to są „w intymności zanurzeni”, co brzmi jak tytuł singla Zdzisławy Sośnickiej z 84, ale oczywiście nim nie jest, bo to tylko kolejnym wkład Twardocha w formowanie się nowoczesnej ars amandi po polsku.

„Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”: „I wyszli w świat, w życie, którego Włodzimierz Kurczyk miał uczyć się jak dziecko wychowane przez wilki, jak ludzkie szczenię z jamy wilczej do świata zabrane”.

„Uderz mnie” – prezerwatywa z cekinami.

W konkursie na najbardziej irytującego i manierycznego stylistę roku Szczepan Twardoch wygrywa w przedbiegach. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz zostałem tak gruntownie przeorany, zmiażdżony i wykorzystany za pomocą chujowej literatury. Pewnie na studiach, kiedy musiałem zarzucać Młodą Polskę do egzaminu. Proza Twardocha, niby jegomościa z XXI wieku, wykazuje zdumiewające podobieństwo z wyrobami rodzimych katastrofistów, modernistów i symbolistów. W tym ujęci Twardoch jawi się jako dumny kontynuator młodopolskiej tradycji pierdolenia od rzeczy i maskowania tego faktu wysokooktanową estetyką, apokaliptyzmem użytkowym i terroryzowaniem czytelnika liryzmami, łonami w maksymalnym rozwarciu i wygłodniałymi zmorami.

Najbardziej razi to, co Twardoch robi polszczyźnie – polszczyzna jest przez Twardocha dręczona niczym miś Mago przez małżeństwo Gucwińskich. Inwersje, biblijna bombastyczność, cudaczne rytmizowanie, wykrzykniki, inkantacje i napinanie ścięgien przy każdym nieomal akapicie. Jak rozumiem, Twardoch pragnie w ten sposób poinformować całą galaktykę, że to właśnie do niego przyszedł we śnie Stefan Żeromski i sponad wyciągniętego palca orzekł: „Tyś me reinkarnacyjne szczenię, ów sukcesor, któregoż to sobie żem wyszeptał przed Przedwiecznym, więc bierz dupę w troki i emo nie żałuj”.

Co jeszcze znajdziecie u wujka Szczepana? Psychologizowanie siekierą, erotyka dla ubogich w internetowe pakiety par i młokosów przed inicjacją, zero humoru, „nada” w rubryce ironia, wrzaskliwe monologi, które ciągną się i ciągną w nieskończoność. Bo tak naprawdę to nie są wcale opowiadanie tylko gargantuiczne monologi, logoreje i kociokwiki bez grama intrygi i mocnej puenty. Agnieszka Chylińska podłączona do radiowęzła w Tesco.

Za mną więc lektura „Tak jest dobrze” Szczepana Twardocha. Przeżycie graniczne. Pamiętam jak kiedyś puścili nam na koloniach „Ducha”, jedynkę. Teraz czuję się podobnie. Trwoga wymieszana z beką. Nie chcę bać się w samotności. Wpadnijcie do mnie, powymieniamy się promilami i ciepłem.     

  1. mrw pisze:

    Jejku jej.

  2. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    A co sobie u mnie klasyfikujesz jako „ranty”? Bo zauważyłem, że każdy w internetach używa dowolnie tego okreslenia, a jestem ciekaw do czego konkretnie go u mnie odnosisz.

  3. Magda pisze:

    Po tym wpisie naprawdę już nie wiem, czy bardziej chcę przeczytać Twardocha, czy przeczytać natychmiast cały blog pana Łukasza… Chylińska podłączona do radiowęzła w Tesco wgniotła mnie w to, na czym aktualnie siedzę.

  4. Łukasz pisze:

    @ Magda

    Czytaj mnie – jestem wyższy od Twardocha i jestem za darmo.

  5. ojciec blez pisze:

    Nadejdzie czas, i nie jest on daleki, kiedy wystarczy jedno spojrzenie od niechcenia Łukasza Najdera, aby literat zdobny nawet w Nike i Kościelskich zesrał się w gacie w tempie olśniewającym. Ostrzegałem.

  6. Michalina pisze:

    Wyśmienita realizacja dla smakoszy. Znalazłam tu wielu potrzebnych podstron. Trafny dobór artykułów. Jeszcze tu pozostanę. Ocena maksymalna.

  7. Maruda pisze:

    Przeczytałem tę recenzję przyjacielowi deklamując miodkiem i o mało nie udusiłem go herbatą. Recenzja fantastyczna, aż strach książki dotykać dwumetrowym kijem.

  8. Stella pisze:

    Podziwiam zachwycającą urodę tej recki. Nie martw się jej Autorze – nie jesteś sam. Dowód pod linką: http://www.kamil78.dami.pl/jestdobrze.htm

    Uszanowanie.

  9. lisia pisze:

    cóż za finezyjne świniobicie :) aż miło poczytać!